ADAM MICKIEWICZ
PAN TADEUSZ
CZYLI
OSTATNI ZAJAZD NA LITWIE
HISTORIA SZLACHECKA
Z ROKU 1811 I 1812
WE DWUNASTU KSIĘGACH WIERSZEM

WYDANIE ÓSME
OPRACOWAŁ
STANISŁAW PIGOŃ

WROCŁAW—WARSZAWA—KRAKÓW—GDAŃSK
ZAKŁAD NARODOWY IMIENIA OSSOLIŃSKICH — WYDAWNICTWO
1980

I             KSIĘGA PIERWSZA
I             GOSPODARSTWO
I             TREŚĆ:
I             Powrót panicza — Spotkanie się najpierwsze w pokoiku, drugie u stołu — Ważna Sędziego nauka o grzeczności — Podkomorzego uwagi polityczne nad modami — Początek sporu o Kusego i Sokoła — Żale Wojskiego — Ostatni Woźny Trybunału — Rzut oka na ówczesny stan polityczny Litwy i Europy.

I       1     Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.
I       2     Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
I       3     Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
I       4     Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

I       5     Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy
I       6     I w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy
I       7     Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem!
I       8     Jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem
I       9     (Gdy od płaczącej matki pod Twoję opiekę
I      10     Ofiarowany, martwą podniosłem powiekę
I      11     I zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu
I      12     Iść za wrócone życie podziękować Bogu),
I      13     Tak nas powrócisz cudem na Ojczyzny łono.
I      14     Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną
I      15     Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,
I      16     Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych;
I      17     Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem,
I      18     Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem;
I      19     Gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała,
I      20     Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała,
I      21     A wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą
I      22     Zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.

I      23     Śród takich pól przed laty, nad brzegiem ruczaju,
I      24     Na pagórku niewielkim, we brzozowym gaju,
I      25     Stał dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany;
I      26     Świeciły się z daleka pobielane ściany,
I      27     Tem bielsze, że odbite od ciemnej zieleni
I      28     Topoli, co go bronią od wiatrów jesieni.
I      29     Dóm mieszkalny niewielki, lecz zewsząd chędogi,
I      30     I stodołę miał wielką, i przy niej trzy stogi
I      31     Użątku, co pod strzechą zmieścić się nie może;
I      32     Widać, że okolica obfita we zboże,
I      33     I widać z liczby kopic, co wzdłuż i wszerz smugów
I      34     Świecą gęsto jak gwiazdy, widać z liczby pługów
I      35     Orzących wcześnie łany ogromne ugoru,
I      36     Czarnoziemne, zapewne należne do dworu,
I      37     Uprawne dobrze na kształt ogrodowych grządek:
I      38     Że w tym domu dostatek mieszka i porządek.
I      39     Brama na wciąż otwarta przechodniom ogłasza,
I      40     Że gościnna i wszystkich w gościnę zaprasza.

I      41     Właśnie dwókonną bryką wjechał młody panek
I      42     I obiegłszy dziedziniec zawrócił przed ganek,
I      43     Wysiadł z powozu; konie porzucone same,
I      44     Szczypiąc trawę ciągnęły powoli pod bramę.
I      45     We dworze pusto, bo drzwi od ganku zamknięto
I      46     Zaszczepkami i kołkiem zaszczepki przetknięto.
I      47     Podróżny do folwarku nie biegł sług zapytać;
I      48     Odemknął, wbiegł do domu, pragnął go powitać.
I      49     Dawno domu nie widział, bo w dalekim mieście
I      50     Kończył nauki, końca doczekał nareszcie.
I      51     Wbiega i okiem chciwie ściany starodawne
I      52     Ogląda czule, jako swe znajome dawne.
I      53     Też same widzi sprzęty, też same obicia,
I      54     Z któremi się zabawiać lubił od powicia;
I      55     Lecz mniej wielkie, mniej piękne, niż się dawniej zdały.
I      56     I też same portrety na ścianach wisiały.
I      57     Tu Kościuszko w czamarce krakowskiej, z oczyma
I      58     Podniesionymi w niebo, miecz oburącz trzyma;
I      59     Takim był, gdy przysięgał na stopniach ołtarzów,
I      60     Że tym mieczem wypędzi z Polski trzech mocarzów
I      61     Albo sam na nim padnie. Dalej w polskiej szacie
I      62     Siedzi Rejtan żałośny po wolności stracie,
I      63     W ręku trzyma nóż, ostrzem zwrócony do łona,
I      64     A przed nim leży Fedon i żywot Katona.
I      65     Dalej Jasiński, młodzian piękny i posępny,
I      66     Obok Korsak, towarzysz jego nieodstępny,
I      67     Stoją na szańcach Pragi, na stosach Moskali,
I      68     Siekąc wrogów, a Praga już się wkoło pali.
I      69     Nawet stary stojący zegar kurantowy
I      70     W drewnianej szafie poznał u wniścia alkowy
I      71     I z dziecinną radością pociągnął za sznurek,
I      72     By stary Dąbrowskiego usłyszyć mazurek.

I      73     Biegał po całym domu i szukał komnaty,
I      74     Gdzie mieszkał, dzieckiem będąc, przed dziesięciu laty.
I      75     Wchodzi, cofnął się, toczył zdumione źrenice
I      76     Po ścianach: w tej komnacie mieszkanie kobiéce?
I      77     Któż by tu mieszkał? Stary stryj nie był żonaty,
I      78     A ciotka w Petersburgu mieszkała przed laty.
I      79     To nie był ochmistrzyni pokój! Fortepiano?
I      80     Na niem noty i książki; wszystko porzucano
I      81     Niedbale i bezładnie; nieporządek miły!
I      82     Niestare były rączki, co je tak rzuciły.
I      83     Tuż i sukienka biała, świeżo z kołka zdjęta
I      84     Do ubrania, na krzesła poręczu rozpięta.
I      85     A na oknach donice z pachnącemi ziołki,
I      86     Geranium, lewkonija, astry i fijołki.

I      87     Podróżny stanął w jednym z okien — nowe dziwo:
I      88     W sadzie, na brzegu niegdyś zarosłym pokrzywą,
I      89     Był maleńki ogródek, ścieżkami porznięty,
I      90     Pełen bukietów trawy angielskiej i mięty.
I      91     Drewniany, drobny, w cyfrę powiązany płotek
I      92     Połyskał się wstążkami jaskrawych stokrotek.
I      93     Grządki widać, że były świeżo polewane;
I      94     Tuż stało wody pełne naczynie blaszane,
I      95     Ale nigdzie nie widać było ogrodniczki;
I      96     Tylko co wyszła; jeszcze kołyszą się drzwiczki
I      97     Świeżo trącone; blisko drzwi ślad widać nóżki
I      98     Na piasku: bez trzewika była i pończoszki;
I      99     Na piasku drobnym, suchym, białym na kształt śniegu,
I     100     Ślad wyraźny, lecz lekki; odgadniesz, że w biegu
I     101     Chybkim był zostawiony nożkami drobnemi
I     102     Od kogoś, co zaledwie dotykał się ziemi.

I     103     Podróżny długo w oknie stał patrząc, dumając,
I     104     Wonnemi powiewami kwiatów oddychając,
I     105     Oblicze aż na krzaki fijołkowe skłonił,
I     106     Oczyma ciekawemi po drożynach gonił
I     107     I znowu je na drobnych śladach zatrzymywał,
I     108     Myślał o nich i, czyje były, odgadywał.
I     109     Przypadkiem oczy podniósł, i tuż na parkanie
I     110     Stała młoda dziewczyna. — Białe jej ubranie
I     111     Wysmukłą postać tylko aż do piersi kryje,
I     112     Odsłaniając ramiona i łabędzią szyję.
I     113     W takiem Litwinka tylko chodzić zwykła z rana,
I     114     W takiem nigdy nie bywa od mężczyzn widziana:
I     115     Więc choć świadka nie miała, założyła ręce
I     116     Na piersiach, przydawając zasłony sukience.
I     117     Włos w pukle nie rozwity, lecz w węzełki małe
I     118     Pokręcony, schowany w drobne strączki białe,
I     119     Dziwnie ozdabiał głowę, bo od słońca blasku
I     120     Świecił się jak korona na świętych obrazku.
I     121     Twarzy nie było widać. Zwrócona na pole
I     122     Szukała kogoś okiem, daleko, na dole;
I     123     Ujrzała, zaśmiała się i klasnęła w dłonie,
I     124     Jak biały ptak zleciała z parkanu na błonie
I     125     I wionęła ogrodem przez płotki, przez kwiaty,
I     126     I po desce opartej o ścianę komnaty,
I     127     Nim spostrzegł się, wleciała przez okno, świecąca,
I     128     Nagła, cicha i lekka jak światłość miesiąca.
I     129     Nócąc chwyciła suknie, biegła do zwierciadła;
I     130     Wtem ujrzała młodzieńca i z rąk jej wypadła
I     131     Suknia, a twarz od strachu i dziwu pobladła.
I     132     Twarz podróżnego barwą spłonęła rumianą
I     133     Jak obłok, gdy z jutrzenką napotka się ranną;
I     134     Skromny młodzieniec oczy zmrużył i przysłonił,
I     135     Chciał coś mówić, przepraszać, tylko się ukłonił
I     136     I cofnął się; dziewica krzyknęła boleśnie,
I     137     Niewyraźnie, jak dziecko przestraszone we śnie;
I     138     Podróżny zląkł się, spójrzał, lecz już jej nie było.
I     139     Wyszedł zmieszany i czuł, że serce mu biło
I     140     Głośno, i sam nie wiedział, czy go miało śmieszyć
I     141     To dziwaczne spotkanie, czy wstydzić, czy cieszyć.

I     142     Tymczasem na folwarku nie uszło baczności,
I     143     Że przed ganek zajechał któryś z nowych gości.
I     144     Już konie w stajnię wzięto, już im hojnie dano,
I     145     Jako w porządnym domu, i obrok, i siano;
I     146     Bo Sędzia nigdy nie chciał, według nowej mody,
I     147     Odsyłać konie gości Żydom do gospody.
I     148     Słudzy nie wyszli witać, ale nie myśl wcale,
I     149     Aby w domu Sędziego służono niedbale;
I     150     Słudzy czekają, nim się pan Wojski ubierze,
I     151     Który teraz za domem urządzał wieczerzę.
I     152     On Pana zastępuje i on w niebytności
I     153     Pana zwykł sam przyjmować i zabawiać gości
I     154     (Daleki krewny pański i przyjaciel domu).
I     155     Widząc gościa, na folwark dążył po kryjomu
I     156     (Bo nie mógł wyjść spotykać w tkackim pudermanie);
I     157     Wdział więc, jak mógł najprędzej, niedzielne ubranie
I     158     Nagotowane z rana, bo od rana wiedział,
I     159     Że u wieczerzy będzie z mnóstwem gości siedział.

I     160     Pan Wojski poznał z dala, ręce rozkrzyżował
I     161     I z krzykiem podróżnego ściskał i całował;
I     162     Zaczęła się ta prędka, zmieszana rozmowa,
I     163     W której lat kilku dzieje chciano zamknąć w słowa
I     164     Krótkie i poplątane, w ciąg powieści, pytań,
I     165     Wykrzykników i westchnień, i nowych powitań.
I     166     Gdy się pan Wojski dosyć napytał, nabadał,
I     167     Na samym końcu dzieje tego dnia powiadał:

I     168     "Dobrze, mój Tadeuszu (bo tak nazywano
I     169     Młodzieńca, który nosił Kościuszkowskie miano
I     170     Na pamiątkę, że w czasie wojny się urodził),
I     171     Dobrze, mój Tadeuszu, żeś się dziś nagodził
I     172     Do domu, właśnie kiedy mamy panien wiele.
I     173     Stryjaszek myśli wkrótce sprawić ci wesele;
I     174     Jest z czego wybrać; u nas towarzystwo liczne
I     175     Od dni kilku zbiera się na sądy graniczne
I     176     Dla skończenia dawnego z panem Hrabią sporu;
I     177     I pan Hrabia ma jutro sam zjechać do dworu;
I     178     Podkomorzy już zjechał z żoną i z córkami.
I     179     Młodzież poszła do lasu bawić się strzelbami,
I     180     A starzy i kobiety żniwo oglądają
I     181     Pod lasem, i tam pewnie na młodzież czekają.
I     182     Pójdziemy, jeśli zechcesz, i wkrótce spotkamy
I     183     Stryjaszka, Podkomorstwo i szanowne damy".

I     184     Pan Wojski z Tadeuszem idą pod las drogą
I     185     I jeszcze się do woli nagadać nie mogą.
I     186     Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło,
I     187     Mniej silnie, ale szerzej niż we dnie świeciło,
I     188     Całe zaczerwienione, jak zdrowe oblicze
I     189     Gospodarza, gdy prace skończywszy rolnicze,
I     190     Na spoczynek powraca. Już krąg promienisty
I     191     Spuszcza się na wierzch boru i już pomrok mglisty,
I     192     Napełniając wierzchołki i gałęzie drzewa,
I     193     Cały las wiąże w jedno i jakoby zlewa;
I     194     I bór czernił się na kształt ogromnego gmachu,
I     195     Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu;
I     196     Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary
I     197     Błysnęło jako świeca przez okienic szpary
I     198     I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące
I     199     We zbożach i grabliska suwane po łące
I     200     Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,
I     201     U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.
I     202     "Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;
I     203     Słońce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,
I     204     Czas i ziemianinowi ustępować z pola".
I     205     Tak zwykł mawiać pan Sędzia, a Sędziego wola
I     206     Była ekonomowi poczciwemu świętą;
I     207     Bo nawet wozy, w które już składać zaczęto
I     208     Kopę żyta, niepełne jadą do stodoły;
I     209     Cieszą się z niezwyczajnej ich lekkości woły.

I     210     Właśnie z lasu wracało towarzystwo całe
I     211     Wesoło, lecz w porządku; naprzód dzieci małe
I     212     Z dozorcą, potem Sędzia szedł z Podkomorzyną,
I     213     Obok pan Podkomorzy otoczon rodziną;
I     214     Panny tuż za starszemi, a młodzież na boku;
I     215     Panny szły przed młodzieżą o jakie pół kroku
I     216     (Tak każe przyzwoitość); nikt tam nie rozprawiał
I     217     O porządku, nikt mężczyzn i dam nie ustawiał,
I     218     A każdy mimowolnie porządku pilnował.
I     219     Bo Sędzia w domu dawne obyczaje chował
I     220     I nigdy nie dozwalał, by chybiano względu
I     221     Dla wieku, urodzenia, rozumu, urzędu.
I     222     "Tym ładem — mawiał — domy i narody słyną,
I     223     Z jego upadkiem domy i narody giną".
I     224     Więc do porządku wykli domowi i słudzy;
I     225     I przyjezdny gość, krewny albo człowiek cudzy,
I     226     Gdy Sędziego nawiedził, skoro pobył mało,
I     227     Przejmował zwyczaj, którym wszystko oddychało.

I     228     Krótkie były Sędziego z synowcem witania:
I     229     Dał mu poważnie rękę do pocałowania
I     230     I w skroń ucałowawszy, uprzejmie pozdrowił;
I     231     A choć przez wzgląd na gości niewiele z nim mówił,
I     232     Widać było z łez, które wylotem kontusza
I     233     Otarł prędko, jak kochał pana Tadeusza.

I     234     W ślad gospodarza wszystko ze żniwa i z boru,
I     235     I z łąk, i z pastwisk razem wracało do dworu.
I     236     Tu owiec trzoda becząc w ulicę się tłoczy
I     237     I wznosi chmurę pyłu; dalej z wolna kroczy
I     238     Stado cielic tyrolskich z mosiężnemi dzwonki;
I     239     Tam konie rżące lecą ze skoszonej łąki;
I     240     Wszystko bieży ku studni, której ramię z drzewa
I     241     Raz wraz skrzypi i napój w koryta rozlewa.

I     242     Sędzia, choć utrudzony, chociaż w gronie gości,
I     243     Nie chybił gospodarskiej ważnej powinności:
I     244     Udał się sam ku studni; najlepiej z wieczora
I     245     Gospodarz widzi, w jakim stanie jest obora;
I     246     Dozoru tego nigdy sługom nie poruczy,
I     247     Bo Sędzia wie, że oko pańskie konia tuczy.

I     248     Wojski z woźnym Protazym ze świecami w sieni
I     249     Stali i rozprawiali, nieco poróżnieni;
I     250     Bo w niebytność Wojskiego Woźny po kryjomu
I     251     Kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu
I     252     I ustawić co prędzej w pośrodku zamczyska,
I     253     Którego widne były pod lasem zwaliska.
I     254     Po cóż te przenosiny? Pan Wojski się krzywił
I     255     I przepraszał Sędziego; Sędzia się zadziwił,
I     256     Lecz stało się; już późno i trudno zaradzić,
I     257     Wolał gości przeprosić i w pustki prowadzić.
I     258     Po drodze Woźny ciągle Sędziemu tłumaczył,
I     259     Dlaczego urządzenie pańskie przeinaczył:
I     260     We dworze żadna izba nie ma obszerności
I     261     Dostatecznej dla tylu, tak szanownych gości;
I     262     W zamku sień wielka, jeszcze dobrze zachowana,
I     263     Sklepienie całe — wprawdzie pękła jedna ściana,
I     264     Okna bez szyb, lecz latem nic to nie zawadzi;
I     265     Bliskość piwnic wygodna służącej czeladzi.
I     266     Tak mówiąc, na Sędziego mrugał; widać z miny,
I     267     Że miał i taił inne, ważniejsze przyczyny.

I     268     O dwa tysiące kroków zamek stał za domem,
I     269     Okazały budową, poważny ogromem,
I     270     Dziedzictwo starożytnej rodziny Horeszków;
I     271     Dziedzic zginął był w czasie krajowych zamieszków.
I     272     Dobra, całe zniszczone sekwestrami rządu,
I     273     Bezładnością opieki, wyrokami sądu,
I     274     W cząstce spadły dalekim krewnym po kądzieli,
I     275     A resztę rozdzielono między wierzycieli.
I     276     Zamku żaden wziąść nie chciał, bo w szlacheckim stanie
I     277     Trudno było wyłożyć koszt na utrzymanie;
I     278     Lecz Hrabia, sąsiad bliski, gdy wyszedł z opieki,
I     279     Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki,
I     280     Przyjechawszy z wojażu upodobał mury,
I     281     Tłumacząc, że gotyckiej są architektury;
I     282     Choć Sędzia z dokumentów przekonywał o tem,
I     283     Że architekt był majstrem z Wilna, nie zaś Gotem.
I     284     Dość, że Hrabia chciał zamku, właśnie i Sędziemu
I     285     Przyszła nagle taż chętka, nie wiadomo czemu.
I     286     Zaczęli proces w ziemstwie, potem w głównym sądzie,
I     287     W senacie, znowu w ziemstwie i w guberskim rządzie;
I     288     Wreszcie po wielu kosztach i ukazach licznych
I     289     Sprawa wróciła znowu do sądów granicznych.

I     290     Słusznie Woźny powiadał, że w zamkowej sieni
I     291     Zmieści się i palestra, i goście proszeni.
I     292     Sień wielka jak refektarz, z wypukłym sklepieniem
I     293     Na filarach, podłoga wysłana kamieniem,
I     294     Ściany bez żadnych ozdób, ale mur chędogi;
I     295     Sterczały wkoło sarnie i jelenie rogi
I     296     Z napisami: gdzie, kiedy te łupy zdobyte;
I     297     Tuż myśliwców herbowne klejnoty wyryte
I     298     I stoi wypisany każdy po imieniu;
I     299     Herb Horeszków, Półkozic, jaśniał na sklepieniu.

I     300     Goście weszli w porządku i stanęli kołem;
I     301     Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;
I     302     Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.
I     303     Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.
I     304     Przy nim stał kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie.
I     305     Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie.
I     306     Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli
I     307     I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.

I     308     Pan Tadeusz, choć młodzik, ale prawem gościa
I     309     Wysoko siadł przy damach obok Jegomościa;
I     310     Między nim i stryjaszkiem jedno pozostało
I     311     Puste miejsce, jak gdyby na kogoś czekało.
I     312     Stryj nieraz na to miejsce i na drzwi poglądał,
I     313     Jakby czyjegoś przyjścia był pewny i żądał.
I     314     I Tadeusz wzrok stryja ku drzwiom odprowadzał,
I     315     I z nim na miejscu pustym oczy swe osadzał.
I     316     Dziwna rzecz! Miejsca wkoło są siedzeniem dziewic,
I     317     Na które mógłby spojrzeć bez wstydu królewic,
I     318     Wszystkie zacnie zrodzone, każda młoda, ładna;
I     319     Tadeusz tam pogląda, gdzie nie siedzi żadna.
I     320     To miejsce jest zagadką, młodź lubi zagadki;
I     321     Roztargniony, do swojej nadobnej sąsiadki
I     322     Ledwo słów kilka wyrzekł, do Podkomorzanki;
I     323     Nie zmienia jej talerzów, nie nalewa szklanki,
I     324     I panien nie zabawia przez rozmowy grzeczne,
I     325     Z których by wychowanie poznano stołeczne;
I     326     To jedno puste miejsce nęci go i mami...
I     327     Już nie puste, bo on je napełnił myślami.
I     328     Po tem miejscu biegało domysłów tysiące,
I     329     Jako po deszczu żabki po samotnej łące;
I     330     Śród nich jedna króluje postać, jak w pogodę
I     331     Lilia jeziór skroń białą wznosząca nad wodę.

I     332     Dano trzecią potrawę. Wtem pan Podkomorzy,
I     333     Wlawszy kropelkę wina w szklankę panny Róży,
I     334     A młodszej przysunąwszy z talerzem ogórki,
I     335     Rzekł: "Muszę ja wam służyć, moje panny córki,
I     336     Choć stary i niezgrabny". Zatem się rzuciło
I     337     Kilku młodych od stołu i pannom służyło.
I     338     Sędzia, z boku rzuciwszy wzrok na Tadeusza
I     339     I poprawiwszy nieco wylotów kontusza,
I     340     Nalał węgrzyna i rzekł:

I     340             "Dziś nowym zwyczajem,
I     341     My na naukę młodzież do stolicy dajem
I     342     I nie przeczym, że nasi synowie i wnuki
I     343     Mają od starych więcej książkowej nauki;
I     344     Ale co dzień postrzegam, jak młodź cierpi na tem,
I     345     Że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem.
I     346     Dawniej na dwory pańskie jachał szlachcic młody,
I     347     Ja sam lat dziesięć byłem dworskim Wojewody,
I     348     Ojca Podkomorzego, Mościwego Pana
I     349     (Mówiąc, Podkomorzemu ścisnął za kolana);
I     350     On mnie radą do usług publicznych sposobił,
I     351     Z opieki nie wypuścił, aż człowiekiem zrobił.
I     352     W mym domu wiecznie będzie jego pamięć droga,
I     353     Co dzień za duszę jego proszę Pana Boga.
I     354     Jeślim tyle na jego nie korzystał dworze
I     355     Jak drudzy i wróciwszy w domu ziemię orzę,
I     356     Gdy inni, więcej godni Wojewody względów,
I     357     Doszli potem najwyższych krajowych urzędów,
I     358     Przynajmniej tom skorzystał, że mi w moim domu
I     359     Nikt nigdy nie zarzuci, bym uchybił komu
I     360     W uczciwości, w grzeczności; a ja powiem śmiało:
I     361     Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.
I     362     Niełatwą, bo nie na tym kończy się, jak nogą
I     363     Zręcznie wierzgnąć, z uśmiechem witać lada kogo;
I     364     Bo taka grzeczność modna zda mi się kupiecka,
I     365     Ale nie staropolska, ani też szlachecka.
I     366     Grzeczność wszystkim należy, lecz każdemu inna;
I     367     Bo nie jest bez grzeczności i miłość dziecinna,
I     368     I wzgląd męża dla żony przy ludziach, i pana
I     369     Dla sług swoich, a w każdej jest pewna odmiana.
I     370     Trzeba się długo uczyć, ażeby nie zbłądzić
I     371     I każdemu powinną uczciwość wyrządzić.
I     372     I starzy się uczyli; u panów rozmowa
I     373     Była to historyja żyjąca krajowa,
I     374     A między szlachtą dzieje domowe powiatu:
I     375     Dawano przez to poznać szlachcicowi bratu,
I     376     Że wszyscy o nim wiedzą, lekce go nie ważą;
I     377     Więc szlachcic obyczaje swe trzymał pod strażą.
I     378     Dziś człowieka nie pytaj: co zacz? kto go rodzi?
I     379     Z kim on żył, co porabiał? Każdy, gdzie chce, wchodzi,
I     380     Byle nie szpieg rządowy i byle nie w nędzy.
I     381     Jak ów Wespazyjanus nie wąchał pieniędzy
I     382     I nie chciał wiedzieć, skąd są, z jakich rąk i krajów,
I     383     Tak nie chcą znać człowieka rodu, obyczajów!
I     384     Dość, że ważny i że się stempel na nim widzi,
I     385     Więc szanują przyjaciół jak pieniądze Żydzi".

I     386     To mówiąc Sędzia gości obejrzał porządkiem;
I     387     Bo choć zawsze i płynnie mówił, i z rozsądkiem,
I     388     Wiedział, że niecierpliwa młodzież teraźniejsza,
I     389     Że ją nudzi rzecz długa, choć najwymowniejsza.
I     390     Ale wszyscy słuchali w milczeniu głębokiem;
I     391     Sędzia Podkomorzego zdał się radzić okiem,
I     392     Podkomorzy pochwałą rzeczy nie przerywał,
I     393     Ale częstym skinieniem głowy potakiwał.
I     394     Sędzia milczał, on jeszcze skinieniem przyzwalał;
I     395     Więc Sędzia jego puchar i swój kielich nalał
I     396     I dalej mówił:

I     396             "Grzeczność nie jest rzeczą małą:
I     397     Kiedy się człowiek uczy ważyć, jak przystało,
I     398     Drugich wiek, urodzenie, cnoty, obyczaje,
I     399     Wtenczas i swoją ważność zarazem poznaje;
I     400     Jak na szalach żebyśmy nasz ciężar poznali,
I     401     Musim kogoś posadzić na przeciwnej szali.
I     402     Zaś godna jest Waszmościów uwagi osobnej
I     403     Grzeczność, którą powinna młodź dla płci nadobnej;
I     404     Zwłaszcza gdy zacność domu, fortuny szczodroty
I     405     Objaśniają wrodzone wdzięki i przymioty.
I     406     Stąd droga do afektów i stąd się kojarzy
I     407     Wspaniały domów sojusz — tak myślili starzy.
I     408     A zatem..."

I     408             Tu Pan Sędzia nagłym zwrotem głowy
I     409     Skinął na Tadeusza, rzucił wzrok surowy,
I     410     Znać było, że przychodził już do wniosków mowy.

I     411     Wtem brząknął w tabakierę złotą Podkomorzy
I     411     I rzekł:

I     412             "Mój Sędzio, dawniej było jeszcze gorzéj!
I     413     Teraz nie wiem, czy moda i nas starych zmienia,
I     414     Czy młodzież lepsza, ale widzę mniej zgorszenia.
I     415     Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny
I     416     Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!
I     417     Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów
I     418     Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów!
I     419     Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,
I     420     Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.
I     421     Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów,
I     422     Gadających przez nosy, a często bez nosów,
I     423     Opatrzonych w broszurki i w różne gazety,
I     424     Głoszących nowe wiary, prawa, toalety.
I     425     Miała nad umysłami wielką moc ta tłuszcza;
I     426     Bo Pan Bóg, kiedy karę na naród przepuszcza,
I     427     Odbiera naprzód rozum od obywateli.
I     428     I tak mędrsi fircykom oprzeć się nie śmieli;
I     429     I zląkł ich się jak dżumy jakiej cały naród,
I     430     Bo już sam wewnątrz siebie czuł choroby zaród.
I     431     Krzyczano na modnisiów, a brano z nich wzory:
I     432     Zmieniano wiarę, mowę, prawa i ubiory.
I     433     Była to maszkarada, zapustna swawola,
I     434     Po której miał przyjść wkrótce wielki post — niewola!

I     435     Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,
I     436     Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie
I     437     Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,
I     438     Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.
I     439     Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,
I     440     Zazdroszczono domowi, przed którego progiem
I     441     Stanęła Podczaszyca dwókolna dryndulka,
I     442     Która się po francusku zwała karyjulka.
I     443     Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,
I     444     A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;
I     445     Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,
I     446     W pończochach, ze srebrnemi klamrami trzewiki,
I     447     Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.
I     448     Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,
I     449     A chłopi żegnali się, mówiąc, że po świecie
I     450     Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.
I     451     Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;
I     452     Dosyć, że się nam zdawał małpą lub papugą,
I     453     W wielkiej peruce, którą do złotego runa
I     454     On lubił porównywać, a my do kołtuna.
I     455     Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie
I     456     Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,
I     457     Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza
I     458     Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!
I     459     Taka była przesądów owoczesnych władza!

I     460     Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,
I     461     Cywilizować będzie i konstytuować;
I     462     Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni
I     463     Zrobili wynalazek, iż ludzie są rowni.
I     464     Choć o tem dawno w Pańskim pisano zakonie
I     465     I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.
I     466     Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!
I     467     Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,
I     468     Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,
I     469     Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.
I     470     Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;
I     471     Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,
I     472     A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.
I     473     Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,
I     474     Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;
I     475     Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,
I     476     Demokrata przyjechał z Paryża baronem;
I     477     Gdyby żył dłużej, może nową alternatą
I     478     Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.
I     479     Bo Paryż często mody odmianą się chlubi,
I     480     A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.

I     481     Chwała Bogu, że teraz jeśli nasza młodzież
I     482     Wyjeżdża za granicę, to już nie po odzież,
I     483     Nie szukać prawodawstwa w drukarskich kramarniach
I     484     Lub wymowy uczyć się w paryskich kawiarniach.
I     485     Bo teraz Napoleon, człek mądry a prędki,
I     486     Nie daje czasu szukać mody i gawędki.
I     487     Teraz grzmi oręż, a nam starym serca rosną,
I     488     Że znowu o Polakach tak na świecie głośno;
I     489     Jest sława, a więc będzie i Rzeczpospolita!
I     490     Zawżdy z wawrzynów drzewo wolności wykwita.
I     491     Tylko smutno, że nam, ach! tak się lata wleką
I     492     W nieczynności! a oni tak zawsze daleko!
I     493     Tak długo czekać! Nawet tak rzadka nowina!
I     494     Ojcze Robaku (ciszej rzekł do Bernardyna),
I     495     Słyszałem, żeś zza Niemna odebrał wiadomość;
I     496     Może też co o naszem wojsku wie Jegomość?"

I     497     "Nic a nic — odpowiedział Robak obojętnie
I     498     (Widać było, że słuchał rozmowy niechętnie) —
I     499     Mnie polityka nudzi; jeżeli z Warszawy
I     500     Mam list, to rzecz zakonna, to są nasze sprawy
I     501     Bernardyńskie; cóż o tem gadać u wieczerzy?
I     502     Są tu świeccy, do których nic to nie należy".

I     503     Tak mowiąc spojrzał zyzem, gdzie śród biesiadników
I     504     Siedział gość Moskal; był to pan kapitan Ryków;
I     505     Stary żołnierz, stał w bliskiej wiosce na kwaterze,
I     506     Pan Sędzia go przez grzeczność prosił na wieczerzę.
I     507     Rykow jadł smaczno, mało wdawał się w rozmowę,
I     508     Lecz na wzmiankę Warszawy rzekł, podniosłszy głowę:
I     509     "Pan Podkomorzy! Oj, Wy! Pan zawsze ciekawy
I     510     O Bonaparta, zawsze Wam tam do Warszawy!
I     511     He! Ojczyzna! Ja nie szpieg, a po polsku umiem —
I     512     Ojczyzna! Ja to czuję wszystko, ja rozumiem!
I     513     Wy Polaki, ja Ruski, teraz się nie bijem,
I     514     Jest armistycjum, to my razem jemy, pijem.
I     515     Często na awanpostach nasz z Francuzem gada,
I     516     Pije wódkę; jak krzykną: ura! — kanonada.
I     517     Ruskie przysłowie: Z kim się biję, tego lubię;
I     518     Gładź drużkę jak po duszy, a bij jak po szubie.
I     519     Ja mówię, będzie wojna u nas. Do majora
I     520     Płuta adiutant sztabu przyjechał zawczora:
I     521     Gotować się do marszu! Pójdziem, czy pod Turka,
I     522     Czy na Francuza; oj, ten Bonapart figurka!
I     523     Bez Suwarowa to on może nas wytuza.
I     524     U nas w pułku gadano, jak szli na Francuza,
I     525     Że Bonapart czarował, no, tak i Suwarów
I     526     Czarował; tak i były czary przeciw czarów.
I     527     Raz w bitwie, gdzie podział się? szukać Bonaparta —
I     528     A on zmienił się w lisa, tak Suwarów w charta;
I     529     Tak Bonaparte znowu w kota się przerzuca,
I     530     Dalej drzeć pazurami, a Suwarów w kuca.
I     531     Obaczcież, co się stało w końcu z Bonapartą..."

I     532     Tu Ryków przerwał i jadł; wtem z potrawą czwartą
I     533     Wszedł służący i raptem boczne drzwi otwarto.

I     534     Weszła nowa osoba, przystojna i młoda;
I     535     Jej zjawienie się nagłe, jej wzrost i uroda,
I     536     Jej ubior zwrócił oczy; wszyscy ją witali;
I     537     Prócz Tadeusza, widać, że ją wszyscy znali.
I     538     Kibić miała wysmukłą, kształtną, pierś powabną,
I     539     Suknię materyjalną, różową, jedwabną,
I     540     Gors wycięty, kołnierzyk z korónek, rękawki
I     541     Krótkie, w ręku kręciła wachlarz dla zabawki
I     542     (Bo nie było gorąca); wachlarz pozłocisty
I     543     Powiewając rozlewał deszcz iskier rzęsisty.
I     544     Głowa do włosów, włosy pozwijane w kręgi,
I     545     W pukle i przeplatane różowemi wstęgi,
I     546     Pośród nich brylant, niby zakryty od oczu,
I     547     Świecił się jako gwiazda w komety warkoczu —
I     548     Słowem, ubior galowy; szeptali niejedni,
I     549     Że zbyt wykwintny na wieś i na dzień powszedni.
I     550     Nożek, choć suknia krótka, oko nie zobaczy,
I     551     Bo biegła bardzo szybko, suwała się raczéj,
I     552     Jako osobki, które na trzykrólskie święta
I     553     Przesuwają w jasełkach ukryte chłopięta.
I     554     Biegła i wszystkich lekkim witając ukłonem,
I     555     Chciała usieść na miejscu sobie zostawionem.
I     556     Trudno było; bo krzeseł dla gości nie stało:
I     557     Na czterech ławach cztery ich rzędy siedziało,
I     558     Trzeba było rzęd ruszyć lub ławę przeskoczyć;
I     559     Zręcznie między dwie ławy umiała się wtłoczyć,
I     560     A potem między rzędem siedzących i stołem
I     561     Jak bilardowa kula toczyła się kołem.
I     562     W biegu dotknęła blisko naszego młodziana;
I     563     Uczepiwszy falbaną o czyjeś kolana,
I     564     Pośliznęła się nieco i w tem roztargnieniu
I     565     Na pana Tadeusza wsparła się ramieniu.
I     566     Przeprosiwszy go grzecznie, na miejscu swem siadła
I     567     Pomiędzy nim i stryjem, ale nic nie jadła,
I     568     Tylko się wachlowała, to wachlarza trzonek
I     569     Kręciła, to kołnierzyk z brabanckich koronek
I     570     Poprawiała, to lekkiem dotknięciem się ręki
I     571     Muskała włosów pukle i wstąg jasnych pęki.

I     572     Ta przerwa rozmów trwała już minut ze cztery.
I     573     Tymczasem w końcu stoła naprzód ciche szmery,
I     574     A potem się zaczęły wpółgłośne rozmowy;
I     575     Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.
I     576     Asesora z Rejentem wzmogła się uparta,
I     577     Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,
I     578     Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił
I     579     I utrzymywał, że on zająca pochwycił;
I     580     Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,
I     581     Że ta chwała należy chartu Sokołowi.
I     582     Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła
I     583     Brali stronę Kusego, albo też Sokoła,
I     584     Ci jak znawcy, ci znowu jak naoczne świadki.

I     585     Sędzia na drugim końcu do nowej sąsiadki
I     586     Rzekł półgłosem: "Przepraszam, musieliśmy siadać,
I     587     Niepodobna wieczerzy na później odkładać:
I     588     Goście głodni, chodzili daleko na pole;
I     589     Myśliłem, że dziś z nami nie będziesz przy stole".
I     590     To rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichu
I     591     O politycznych sprawach rozmawiał po cichu.

I     592     Gdy tak były zajęte stołu strony obie,
I     593     Tadeusz przyglądał się nieznanej osobie:
I     594     Przypomniał, że za pierwszym na miejsce wejrzeniem
I     595     Odgadnął zaraz, czyjem miało być siedzeniem.
I     596     Rumienił się, serce mu biło nadzwyczajnie;
I     597     Więc rozwiązane widział swych domysłów tajnie!
I     598     Więc było przeznaczono, by przy jego boku
I     599     Usiadła owa piękność widziana w pomroku.

I     600     Wprawdzie zdała się teraz wzrostem dorodniejsza,
I     601     Bo ubrana, a ubiór powiększa i zmniejsza.
I     602     I włos u tamtej widział krótki, jasnozłoty,
I     603     A u tej krucze, długie zwijały się sploty.
I     604     Kolor musiał pochodzić od słońca promieni,
I     605     Któremi przy zachodzie wszystko się czerwieni.
I     606     Twarzy wówczas nie dostrzegł, nazbyt rychło znikła,
I     607     Ale myśl twarz nadobną odgadywać zwykła;
I     608     Myślił, że pewnie miała czarniutkie oczęta,
I     609     Białą twarz, usta kraśne jak wiśnie bliźnięta;
I     610     U tej znalazł podobne oczy, usta, lica;
I     611     W wieku może by była największa różnica:
I     612     Ogrodniczka dziewczynką zdawała się małą,
I     613     A pani ta niewiastą już w latach dojrzałą;
I     614     Lecz młodzież o piękności metrykę nie pyta,
I     615     Bo młodzieńcowi młodą jest każda kobiéta,
I     616     Chłopcowi każda piękność zda się rówiennicą,
I     617     A niewinnemu każda kochanka dziewicą.

I     618     Tadeusz, chociaż liczył lat blisko dwadzieście
I     619     I od dzieciństwa mieszkał w Wilnie, wielkim mieście,
I     620     Miał za dozorcę księdza, który go pilnował
I     621     I w dawnej surowości prawidłach wychował.
I     622     Tadeusz zatem przywiozł w strony swe rodzinne
I     623     Duszę czystą, myśl żywą i serce niewinne,
I     624     Ale razem niemałą chętkę do swywoli.
I     625     Z góry już robił projekt, że sobie pozwoli
I     626     Używać na wsi długo wzbronionej swobody;
I     627     Wiedział, że był przystojny, czuł się rześki, młody,
I     628     A w spadku po rodzicach wziął czerstwość i zdrowie.
I     629     Nazywał się Soplica; wszyscy Soplicowie
I     630     Są, jak wiadomo, krzepcy, otyli i silni,
I     631     Do żołnierki jedyni, w naukach mniej pilni.

I     632     Tadeusz się od przodków swoich nie odrodził:
I     633     Dobrze na koniu jeździł, pieszo dzielnie chodził,
I     634     Tępy nie był, lecz mało w naukach postąpił,
I     635     Choć stryj na wychowanie niczego nie skąpił.
I     636     On wolał z flinty strzelać albo szablą robić;
I     637     Wiedział, że go myślano do wojska sposobić,
I     638     Że ojciec w testamencie wyrzekł taką wolę;
I     639     Ustawicznie do bębna tęsknił, siedząc w szkole.
I     640     Ale stryj nagle pierwsze zamiary odmienił,
I     641     Kazał, aby przyjechał i aby się żenił,
I     642     I objął gospodarstwo; przyrzekł na początek
I     643     Dać małą wieś, a potem cały swój majątek.

I     644     Te wszystkie Tadeusza cnoty i zalety
I     645     Ściągnęły wzrok sąsiadki, uważnej kobiety.
I     646     Zmierzyła jego postać kształtną i wysoką,
I     647     Jego ramiona silne, jego pierś szeroką
I     648     I w twarz spójrzała, z której wytryskał rumieniec,
I     649     Ilekroć z jej oczyma spotkał się młodzieniec:
I     650     Bo z pierwszej lękliwości całkiem już ochłonął
I     651     I patrzył wzrokiem śmiałym, w którym ogień płonął.
I     652     Również patrzyła ona i cztery źrenice
I     653     Gorzały przeciw sobie jak roratne świéce.

I     654     Pierwsza z nim po francusku zaczęła rozmowę;
I     655     Wracał z miasta, ze szkoły: więc o książki nowe,
I     656     O autorów pytała Tadeusza zdania
I     657     I ze zdań wyciągała na nowo pytania;
I     658     Cóż gdy potem zaczęła mówić o malarstwie,
I     659     O muzyce, o tańcach, nawet o rzeźbiarstwie!
I     660     Dowiodła, że zna równie pędzel, noty, druki;
I     661     Aż osłupiał Tadeusz na tyle nauki,
I     662     Lękał się, by nie został pośmiewiska celem,
I     663     I jąkał się jak żaczek przed nauczycielem.
I     664     Szczęściem, że nauczyciel ładny i niesrogi;
I     665     Odgadnęła sąsiadka powod jego trwogi,
I     666     Wszczęła rzecz o mniej trudnych i mądrych przedmiotach:
I     667     O wiejskiego pożycia nudach i kłopotach,
I     668     I jak bawić się trzeba, i jak czas podzielić,
I     669     By życie uprzyjemnić i wieś rozweselić.

I     670     Tadeusz odpowiadał śmielej, szła rzecz daléj,
I     671     W pół godziny już byli z sobą poufali;
I     672     Zaczęli nawet małe żarciki i sprzeczki.
I     673     W końcu stawiła przed nim trzy z chleba gałeczki:
I     674     Trzy osoby na wybor; wziął najbliższą sobie;
I     675     Podkomorzanki na to zmarszczyły się obie,
I     676     Sąsiadka zaśmiała się, lecz nie powiedziała,
I     677     Kogo owa szczęśliwa gałka oznaczała.

I     678     Inaczej bawiono się w drugim końcu stoła,
I     679     Bo tam, wzmogłszy się nagle, stronnicy Sokoła
I     680     Na partyję Kusego bez litości wsiedli:
I     681     Spór był wielki, już potraw ostatnich nie jedli.
I     682     Stojąc i pijąc obie kłóciły się strony,
I     683     A najstraszniej pan Rejent był zacietrzewiony:
I     684     Jak raz zaczął, bez przerwy rzecz swoją tokował
I     685     I gestami ją bardzo dobitnie malował.
I     686     (Był dawniej adwokatem pan rejent Bolesta,
I     687     Zwano go kaznodzieją, że zbyt lubił gesta).
I     688     Teraz ręce przy boku miał, w tył wygiął łokcie,
I     689     Spod ramion wytknął palce i długie paznokcie,
I     690     Przedstawiając dwa smycze chartów tym obrazem.
I     691     Właśnie rzecz kończył: "Wyczha! puściliśmy razem
I     692     Ja i Asesor, razem, jakoby dwa kórki
I     693     Jednym palcem spuszczone u jednej dwórórki;
I     694     Wyczha! poszli, a zając jak struna — smyk w pole,
I     695     Psy tuż (to mówiąc, ręce ciągnął wzdłuż po stole
I     696     I palcami ruch chartów przedziwnie udawał),
I     697     Psy tuż, i hec! od lasu odsadzili kawał;
I     698     Sokoł smyk naprzód! rączy pies, lecz zagorzalec,
I     699     Wysadził się przed Kusym o tyle, o palec;
I     700     Wiedziałem, że spudłuje; szarak, gracz nie lada,
I     701     Czchał niby prosto w pole, za nim psów gromada;
I     702     Gracz szarak! skoro poczuł wszystkie charty w kupie,
I     703     Pstręk na prawo, koziołka, z nim w prawo psy głupie,
I     704     A on znowu fajt w lewo, jak wytnie dwa susy,
I     705     Psy za nim fajt na lewo, on w las, a mój Kusy
I     706     Cap!!" — tak krzycząc pan Rejent, na stół pochylony,
I     707     Z palcami swemi zabiegł aż do drugiej strony
I     708     I "cap!" — Tadeuszowi wrzasnął tuż nad uchem.
I     709     Tadeusz i sąsiadka, tym głosu wybuchem
I     710     Znienacka przestraszeni właśnie w pół rozmowy,
I     711     Odstrychnęli od siebie mimowolnie głowy,
I     712     Jako wierzchołki drzewa powiązane społem,
I     713     Gdy je wicher rozerwie; i ręce pod stołem
I     714     Blisko siebie leżące wstecz nagle uciekły,
I     715     I dwie twarze w jeden się rumieniec oblekły.

I     716     Tadeusz, by nie zdradzić swego roztargnienia:
I     717     "Prawda — rzekł — mój Rejencie, prawda, bez wątpienia,
I     718     Kusy piękny chart z kształtu, jeśli równie chwytny..."
I     719     "Chwytny? — krzyknął pan Rejent. — Mój pies faworytny
I     720     Żeby nie miał być chwytny?" Więc Tadeusz znowu
I     721     Cieszył się, że tak piękny pies nie ma narowu,
I     722     Żałował, że go tylko widział idąc z lasu
I     723     I że przymiotów jego poznać nie miał czasu.

I     724     Na to zadrżał Asesor, puścił z rąk kieliszek,
I     725     Utopił w Tadeusza wzrok jak bazyliszek.
I     726     Asesor mniej krzykliwy i mniej był ruchawy
I     727     Od Rejenta, szczuplejszy i mały z postawy,
I     728     Lecz straszny na reducie, balu i sejmiku,
I     729     Bo powiadano o nim: ma żądło w języku.
I     730     Tak dowcipne żarciki umiał komponować,
I     731     Iżby je w kalendarzu można wydrukować:
I     732     Wszystkie złośliwe, ostre. Dawniej człek dostatni,
I     733     Schedę ojca swojego i majątek bratni,
I     734     Wszystko strwonił, na wielkim figurując świecie;
I     735     Teraz wszedł w służbę rządu, by znaczyć w powiecie.
I     736     Lubił bardzo myślistwo, już to dla zabawy,
I     737     Już to że odgłos trąbki i widok obławy
I     738     Przypominał mu jego lata młodociane,
I     739     Kiedy miał strzelców licznych i psy zawołane;
I     740     Teraz mu z całej psiarni dwa charty zostały,
I     741     I jeszcze z tych jednemu chciano przeczyć chwały.
I     742     Więc zbliżył się i, z wolna gładząc faworyty,
I     743     Rzekł z uśmiechem, a był to uśmiech jadowity:

I     744     "Chart bez ogona jest jak szlachcic bez urzędu...
I     745     Ogon też znacznie chartom pomaga do pędu,
I     746     A Pan kusość uważasz za dowód dobroci?
I     747     Zresztą zdać się możemy na sąd Pańskiej cioci.
I     748     Choć pani Telimena mieszkała w stolicy
I     749     I bawi się niedawno w naszej okolicy,
I     750     Lepiej zna się na łowach niż myśliwi młodzi:
I     751     Tak to nauka sama z latami przychodzi".

I     752     Tadeusz, na którego niespodzianie spadał
I     753     Grom taki, wstał zmieszany, chwilę nic nie gadał,
I     754     Lecz patrzył na rywala coraz straszniéj, srożéj...
I     755     Wtem, wielkim szczęściem, dwakroć kichnął Podkomorzy.
I     756     "Wiwat!" — krzyknęli wszyscy; on się wszystkim skłonił
I     757     I z wolna w tabakierę palcami zadzwonił:
I     758     Tabakiera ze złota, z brylantów oprawa,
I     759     A w środku jej był portret króla Stanisława.
I     760     Ojcu Podkomorzego sam król ją darował,
I     761     Po ojcu Podkomorzy godnie ją piastował;
I     762     Gdy w nię dzwonił, znak dawał, że miał głos zabierać;
I     763     Umilkli wszyscy i ust nie śmieli otwierać.
I     764     On rzekł:

I     764             "Wielmożni Szlachta, Bracia Dobrodzieje!
I     765     Forum myśliwskiem tylko są łąki i knieje,
I     766     Więc ja w domu podobnych spraw nie decyduję
I     767     I posiedzenie nasze na jutro solwuję,
I     768     I dalszych replik stronom dzisiaj nie dozwolę.
I     769     Woźny! odwołaj sprawę na jutro na pole.
I     770     Jutro i Hrabia z całym myślistwem tu zjedzie,
I     771     I Waszeć z nami ruszysz, Sędzio, mój sąsiedzie,
I     772     I pani Telimena, i panny, i panie,
I     773     Słowem, zrobim na urząd wielkie polowanie;
I     774     I Wojski towarzystwa nam też nie odmówi".
I     775     To mówiąc tabakierę podawał starcowi.

I     776     Wojski na ostrym końcu śród myśliwych siedział,
I     777     Słuchał, zmrużywszy oczy, słowa nie powiedział,
I     778     Choć młodzież nieraz jego zasięgała zdania,
I     779     Bo nikt lepiej nad niego nie znał polowania.
I     780     On milczał, szczyptę wziętą z tabakiery ważył
I     781     W palcach i długo dumał, nim ją w końcu zażył;
I     782     Kichnął, aż cała izba rozległa się echem,
I     783     I potrząsając głową rzekł z gorzkim uśmiechem:

I     784     "O, jak mnie to starego i smuci, i dziwi!
I     785     Cóż by to o tem starzy mówili myśliwi,
I     786     Widząc, że w tylu szlachty, w tylu panów gronie
I     787     Mają sądzić się spory o charcim ogonie;
I     788     Cóż by rzekł na to stary Rejtan, gdyby ożył?
I     789     Wróciłby do Lachowicz i w grób się położył!
I     790     Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary,
I     791     Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary
I     792     I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,
I     793     I ma sto wozów sieci w zamku worończańskim,
I     794     A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze.
I     795     Nikt go na polowanie uprosić nie może,
I     796     Białopiotrowiczowi samemu odmówił!
I     797     Bo cóż by on na waszych polowaniach łowił?
I     798     Piękna byłaby sława, ażeby pan taki
I     799     Wedle dzisiejszej mody jeździł na szaraki!
I     800     Za moich, panie, czasów w języku strzeleckim
I     801     Dzik, niedźwiedź, łoś, wilk zwany był zwierzem szlacheckim,
I     802     A zwierzę nie mające kłów, rogów, pazurów
I     803     Zostawiano dla płatnych sług i dworskich ciurów;
I     804     Żaden pan nigdy przyjąć nie chciałby do ręki
I     805     Strzelby, którą zhańbiono, sypiąc w nią śrót cienki!
I     806     Trzymano wprawdzie chartów, bo z łowów wracając,
I     807     Trafia się, że spod konia mknie się biedak zając;
I     808     Puszczano wtenczas za nim dla zabawki smycze
I     809     I na konikach małe goniły panicze
I     810     Przed oczyma rodziców, którzy te pogonie
I     811     Ledwie raczyli widzieć, cóż kłócić się o nie!
I     812     Więc niech Jaśnie Wielmożny Podkomorzy raczy
I     813     Odwołać swe rozkazy i niech mi wybaczy,
I     814     Że nie mogę na takie jechać polowanie
I     815     I nigdy na niem noga moja nie postanie!
I     816     Nazywam się Hreczecha, a od króla Lecha
I     817     Żaden za zającami nie jeździł Hreczecha".

I     818     Tu śmiech młodzieży mowę Wojskiego zagłuszył.
I     819     Wstano od stołu; pierwszy Podkomorzy ruszył;
I     820     Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy;
I     821     Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży;
I     822     Za nim szedł kwestarz, Sędzia tuż przy Bernardynie,
I     823     Sędzia u progu rękę dał Podkomorzynie,
I     824     Tadeusz Telimenie, Asesor Krajczance,
I     825     A pan Rejent na końcu Wojskiej Hreczeszance.

I     826     Tadeusz z kilku gośćmi poszedł do stodoły,
I     827     A czuł się pomięszany, zły i niewesoły,
I     828     Rozbierał myślą wszystkie dzisiejsze wypadki:
I     829     Spotkanie się, wieczerzę przy boku sąsiadki,
I     830     A szczególniej mu słowo "ciocia" koło ucha
I     831     Brzęczało ciągle jako naprzykrzona mucha.
I     832     Pragnąłby u Woźnego lepiej się wypytać
I     833     O pani Telimenie, lecz go nie mógł schwytać;
I     834     Wojskiego też nie widział, bo zaraz z wieczerzy
I     835     Wszyscy poszli za gośćmi, jak sługom należy,
I     836     Urządzając we dworze izby do spoczynku.
I     837     Starsi i damy spały we dworskim budynku,
I     838     Młodzież Tadeuszowi prowadzić kazano,
I     839     W zastępstwie gospodarza, w stodołę na siano.

I     840     W pół godziny tak było głucho w całym dworze
I     841     Jako po zadzwonieniu na pacierz w klasztorze;
I     842     Ciszę przerywał tylko głos nocnego stróża.
I     843     Usnęli wszyscy. Sędzia sam oczu nie zmruża:
I     844     Jako wódz gospodarstwa obmyśla wyprawę
I     845     W pole i w domu przyszłą urządza zabawę.
I     846     Dał rozkaz ekonomom, wójtom i gumiennym,
I     847     Pisarzom, ochmistrzyni, strzelcom i stajennym,
I     848     I musiał wszystkie dzienne rachunki przezierać,
I     849     Nareszcie rzekł Woźnemu, że się chce rozbierać.

I     850     Woźny pas mu odwiązał, pas słucki, pas lity,
I     851     Przy którym świecą gęste kutasy jak kity,
I     852     Z jednej strony złotogłów w purpurowe kwiaty,
I     853     Na wywrót jedwab czarny, posrebrzany w kraty;
I     854     Pas taki można równie kłaść na strony obie:
I     855     Złotą na dzień galowy, a czarną w żałobie.
I     856     Sam Woźny umiał pas ten odwiązywać, składać;
I     857     Właśnie tem się zatrudniał i kończył tak gadać:

I     858     "Cóż złego, że przeniosłem stoły do zamczyska?
I     859     Nikt na tem nic nie stracił, a Pan może zyska,
I     860     Bo przecież o ten zamek dziś toczy się sprawa.
I     861     My od dzisiaj do zamku nabyliśmy prawa,
I     862     I mimo całą strony przeciwnej zajadłość
I     863     Dowiodę, że zamczysko wzięliśmy w posiadłość.
I     864     Wszakże kto gości prosi w zamek na wieczerzę,
I     865     Dowodzi, że posiadłość tam ma albo bierze;
I     866     Nawet strony przeciwne weźmiemy na świadki:
I     867     Pamiętam za mych czasów podobne wypadki".

I     868     Już Sędzia spał. Więc Woźny cicho wszedł do sieni,
I     869     Siadł przy świecy i dobył książeczkę z kieszeni,
I     870     Która mu jak Ołtarzyk złoty zawsze służy,
I     871     Której nigdy nie rzuca w domu i w podróży.
I     872     Była to trybunalska wokanda: tam rzędem
I     873     Stały spisane sprawy, które przed urzędem
I     874     Woźny sam głosem swoim przed laty wywołał
I     875     Albo o których później dowiedzieć się zdołał.
I     876     Prostym ludziom wokanda zda się imion spisem,
I     877     Woźnemu jest obrazów wspaniałych zarysem.
I     878     Czytał więc i rozmyślał: Ogiński z Wizgirdem,
I     879     Dominikanie z Rymszą, Rymsza z Wysogierdem,
I     880     Radziwiłł z Wereszczaką, Giedrojć z Rodułtowskim,
I     881     Obuchowicz z kahałem, Juracha z Piotrowskim,
I     882     Maleski z Mickiewiczem, a na koniec Hrabia
I     883     Z Soplicą: i czytając, z tych imion wywabia
I     884     Pamięć spraw wielkich, wszystkie procesu wypadki,
I     885     I stają mu przed oczy sąd, strony i świadki;
I     886     I ogląda sam siebie, jak w żupanie białym,
I     887     W granatowym kontuszu stał przed trybunałem;
I     888     Jedna ręka na szabli, a drugą do stoła
I     889     Przywoławszy dwie strony: "Uciszcie się!" — woła.
I     890     Marząc i kończąc pacierz wieczorny, pomału
I     891     Usnął ostatni w Litwie Woźny trybunału.

I     892     Takie były zabawy, spory w one lata
I     893     Śród cichej wsi litewskiej, kiedy reszta świata
I     894     We łzach i krwi tonęła, gdy ów mąż, bóg wojny,
I     895     Otoczon chmurą pułków, tysiącem dział zbrojny,
I     896     Wprzągłszy w swój rydwan orły złote obok srebrnych,
I     897     Od puszcz libijskich latał do Alpów podniebnych,
I     898     Ciskając grom po gromie: w Piramidy, w Tabor,
I     899     W Marengo, w Ulm, w Austerlitz. Zwycięstwo i Zabor
I     900     Biegły przed nim i za nim. Sława czynów tylu,
I     901     Brzemienna imionami rycerzy, od Nilu
I     902     Szła hucząc ku północy, aż u Niemna brzegów
I     903     Odbiła się, jak od skał, od Moskwy szeregów,
I     904     Które broniły Litwę murami żelaza
I     905     Przed wieścią, dla Rosyi straszną jak zaraza.

I     906     Przecież nieraz nowina, niby kamień z nieba,
I     907     Spadała w Litwę; nieraz dziad żebrzący chleba,
I     908     Bez ręki lub bez nogi, przyjąwszy jałmużnę,
I     909     Stanął i oczy wkoło obracał ostróżne.
I     910     Gdy nie widział we dworze rosyjskich żołnierzy
I     911     Ani jarmułek, ani czerwonych kołnierzy,
I     912     Wtenczas, kim był, wyznawał: był legijonistą,
I     913     Przynosił kości stare na ziemię ojczystą,
I     914     Której już bronić nie mógł... Jak go wtenczas cała
I     915     Rodzina pańska, jak go czeladka ściskała,
I     916     Zanosząc się od płaczu! On za stołem siadał
I     917     I dziwniejsze od baśni historyje gadał.

I     918     On opowiadał, jako jenerał Dąbrowski
I     919     Z ziemi włoskiej stara się przyciągnąć do Polski,
I     920     Jak on rodaków zbiera na lombardzkiem polu;
I     921     Jak Kniaziewicz rozkazy daje z Kapitolu
I     922     I, zwycięzca, wydartych potomkom Cezarów
I     923     Rzucił w oczy Francuzów sto krwawych sztandarów;
I     924     Jak Jabłonowski zabiegł, aż kędy pieprz rośnie,
I     925     Gdzie się cukier wytapia i gdzie w wiecznej wiośnie
I     926     Pachnące kwitną lasy; z legiją Dunaju
I     927     Tam wódz Murzyny gromi, a wzdycha do kraju.

I     928     Mowy starca krążyły we wsi po kryjomu;
I     929     Chłopiec, co je posłyszał, znikał nagle z domu,
I     930     Lasami i bagnami skradał się tajemnie,
I     931     Ścigany od Moskali, skakał kryć się w Niemnie
I     932     I nurkiem płynął na brzeg Księstwa Warszawskiego,
I     933     Gdzie usłyszał głos miły: "Witaj nam, kolego!"
I     934     Lecz nim odszedł, wyskoczył na wzgórek z kamienia
I     935     I Moskalom przez Niemen rzekł: "Do zobaczenia!"
I     936     Tak przekradł się Gorecki, Pac i Obuchowicz,
I     937     Piotrowski, Obolewski, Rożycki, Janowicz,
I     938     Mirzejewscy, Brochocki i Bernatowicze,
I     939     Kupść, Gedymin i inni, których nie policzę;
I     940     Opuszczali rodziców i ziemię kochaną,
I     941     I dobra, które na skarb carski zabierano.

I     942     Czasem do Litwy kwestarz z obcego klasztoru
I     943     Przyszedł i kiedy bliżej poznał panów dworu,
I     944     Gazetę im pokazał wyprutą z szkaplerza;
I     945     Tam stała wypisana i liczba żołnierza,
I     946     I nazwisko każdego wodza legijonu,
I     947     I każdego z nich opis zwycięstwa lub zgonu.
I     948     Po wielu latach pierwszy raz miała rodzina
I     949     Wieść o życiu, o chwale i o śmierci syna;
I     950     Brał dom żałobę, ale powiedzieć nie śmiano,
I     951     Po kim była żałoba, tylko zgadywano
I     952     W okolicy; i tylko cichy smutek panów
I     953     Lub cicha radość była gazetą ziemianów.

I     954     Takim kwestarzem tajnym był Robak podobno:
I     955     Często on z panem Sędzią rozmawiał osobno;
I     956     Po tych rozmowach zawsze jakowaś nowina
I     957     Rozeszła się w sąsiedztwie. Postać Bernardyna
I     958     Wydawała, że mnich ten nie zawsze w kapturze
I     959     Chodził i nie w klasztornym zestarzał się murze.
I     960     Miał on nad prawym uchem, nieco wyżej skroni,
I     961     Bliznę wyciętej skóry na szerokość dłoni
I     962     I w brodzie ślad niedawny lancy lub postrzału;
I     963     Ran tych nie dostał pewnie przy czytaniu mszału.
I     964     Ale nie tylko groźne wejrzenie i blizny,
I     965     Lecz sam ruch i głos jego miał coś żołnierszczyzny.

I     966     Przy mszy, gdy z wzniesionymi zwracał się rękami
I     967     Od ołtarza do ludu, by mówić: "Pan z wami",
I     968     To nieraz tak się zręcznie skręcił jednym razem,
I     969     Jakby "prawo w tył" robił za wodza rozkazem,
I     970     I słowa liturgiji takim wyrzekł tonem
I     971     Do ludu, jak oficer stojąc przed szwadronem;
I     972     Postrzegali to chłopcy służący mu do mszy.
I     973     Spraw także politycznych był Robak świadomszy
I     974     Niźli żywotów świętych, a jeżdżąc po kweście,
I     975     Często zastanawiał się w powiatowem mieście;
I     976     Miał pełno interesów: to listy odbierał,
I     977     Których nigdy przy obcych ludziach nie otwierał,
I     978     To wysyłał posłańców, ale gdzie i po co,
I     979     Nie powiadał; częstokroć wymykał się nocą
I     980     Do dworów pańskich, z szlachtą ustawicznie szeptał
I     981     I okoliczne wioski dokoła wydeptał,
I     982     I w karczmach z wieśniakami rozprawiał niemało,
I     983     A zawsze o tem, co się w cudzych krajach działo.
I     984     Teraz Sędziego, który już spał od godziny,
I     985     Przychodzi budzić; pewnie ma jakieś nowiny.

II            KSIĘGA DRUGA
II            ZAMEK
II            TREŚĆ:
II            Polowanie z chartami na upatrzonego — Gość w zamku — Ostatni z dworzan opowiada historią ostatniego z Horeszków — Rzut oka w sad — Dziewczyna w ogórkach — Śniadanie — Pani Telimeny anegdota petersburska — Nowy wybuch sporów o Kusego i Sokoła — Interwencja Robaka — Rzecz Wojskiego — Zakład — Dalej w grzyby!

II      1     Kto z nas tych lat nie pomni, gdy, młode pacholę,
II      2     Ze strzelbą na ramieniu świszcząc szedł na pole,
II      3     Gdzie żaden wał, płot żaden nogi nie utrudza,
II      4     Gdzie przestępując miedzę, nie poznasz, że cudza!
II      5     Bo na Litwie myśliwiec, jak okręt na morzu,
II      6     Gdzie chcesz, jaką chcesz drogą, buja po przestworzu!
II      7     Czyli jak prorok patrzy w niebo, gdzie w obłoku
II      8     Wiele jest znaków widnych strzeleckiemu oku,
II      9     Czy jak czarownik gada z ziemią, która, głucha
II     10     Dla mieszczan, mnóstwem głosów szepce mu do ucha.

II     11     Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie,
II     12     Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie;
II     13     Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek:
II     14     Również głęboko w niebie schowany skowronek;
II     15     Ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary
II     16     Zaszumiał, strasząc wróble jak kometa cary;
II     17     Zaś jastrząb, pod jasnemi wiszący błękity,
II     18     Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity,
II     19     Aż ujrzawszy wśród łąki ptaka lub zająca,
II     20     Runie nań z góry jako gwiazda spadająca.

II     21     Kiedyż nam Pan Bóg wrócić z wędrówki dozwoli
II     22     I znowu dom zamieszkać na ojczystej roli,
II     23     I służyć w jeździe, która wojuje szaraki,
II     24     Albo w piechocie, która nosi broń na ptaki;
II     25     Nie znać innych prócz kosy i sierpa rynsztunków
II     26     I innych gazet oprócz domowych rachunków!

II     27     Nad Soplicowem słońce weszło, i już padło
II     28     Na strzechy, i przez szpary w stodołę się wkradło:
II     29     I po ciemnozielonym, świeżym, wonnym sianie,
II     30     Z którego młodzież sobie zrobiła posłanie,
II     31     Rozpływały się złote, migające pręgi
II     32     Z otworu czarnej strzechy, jak z warkocza wstęgi;
II     33     I słońce usta sennych promykiem poranka
II     34     Draźni, jak dziewczę kłosem budzące kochanka.
II     35     Już wróble skacząc świerkać zaczęły pod strzechą,
II     36     Już trzykroć gęgnął gęsior, a za nim jak echo
II     37     Odezwały się chorem kaczki i indyki,
II     38     I słychać bydła w pole idącego ryki.

II     39     Wstała młodzież. Tadeusz jeszcze senny leży,
II     40     Bo też najpóźniej zasnął; z wczorajszej wieczerzy
II     41     Wrócił tak niespokojny, że o kurów pianiu
II     42     Jeszcze oczu nie zmrużył, a na swym posłaniu
II     43     Tak kręcił się, że w siano jak w wodę utonął,
II     44     I spał twardo, aż zimny wiatr w oczy mu wionął,
II     45     Gdy skrzypiące stodoły drzwi otwarto z trzaskiem
II     46     I bernardyn ksiądz Robak wszedł z węzlastym paskiem,
II     47     "Surge, puer!" wołając i ponad barkami
II     48     Rubasznie wywijając pasek z ogórkami.

II     49     Już na dziedzińcu słychać myśliwskie okrzyki,
II     50     Wyprowadzają konie, zajeżdżają bryki,
II     51     Ledwie dziedziniec taką gromadę ogarnie;
II     52     Odezwały się trąby, otworzono psiarnie;
II     53     Zgraja chartów, wypadłszy, wesoło skowycze;
II     54     Widząc rumaki szczwaczów, dojeżdżaczów smycze,
II     55     Psy jak szalone cwałem śmigają po dworze,
II     56     Potem biegą i kładą szyje na obroże.
II     57     Wszystko to bardzo dobre polowanie wróży.
II     58     Nareszcie Podkomorzy dał rozkaz podróży.

II     59     Ruszyli szczwacze z wolna, jeden tuż za drugim,
II     60     Ale za bramą rzędem rozbiegli się długim;
II     61     W środku jechali obok Asesor z Rejentem,
II     62     A choć na siebie czasem patrzyli ze wstrętem,
II     63     Rozmawiali przyjaźnie, jak ludzie honoru
II     64     Idąc na rozstrzygnienie śmiertelnego sporu;
II     65     Nikt ze słów zawziętości ich poznać nie zdoła;
II     66     Pan Rejent wiódł Kusego, Asesor Sokoła.
II     67     Z tyłu damy w pojazdach, młodzieńcy stronami,
II     68     Czwałując tuż przy kołach, gadali z damami.

II     69     Ksiądz Robak po dziedzińcu wolnym chodził krokiem,
II     70     Kończąc ranne pacierze; ale rzucał okiem
II     71     Na pana Tadeusza, marszczył się, uśmiechał,
II     72     Wreście kiwnął nań palcem; Tadeusz podjechał;
II     73     Robak palcem po nosie dawał mu znak groźby:
II     74     Lecz mimo Tadeusza pytania i prośby,
II     75     Ażeby mu wyraźnie, co chce, wytłumaczył,
II     76     Bernardyn odpowiedzieć ni spójrzeć nie raczył,
II     77     Kaptur tylko nasunął i pacierz swój kończył;
II     78     Więc Tadeusz odjechał i z gośćmi się złączył.

II     79     Właśnie wtenczas myśliwi smycze zatrzymali
II     80     I wszyscy nieruchomi w miejscach swoich stali;
II     81     Jeden drugiemu ręką dawał znak milczenia,
II     82     A wszyscy obrócili oczy do kamienia,
II     83     Nad którym stał pan Sędzia; on zwierza obaczył
II     84     I rąk skinieniem swoje rozkazy tłumaczył.
II     85     Pojęli wszyscy, stoją, a środkiem po roli
II     86     Asesor i pan Rejent kłusują powoli;
II     87     Tadeusz, będąc bliższy, obudwu wyprzedził,
II     88     Stanął obok Sędziego i oczyma śledził.
II     89     Dawno już nie był w polu; na szarej przestrzeni
II     90     Trudno dojrzeć szaraka, zwłaszcza wśród kamieni.
II     91     Pokazał mu pan Sędzia; siedział biedny zając,
II     92     Płaszcząc się pod kamieniem, uszy nadstawiając,
II     93     Okiem czerwonym spotkał myśliwców wejrzenie
II     94     I, jakby urzeczony, czując przeznaczenie,
II     95     Ze strachu od ich oczu nie mógł zwrócić oka
II     96     I pod opoką siedział martwy jak opoka.
II     97     Tymczasem kurz na roli rośnie coraz bliżéj,
II     98     Pędzi na smyczy Kusy, za nim Sokoł chyży,
II     99     Tuż Asesor z Rejentem razem wrzaśli z tyłu:
II    100     "Wyczha! wyczha!" i z psami znikli w kłębach pyłu.

II    101     Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem
II    102     Ukazał się pan Hrabia pod zamkowym lasem.
II    103     Wiedziano w okolicy, że ten pan nie może
II    104     Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonej porze.
II    105     I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził;
II    106     Widząc myśliwców w polu, czwałem do nich pędził;
II    107     Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi,
II    108     Połami na wiatr puścił; z tyłu konno sługi
II    109     W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśniących, małych,
II    110     W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych;
II    111     Sługi, które pan Hrabia tym kształtem odzieje,
II    112     Nazywają się w jego pałacu dżokeje.

II    113     Czwałująca czereda zleciała na błonia,
II    114     Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia.
II    115     Pierwszy raz widział zamek z rana i nie wierzył,
II    116     Że to były też same mury, tak odświeżył
II    117     I upięknił poranek zarysy budowy;
II    118     Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy.
II    119     Wieża zdała się dwakroć wyższa, bo stercząca
II    120     Nad mgłą ranną; dach z blachy złocił się od słońca,
II    121     Pod nim błyszczała w kratach reszta szyb wybitych,
II    122     Łamiąc promienie wschodu w tęczach rozmaitych;
II    123     Niższe piętra oblała tumanu powłoka,
II    124     Rozpadliny i szczerby zakryła od oka.
II    125     Krzyk dalekich myśliwców wiatrami przygnany,
II    126     Odbijał się kilkakroć o zamkowe ściany:
II    127     Przysiągłbyś, że krzyk z zamku, że pod mgły zasłoną
II    128     Mury odbudowano i znów zaludniono.

II    129     Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe,
II    130     Zwał je romansowemi; mawiał, że ma głowę
II    131     Romansową; w istocie był wielkim dziwakiem.
II    132     Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem,
II    133     Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie
II    134     Jak kot, gdy ujrzy wróble na wysokiej sośnie;
II    135     Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju
II    136     Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju
II    137     Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem,
II    138     Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem.
II    139     Takie były Hrabiego dziwne obyczaje;
II    140     Wszyscy mówili, że mu czegoś nie dostaje.
II    141     Szanowano go przecież, bo pan z prapradziadów,
II    142     Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów,
II    143     Nawet dla Żydów.
II    143             Hrabski koń, zwrócony z drogi,
II    144     Prosto kłusował polem aż pod zamku progi.
II    145     Hrabia samotny wzdychał, poglądał na mury,
II    146     Wyjął papier, ołówek i kreślił figury.
II    147     Wtem, spójrzawszy w bok, ujrzał o dwadzieścia kroków
II    148     Człowieka, który, równie miłośnik widoków,
II    149     Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie,
II    150     Zdawało się, że liczył oczyma kamienie.
II    151     Poznał go zaraz, ale musiał kilka razy
II    152     Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy.

II    153     Szlachcic to był, służący dawnych zamku panów,
II    154     Pozostały ostatni z Horeszki dworzanów;
II    155     Starzec wysoki, siwy, twarz miał czerstwą, zdrową,
II    156     Marszczkami pooraną, posępną, surową.
II    157     Dawniej pomiędzy szlachtą z wesołości słynął;
II    158     Ale od bitwy, w której dziedzic zamku zginął,
II    159     Gerwazy się odmienił i już od lat wielu
II    160     Ani był na kiermaszu, ani na weselu;
II    161     Odtąd jego dowcipnych żartów nie słyszano
II    162     I uśmiechu na jego twarzy nie widziano.

II    163     Zawsze nosił Horeszków liberyją dawną,
II    164     Kurtę z połami żółtą, galonem oprawną,
II    165     Który, dziś żółty, dawniej zapewne był złoty.
II    166     Wkoło szyte jedwabiem herbowne klejnoty,
II    167     Półkozice, i stąd też cała okolica
II    168     "Półkozicem" przezwała starego szlachcica.
II    169     Czasem też od przysłowia, które bez ustanku
II    170     Powtarzał, nazywano go także "Mopanku";
II    171     Czasem "Szczerbcem", że całą łysinę miał w szczerbach;
II    172     Lecz on zwał się Rębajło, a o jego herbach
II    173     Nie wiadomo. Klucznikiem siebie tytułował,
II    174     Iż ten urząd na zamku przed laty piastował.
II    175     I dotąd nosił wielki pęk kluczów za pasem,
II    176     Uwiązany na taśmie ze srebrnym kutasem.
II    177     Choć nie miał co otwierać, bo zamku podwoje
II    178     Stały otworem, przecież wynalazł drzwi dwoje,
II    179     Sam je własnym nakładem naprawił i wstawił,
II    180     I drzwi tych odmykaniem codziennie się bawił.
II    181     W jednej z izb pustych obrał mieszkanie dla siebie;
II    182     Mogąc żyć u Hrabiego na łaskawym chlebie,
II    183     Nie chciał, bo wszędzie tęsknił i czuł się niezdrowym,
II    184     Jeżeli nie oddychał powietrzem zamkowém.

II    185     Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił
II    186     I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił,
II    187     Chyląc łysinę wielką, świecącą z daleka
II    188     I naciętą od licznych kordów jak nasieka;
II    189     Gładził ją ręką, podszedł i jeszcze raz nisko
II    190     Skłoniwszy się, rzekł smutnie: "Mopanku Panisko,
II    191     Daruj mnie, że tak mówię, Jaśnie Grafie Panie,
II    192     To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie:
II    193     "Mopanku" powiadali wszyscy Horeszkowie;
II    194     Ostatni Stolnik, pan mój, miał takie przysłowie.
II    195     Czyż to prawda, Mopanku, że Pan grosza skąpisz
II    196     Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz?
II    197     Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać".
II    198     Tu, poglądając w zamek, nie przestawał wzdychać.

II    199     "Cóż dziwnego? — rzekł Hrabia. — Koszt wielki, a nuda
II    200     Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda
II    201     Upiera się; przewidział, że mię znudzić może.
II    202     Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,
II    203     Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda".
II    204     "Zgody? — krzyknął Gerwazy. — Z Soplicami zgoda?
II    205     Z Soplicami, Mopanku?" — To mówiąc wykrzywił
II    206     Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.
II    207     "Zgoda i Soplicowie? Mopanku Panisko,
II    208     Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko,
II    209     Ma pójść w ręce Sopliców? Niech Pan tylko raczy
II    210     Zsiąść z konia, pódźmy w zamek, niech no Pan obaczy,
II    211     Pan sam nie wie, co robi; niech się Pan nie wzbrania,
II    212     Zsiadaj Pan!" — i przytrzymał strzemię do zsiadania.

II    213     Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni:
II    214     "Tu — rzekł — dawni panowie, dworem otoczeni,
II    215     Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze.
II    216     Pan godził spory włościan lub w dobrym humorze
II    217     Gościom różne ciekawe historyje prawił
II    218     Albo ich powieściami i żarty się bawił,
II    219     A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty
II    220     Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty".

II    221     Weszli w sień. — Rzekł Gerwazy: "W tej ogromnej sieni
II    222     Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni,
II    223     Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;
II    224     Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach,
II    225     Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,
II    226     Albo na imieniny pańskie, lub na łowy.
II    227     Podczas uczty na chorze tym kapela stała
II    228     I w organ i w rozliczne instrumenta grała;
II    229     A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym
II    230     Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym:
II    231     Pierwszy wiwat za zdrowie króla Jegomości,
II    232     Potem prymasa, potem królowej Jejmości,
II    233     Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej,
II    234     A na koniec, po piątej szklanicy wypitej,
II    235     Wnoszono: Kochajmy się! wiwat bez przestanku,
II    236     Który, dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku;
II    237     A już gotowe stały cugi i podwody,
II    238     Aby każdego odwieźć do jego gospody".

II    239     Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu
II    240     Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu,
II    241     Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą;
II    242     Czasem, jakby chciał mówić: "Wszystko się skończyło",
II    243     Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką.
II    244     Widać, że mu wspomnienie samo było męką
II    245     I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali
II    246     Na górze, w wielkiej, niegdyś zwierciadlanej sali;
II    247     Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy,
II    248     Okna bez szyb, z krużgankiem wprost naprzeciw bramy.
II    249     Tu wszedłszy starzec głowę zadumaną skłonił
II    250     I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił,
II    251     Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy.

II    252     Hrabia, chociaż nie wiedział, co to wszystko znaczy,
II    253     Poglądając w twarz starca czuł jakieś wzruszenie,
II    254     Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie.
II    255     Przerwał je starzec, trzęsąc wzniesioną prawicą:
II    256     "Nie masz zgody, Mopanku, pomiędzy Soplicą
II    257     I krwią Horeszków! W Panu krew Horeszków płynie,
II    258     Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie,
II    259     Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana,
II    260     Który był, jak wiadomo, wujem mego Pana.
II    261     Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej,
II    262     Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej.

II    263     Nieboszczyk pan mój, Stolnik, pierwszy pan w powiecie,
II    264     Bogacz i familijant, miał jedyne dziecię,
II    265     Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało
II    266     Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało.
II    267     Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,
II    268     Kłótnik, Jacek Soplica, zwany «Wojewoda»
II    269     Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,
II    270     Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie
II    271     I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,
II    272     Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,
II    273     Szabli i wielkich wąsów od ucha do ucha.
II    274     Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha
II    275     I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,
II    276     Popularny dla jego krewnych i stronników.
II    277     Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawem przyjęciem,
II    278     Że mu się uroiło zostać pańskim zięciem.
II    279     Do zamku nie proszony coraz częściej jeździł,
II    280     W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł
II    281     I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano
II    282     I czarną mu polewkę do stołu podano.
II    283     Podobno Stolnikównie wpadł Soplica w oko,
II    284     Ale przed rodzicami taiła głęboko.

II    285     Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał
II    286     Prawo trzeciego maja i już szlachtę zbierał,
II    287     Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,
II    288     Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy:
II    289     Ledwie był czas z moździerza na trwogę wypalić,
II    290     Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.
II    291     W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani,
II    292     Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,
II    293     Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;
II    294     Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali,
II    295     Krzycząc: «ura!» od bramy wali po tarasie;
II    296     My im ze strzelb dziesięciu palnęli: «a zasie!»
II    297     Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku
II    298     Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku.
II    299     Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze:
II    300     Dwadzieścia strzelb leżało tu, na tej podłodze,
II    301     Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą;
II    302     Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą
II    303     I Pani, i Panienka, i nadworne panny;
II    304     Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny;
II    305     Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,
II    306     My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry.
II    307     Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,
II    308     Ale za każdym razem trzech nogi zadarło.
II    309     Więc uciekli pod lamus; a już był poranek.
II    310     Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek
II    311     I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,
II    312     On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił;
II    313     Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał
II    314     I już się rzadko który zza ściany wykradał.

II    315     Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,
II    316     Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę
II    317     I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;
II    318     Obróciwszy się do mnie, rzekł: «Za mną, Gerwazy!»
II    319     Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,
II    320     Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;
II    321     Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same;
II    322     Pan, słaniając się, palcem ukazał na bramę.
II    323     Poznałem tego łotra Soplicę! Poznałem!
II    324     Po wzroście i po wąsach! Jego to postrzałem
II    325     Zginął Stolnik, widziałem! Łotr jeszcze do góry
II    326     Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!
II    327     Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!
II    328     Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały
II    329     Chybiły; czym ze złości, czy z żalu źle mierzył...
II    330     Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem, — Pan nie żył".

II    331     Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał;
II    332     Potem rzekł kończąc: "Moskal już wrota wywalał;
II    333     Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie
II    334     I nie wiedziałem, co się działo wokoło mnie;
II    335     Szczęściem, na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz,
II    336     Przywiodłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz,
II    337     Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka,
II    338     A nienawidzą rodu Sopliców od wieka.

II    339     Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy,
II    340     Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy,
II    341     Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobie
II    342     Syna, który by zemstę poprzysiągł na grobie!
II    343     Ale miał sługi wierne; ja w krew jego rany
II    344     Obmoczyłem mój rapier, Scyzorykiem zwany
II    345     (Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku,
II    346     Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku).
II    347     Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach;
II    348     Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach;
II    349     Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku;
II    350     Jednego podpaliłem w drewnianym budynku,
II    351     Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze,
II    352     Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzę,
II    353     Którym uszy obciąłem. Jeden tylko został,
II    354     Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał!
II    355     Rodzoniutki braciszek owego wąsala
II    356     Żyje dotąd, i z swoich bogactw się przechwala,
II    357     Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią,
II    358     Szanowany w powiecie, ma urząd, jest sędzią!
II    359     I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogi
II    360     Mają krew Pana mego zetrzeć z tej podłogi?
II    361     O, nie! Póki Gerwazy ma choć za grosz duszy
II    362     I tyle sił, że jednym małym palcem ruszy
II    363     Scyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie,
II    364     Póty Soplica tego zamku nie dostanie!"

II    365     "O! — krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry —
II    366     Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury!
II    367     Choć nie wiedziałem, że w nich taki skarb się mieści,
II    368     Tyle scen dramatycznych i tyle powieści!
II    369     Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię,
II    370     Ciebie osadzę w murach jak mego burgrabię;
II    371     Twoja powieść, Gerwazy, zajęła mię mocno.
II    372     Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną;
II    373     Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach,
II    374     A ty byś mi o krwawych rozpowiadał czynach;
II    375     Szkoda, że masz niewielki dar opowiadania!
II    376     Nieraz takie słyszałem i czytam podania;
II    377     W Angliji i w Szkocyi każdy zamek lordów,
II    378     W Niemczech każdy dwór grafów był teatrem mordów!
II    379     W każdej dawnej, szlachetnej, potężnej rodzinie
II    380     Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czynie,
II    381     Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku:
II    382     W Polsce pierwszy raz słyszę o takim wypadku.
II    383     Czuję, że we mnie mężnych krew Horeszków płynie!
II    384     Wiem, co winienem sławie i mojej rodzinie.
II    385     Tak! Muszę zerwać wszelkie z Soplicą układy,
II    386     Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady!
II    387     Honor każe".
II    387             Rzekł, ruszył uroczystym krokiem,
II    388     A Gerwazy szedł z tyłu w milczeniu głębokiem.
II    389     Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał,
II    390     Poglądając na zamek prędko na koń wsiadał,
II    391     Tak samotną rozmowę kończąc roztargniony:
II    392     "Szkoda, że ten Soplica stary nie ma żony,
II    393     Lub córki pięknej, której ubóstwiałbym wdzięki;
II    394     Kochając i nie mogąc otrzymać jej ręki,
II    395     Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość:
II    396     Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!"

II    397     Tak szepcąc spiął ostrogi; koń leciał do dworu,
II    398     Gdy z drugiej strony strzelcy wyjeżdżali z boru;
II    399     Hrabia lubił myślistwo; ledwie strzelców zoczył,
II    400     Zapomniawszy o wszystkiem, prosto ku nim skoczył,
II    401     Mijając bramę, ogród, płoty, gdy w zawrocie
II    402     Obejrzał się i konia zatrzymał przy płocie.
II    403     Był sad.
II    403             Drzewa owocne, zasadzone w rzędy,
II    404     Ocieniały szerokie pole; spodem grzędy.
II    405     Tu kapusta, sędziwe schylając łysiny,
II    406     Siedzi i zda się dumać o losach jarzyny;
II    407     Tam, plącząc strąki w marchwi zielonej warkoczu,
II    408     Wysmukły bob obraca na nią tysiąc oczu;
II    409     Owdzie podnosi złotą kitę kukuruza;
II    410     Gdzieniegdzie otyłego widać brzuch harbuza,
II    411     Który od swej łodygi aż w daleką stronę
II    412     Wtoczył się jak gość między buraki czerwone.
II    413     Grzędy rozjęte miedzą; na każdym przykopie
II    414     Stoją jakby na straży w szeregach konopie,
II    415     Cyprysy jarzyn: ciche, proste i zielone.
II    416     Ich liście i woń służą grzędom za obronę,
II    417     Bo przez ich liście nie śmie przecisnąć się żmija.
II    418     A ich woń gąsienice i owad zabija.
II    419     Dalej maków białawe górują badyle;
II    420     Na nich, myślisz, iż rojem usiadły motyle,
II    421     Trzepiecąc skrzydełkami, na których się mieni
II    422     Z rozmaitością tęczy blask drogich kamieni:
II    423     Tylą farb żywych, różnych mak zrzenicę mami.
II    424     W środku kwiatów, jak pełnia pomiędzy gwiazdami,
II    425     Krągły słonecznik licem wielkiem, gorejącem,
II    426     Od wschodu do zachodu kręci się za słońcem.

II    427     Pod płotem wąskie, długie, wypukłe pagórki,
II    428     Bez drzew, krzewów i kwiatów: ogród na ogórki..
II    429     Pięknie wyrosły; liściem wielkim, rozłożystym,
II    430     Okryły grzędy jakby kobiercem fałdzistym.
II    431     Pośrodku szła dziewczyna, w bieliznę ubrana,
II    432     W majowej zieloności tonąc po kolana;
II    433     Z grząd zniżając się w bruzdy, zdała się nie stąpać,
II    434     Ale pływać po liściach, w ich barwie się kąpać.
II    435     Słomianym kapeluszem osłoniła głowę,
II    436     Od skroni powiewały dwie wstążki różowe
II    437     I kilka puklów światłych, rozwitych warkoczy;
II    438     Na ręku miała koszyk, w dół spuściła oczy,
II    439     Prawą rękę podniosła, niby do chwytania;
II    440     Jako dziewczę, gdy rybki w kąpieli ugania
II    441     Bawiące się z jej nóżką, tak ona co chwila
II    442     Z rękami i koszykiem po owoc się schyla,
II    443     Który stopą nadtrąci lub dostrzeże okiem.

II    444     Pan Hrabia, zachwycony tak cudnym widokiem,
II    445     Stał cicho. Słysząc tętent towarzyszów w dali,
II    446     Ręką dał znak, ażeby wstrzymać konie; stali.
II    447     On patrzył z wyciągniętą szyją, jak dziobaty
II    448     Żuraw, z dala od stada gdy odprawia czaty
II    449     Stojąc na jednej nodze, z czujnemi oczyma,
II    450     I, by nie zasnąć, kamień w drugiej nodze trzyma.

II    451     Zbudził Hrabiego szelest na plecach i skroni;
II    452     Był to bernardyn, kwestarz Robak, a miał w dłoni
II    453     Podniesione do góry węzłowate sznurki:
II    454     "Ogórków chcesz Waść? — krzyknął. — Oto masz ogórki.
II    455     Wara, Panie, od szkody, na tutejszej grzędzie
II    456     Nie dla Waszeci owoc, nic z tego nie będzie".
II    457     Potem palcem pogroził, kaptura poprawił
II    458     I odszedł. Hrabia jeszcze chwilę w miejscu bawił.
II    459     Śmiejąc się i klnąc razem tej nagłej przeszkodzie;
II    460     Okiem powrócił w ogród: ale już w ogrodzie
II    461     Nie było jej; mignęła tylko śród okienka
II    462     Jej różowa wstążeczka i biała sukienka.
II    463     Widać na grzędach, jaką przeleciała drogą,
II    464     Bo liść zielony, w biegu potrącony nogą,
II    465     Podnosił się, drżał chwilę, aż się uspokoił,
II    466     Jak woda, którą ptaszek skrzydłami rozkroił.
II    467     A na miejscu, gdzie stała, tylko porzucony
II    468     Koszyk mały z rokity, denkiem wywrócony,
II    469     Pogubiwszy owoce, na liściach zawisał
II    470     I wśród fali zielonej jeszcze się kołysał.

II    471     Po chwili wszędzie było samotnie i głucho.
II    472     Hrabia oczy w dom utkwił i natężył ucho,
II    473     Zawsze dumał, a strzelcy zawsze nieruchomie
II    474     Za nim stali. — Aż w cichym i samotnym domie
II    475     Wszczął się naprzód szmer, potem gwar i krzyk wesoły,
II    476     Jak w ulu pustym, kiedy weń wlatują pszczoły:
II    477     Był to znak, że wracali goście z polowania
II    478     I krzątała się służba około śniadania.

II    479     Jakoż po wszystkich izbach panował ruch wielki,
II    480     Roznoszono potrawy, sztuczce i butelki;
II    481     Mężczyźni, tak jak weszli, w swych zielonych strojach,
II    482     Z talerzami, z szklankami chodząc po pokojach,
II    483     Jedli, pili lub wsparci na okien uszakach,
II    484     Rozprawiali o flintach, chartach i szarakach;
II    485     Podkomorstwo i Sędzia przy stole, a w kątku
II    486     Panny szeptały z sobą; nie było porządku,
II    487     Jaki się przy obiadach i wieczerzach chowa.
II    488     Była to w staropolskim domie moda nowa;
II    489     Przy śniadaniach pan Sędzia, choć nierad, pozwalał
II    490     Na taki nieporządek, lecz go nie pochwalał.

II    491     Różne też były dla dam i mężczyzn potrawy:
II    492     Tu roznoszono tace z całą służbą kawy,
II    493     Tace ogromne, w kwiaty ślicznie malowane,
II    494     Na nich kurzące wonnie imbryki blaszane
II    495     I z porcelany saskiej złote filiżanki;
II    496     Przy każdej garnuszeczek mały do śmietanki.
II    497     Takiej kawy jak w Polszcze nie ma w żadnym kraju:
II    498     W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,
II    499     Jest do robienia kawy osobna niewiasta,
II    500     Nazywa się kawiarka; ta sprowadza z miasta
II    501     Lub z wicin bierze ziarna w najlepszym gatunku
II    502     I zna tajne sposoby gotowania trunku,
II    503     Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,
II    504     Zapach moki i gęstość miodowego płynu.
II    505     Wiadomo, czem dla kawy jest dobra śmietana;
II    506     Na wsi nietrudno o nię: bo kawiarka z rana,
II    507     Przystawiwszy imbryki, odwiedza mleczarnie
II    508     I sama lekko świeży nabiału kwiat garnie
II    509     Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,
II    510     Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.

II    511     Panie starsze już wcześniej wstawszy piły kawę,
II    512     Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę:
II    513     Z gorącego, śmietaną bielonego piwa,
II    514     W którym twaróg gruzłami posiekany pływa.

II    515     Zaś dla mężczyzn więdliny leżą do wyboru:
II    516     Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru,
II    517     Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym
II    518     Uwędzone w kominie dymem jałowcowym;
II    519     W końcu wniesiono zrazy na ostatnie danie:
II    520     Takie bywało w domu Sędziego śniadanie.

II    521     We dwóch izbach dwa różne skupiły się grona:
II    522     Starszyzna, przy stoliku małym zgromadzona,
II    523     Mówiła o sposobach nowych gospodarskich,
II    524     O nowych, coraz sroższych ukazach cesarskich;
II    525     Podkomorzy krążące o wojnie pogłoski
II    526     Oceniał i wyciągał polityczne wnioski.
II    527     Panna Wojska włożywszy okulary sine,
II    528     Zabawiała kabałą z kart Podkomorzynę.
II    529     W drugiej izbie toczyła młodzież rzecz o łowach,
II    530     W spokojniejszych i cichszych niż zwykle rozmowach:
II    531     Bo Asesor i Rejent, oba mówcy wielcy,
II    532     Pierwsi znawcy myślistwa i najlepsi strzelcy,
II    533     Siedzieli przeciw sobie mrukliwi i gniewni;
II    534     Oba dobrze poszczuli, oba byli pewni
II    535     Zwycięstwa swoich chartów, gdy pośród równiny
II    536     Znalazł się zagon chłopskiej nie zżętej jarzyny;
II    537     Tam wpadł zając: już Kusy, już go Sokół imał,
II    538     Gdy Sędzia dojeżdżaczy na miedzy zatrzymał;
II    539     Musieli być posłuszni, chociaż w wielkim gniewie;
II    540     Psy powróciły same: i nikt pewnie nie wie,
II    541     Czy źwierz uszedł, czy wzięty; nikt zgadnąć nie zdoła,
II    542     Czy wpadł w paszczę Kusego, czyli też Sokoła,
II    543     Czyli obódwu razem: różnie sądzą strony
II    544     I spór na dalsze czasy trwał nie rozstrzygniony.

II    545     Wojski stary od izby do izby przechodził,
II    546     Po obu stronach oczy roztargnione wodził,
II    547     Nie mieszał się w myśliwych ni w starców rozmowę
II    548     I widać, że czem innym zajętą miał głowę;
II    549     Nosił skórzaną plackę: czasem w miejscu stanie,
II    550     Duma długo i — muchę zabije na ścianie.

II    551     Tadeusz z Telimeną, pomiędzy izbami
II    552     Stojąc we drzwiach na progu, rozmawiali sami;
II    553     Niewielki oddzielał ich od słuchaczów przedział,
II    554     Więc szeptali; Tadeusz teraz się dowiedział:
II    555     Że ciocia Telimena jest bogata pani,
II    556     Że nie są kanonicznie z sobą powiązani
II    557     Zbyt bliskim pokrewieństwem; i nawet niepewno,
II    558     Czy ciocia Telimena jest synowca krewną,
II    559     Choć ją stryj zowie siostrą, bo wspólni rodzice
II    560     Tak ich kiedyś nazwali mimo lat różnicę;
II    561     Że potem ona, żyjąc w stolicy czas długi,
II    562     Wyrządziła nieźmierne Sędziemu usługi;
II    563     Stąd ją Sędzia szanował bardzo i przed światem
II    564     Lubił, może z próżności, nazywać się bratem,
II    565     Czego mu Telimena przez przyjaźń nie wzbrania.
II    566     Ulżyły Tadeusza sercu te wyznania.
II    567     Wiele też innych rzeczy sobie oświadczyli;
II    568     A wszystko to się stało w jednej krótkiej chwili.

II    569     Ale w izbie na prawo, kusząc Asesora,
II    570     Rzekł Rejent mimojazdem: "Ja mówiłem wczora,
II    571     Że polowanie nasze udać się nie może:
II    572     Jeszcze zbyt wcześnie, jeszcze na pniu stoi zboże
II    573     I mnóstwo sznurów chłopskiej nie zżętej jarzyny;
II    574     Stąd i Hrabia nie przybył mimo zaprosiny.
II    575     Hrabia na polowaniu bardzo dobrze zna się,
II    576     Nieraz gadał o łowów i miejscu, i czasie;
II    577     Hrabia chował się w obcych krajach od dzieciństwa
II    578     I powiada, że to jest znakiem barbarzyństwa
II    579     Polować tak jak u nas, bez żadnego względu
II    580     Na artykuły ustaw, przepisy urzędu,
II    581     Nie szanując niczyich kopców ani miedzy,
II    582     Jeździć po cudzym gruncie bez dziedzica wiedzy;
II    583     Wiosną równie jak latem zbiegać pola, knieje,
II    584     Zabijać nieraz lisa, właśnie gdy linieje,
II    585     Albo cierpieć, iż kotną samicę zajęczą
II    586     Charty w runi uszczują, a raczej zamęczą,
II    587     Z wielką szkodą źwierzyny. Stąd się Hrabia żali,
II    588     Że cywilizacyja większa u Moskali,
II    589     Bo tam o polowaniu są ukazy cara
II    590     I dozor policyi, i na winnych kara".

II    591     Telimena, ku lewej iźbie obrócona,
II    592     Wachlując batystową chusteczką ramiona,
II    593     "Jak mamę kocham — rzekła — Hrabia się nie myli.
II    594     Znam ja dobrze Rosyją. Państwo nie wierzyli,
II    595     Gdy im nieraz mówiłam, jak tam z wielu względów
II    596     Godna pochwały czujność i srogość urzędów.
II    597     Byłam ja w Petersburgu nie raz, nie dwa razy!
II    598     Miłe wspomnienia! wdzięczne przeszłości obrazy!
II    599     Co za miasto! Nikt z Panów nie był w Petersburku?
II    600     Chcecie może plan widzieć? Mam plan miasta w biórku.

II    601     Latem świat petersburski zwykł mieszkać na daczy,
II    602     To jest w pałacach wiejskich (dacza wioskę znaczy).
II    603     Mieszkałam w pałacyku, tuż nad Newą rzeką,
II    604     Niezbyt blisko od miasta i niezbyt daleko,
II    605     Na niewielkim, umyślnie sypanym pagórku.
II    606     Ach, co to był za domek! plan mam dotąd w biórku.
II    607     Otóż, na me nieszczęście, najął dom w sąsiedztwie
II    608     Jakiś mały czynownik siedzący na śledztwie;
II    609     Trzymał kilkoro chartów; co to za męczarnie,
II    610     Gdy blisko mieszka mały czynownik i psiarnie!
II    611     Ilekroć z książką wyszłam sobie do ogrodu
II    612     Użyć księżyca blasku, wieczornego chłodu,
II    613     Zaraz i pies przyleciał i kręcił ogonem,
II    614     I strzygł uszami, właśnie jakby był szalonym.
II    615     Nieraz się nalękałam. Serce mi wróżyło
II    616     Z tych psów jakieś nieszczęście: tak się też zdarzyło.
II    617     Bo gdym szła do ogrodu pewnego poranka,
II    618     Chart u nóg mych zadławił mojego kochanka
II    619     Bonończyka! Ach, była to rozkoszna psina!
II    620     Miałam ją w podarunku od księcia Sukina
II    621     Na pamiątkę; rozumna, żywa jak wiewiórka,
II    622     Mam jej portrecik, tylko nie chcę iść do biórka.
II    623     Widząc ją zadławioną, z wielkiej alteracji
II    624     Dostałam mdłości, spazmów, serca palpitacji.

II    625     Może by gorzej jeszcze z moim zdrowiem było;
II    626     Szczęściem, nadjechał właśnie z wizytą Kiryło
II    627     Gawrylicz Kozodusin, Wielki Łowczy Dworu,
II    628     Pyta się o przyczynę tak złego humoru.
II    629     Każe wnet urzędnika przyciągnąć za uszy;
II    630     Staje pobladły, drżący i prawie bez duszy.
II    631     «Jak śmiesz» — krzyknął Kiryło piorunowym głosem —
II    632     Szczuć wiosną łanię kotną tuż pod carskim nosem?»
II    633     Osłupiały czynownik darmo się zaklinał,
II    634     Że polowania dotąd jeszcze nie zaczynał.
II    635     Że z Wielkiego Łowczego wielkim pozwoleniem
II    636     Zwierz uszczuty zda mu się być psem, nie jeleniem.
II    637     «Jak to? — krzyknął Kiryło — to śmiałbyś, hultaju,
II    638     Znać się lepiej na łowach i źwierząt rodzaju
II    639     Niżli ja, Kozodusin, Carski Jegermajster?
II    640     Niechajże nas rozsądzi zaraz policmajster!»
II    641     Wołają policmajstra, każą spisać śledztwo:
II    642     «Ja — rzecze Kozodusin — wydaję świadectwo,
II    643     Że to łani; on plecie, że to pies domowy.
II    644     Rozsądź nas, kto zna lepiej źwierzynę i łowy!»
II    645     Policmajster powinność służby swej rozumiał,
II    646     Bardzo się nad zuchwalstwem czynownika zdumiał
II    647     I odwiodłszy na stronę, po bratersku radził,
II    648     By przyznał się do winy i tem grzech swój zgładził.
II    649     Łowczy udobruchany przyrzekł, że się wstawi
II    650     Do Cesarza i wyrok nieco ułaskawi;
II    651     Skończyło się, że charty poszły na powrozy,
II    652     A czynownik na cztery tygodnie do kozy.
II    653     Zabawiła nas cały wieczór ta pustota;
II    654     Zrobiła się nazajutrz z tego anegdota,
II    655     Że w sądy o mym piesku Wielki Łowczy wdał się;
II    656     I nawet wiem z pewnością, że sam Cesarz śmiał się".

II    657     Śmiech powstał w obu izbach. Sędzia z Bernardynem
II    658     Grał w mariasza i właśnie z wyświeconym winem
II    659     Miał coś ważnego zadać; już ksiądz ledwo dyszał,
II    660     Kiedy Sędzia początek powieści posłyszał
II    661     I tak nią był zajęty, że z zadartą głową
II    662     I z kartą podniesioną, do bicia gotową,
II    663     Siedział cicho i tylko Bernardyna trwożył,
II    664     Aż gdy skończono powieść, pamfila położył,
II    665     I rzekł śmiejąc się: "Niech tam sobie, kto chce, chwali
II    666     Niemców cywilizacją, porządek Moskali;
II    667     Niechaj Wielkopolanie uczą się od Szwabów
II    668     Prawować się o lisa i przyzywać drabów,
II    669     By wziąść w areszt ogara, że wpadł w cudze gaje;
II    670     Na Litwie, chwała Bogu, stare obyczaje:
II    671     Mamy dosyć zwierzyny dla nas i sąsiedztwa
II    672     I nie będziemy nigdy o to robić śledztwa;
II    673     I zboża mamy dosyć, psy nas nie ogłodzą,
II    674     Że po jarzynach albo po życie pochodzą;
II    675     Na morgach chłopskich bronię robić polowanie".

II    676     Ekonom z lewej izby rzekł: "Nie dziw, Mospanie,
II    677     Bo też Pan drogo płaci za taką zwierzynę.
II    678     Chłopy i radzi temu, kiedy w ich jarzynę
II    679     Wskoczy chart; niech otrząśnie dziesięć kłosów żyta,
II    680     To Pan mu kopę oddasz, i jeszcze nie kwita,
II    681     Często chłopi talara w przydatku dostali;
II    682     Wierz mi Pan, że się chłopstwo bardzo rozzuchwali,
II    683     Jeśli..."
II    683             Resztę dowodów pana ekonoma
II    684     Nie mógł usłyszeć Sędzia, bo pomiędzy dwoma
II    685     Rozprawami wszczęło się dziesięć rozgoworów,
II    686     Anegdot, opowiadań, i na koniec sporów.

II    687     Tadeusz z Telimeną, całkiem zapomniani,
II    688     Pamiętali o sobie. — Rada była pani,
II    689     Że jej dowcip tak bardzo Tadeusza bawił;
II    690     Młodzieniec jej nawzajem komplementy prawił.
II    691     Telimena mówiła coraz wolniéj, ciszéj,
II    692     I Tadeusz udawał, że jej nie dosłyszy
II    693     W tłumie rozmów: więc szepcąc, tak zbliżył się do niéj,
II    694     Że uczuł twarzą lubą gorącość jej skroni;
II    695     Wstrzymując oddech, usty chwytał jej westchnienie
II    696     I okiem łowił wszystkie jej wzroku promienie.

II    697     Wtem pomiędzy ich usta mignęła znienacka
II    698     Naprzód mucha, a za nią tuż Wojskiego placka.

II    699     Na Litwie much dostatek. Jest pomiędzy niemi
II    700     Gatunek much osobny, zwanych szlacheckiemi;
II    701     Barwą i kształtem całkiem podobne do innych,
II    702     Ale pierś mają szerszą, brzuch większy od gminnych,
II    703     Latając bardzo huczą i nieznośnie brzęczą,
II    704     A tak silne, że tkankę przebiją pajęczą
II    705     Lub jeśli która wpadnie, trzy dni będzie bzykać,
II    706     Bo z pająkiem sam na sam może się borykać.
II    707     Wszystko to Wojski zbadał i jeszcze dowodził,
II    708     Że się z tych much szlacheckich pomniejszy lud rodził,
II    709     Że one tym są muchom, czem dla roju matki,
II    710     Że z ich wybiciem zginą owadów ostatki.
II    711     Prawda, że ochmistrzyni ani pleban wioski
II    712     Nie uwierzyli nigdy w te Wojskiego wnioski
II    713     I trzymali inaczej o muszym rodzaju;
II    714     Lecz Wojski nie odstąpił dawnego zwyczaju:
II    715     Ledwo dostrzegł takową muchę, wnet ją gonił.
II    716     Właśnie mu teraz szlachcic nad uchem zadzwonił;
II    717     Po dwakroć Wojski machnął, zdziwił się, że chybił,
II    718     Trzeci raz machnął, tylko co okna nie wybił;
II    719     Aż mucha, odurzona od tyla łoskotu,
II    720     Widząc dwóch ludzi w progu broniących odwrotu,
II    721     Rzuciła się z rozpaczą pomiędzy ich lica;
II    722     I tam za nią mignęła Wojskiego prawica.
II    723     Raz tak był tęgi, że dwie odskoczyły głowy,
II    724     Jak rozdarte piorunem dwie drzewa połowy;
II    725     Uderzyły się mocno oboje w uszaki,
II    726     Tak że obojgu sine zostały się znaki.

II    727     Szczęściem, nikt nie uważał, bo dotychczasowa
II    728     Żywa, głośna, lecz dosyć porządna rozmowa
II    729     Zakończyła się nagłym wybuchem hałasu.
II    730     Jak strzelcy gdy na lisa zaciągną do lasu,
II    731     Słychać gdzieniegdzie trzask drzew, strzały, psiarni granie,
II    732     A wtem dojeżdżacz dzika ruszył niespodzianie,
II    733     Dał znak, i wrzask powstaje w strzelców i psów tłuszczy,
II    734     Jak gdyby się ozwały wszystkie drzewa puszczy;
II    735     Tak dzieje się z rozmową: z wolna się pomyka,
II    736     Aż natrafi na przedmiot wielki, jak na dzika.
II    737     Dzikiem rozmów strzeleckich był ów spór zażarty
II    738     Rejenta z Asesorem o sławne ich charty.
II    739     Krótko trwał, lecz zrobili wiele w jedną chwilę;
II    740     Bo razem wyrzucili słów i obelg tyle,
II    741     Że wyczerpnęli sporu zwyczajne trzy części:
II    742     Przycinki, gniew, wyzwanie — i szło już do pięści.

II    743     Więc ku nim z drugiej izby wszyscy się porwali
II    744     I tocząc się przeze drzwi na kształt bystrej fali,
II    745     Unieśli młodą parę stojącą na progu,
II    746     Podobną Janusowi, dwulicemu bogu.

II    747     Tadeusz z Telimeną nim na skroniach włosy
II    748     Poprawili, już groźne ucichły odgłosy,
II    749     Szmer zmieszany ze śmiechem śród ciżby się szerzył;
II    750     Nastąpił rozejm kłótni, Kwestarz ją uśmierzył:
II    751     Człowiek stary, lecz krępy i bardzo pleczysty.
II    752     Właśnie kiedy Asesor podbiegł do Jurysty,
II    753     Gdy już sobie gestami grozili szermierze,
II    754     On raptem porwał obu z tyłu za kołnierze
II    755     I dwakroć uderzywszy głowy obie mocne
II    756     Jedną o drugą jako jaja wielkanocne,
II    757     Rozkrzyżował ramiona na kształt drogoskazu
II    758     I we dwa kąty izby rzucił ich od razu;
II    759     Chwilę z rozciągnionemi stał w miejscu rękami
II    760     I "Pax, pax, pax vobiscum! — krzyczał — pokój z wami!"

II    761     Zdziwiły się, zaśmiały nawet strony obie:
II    762     Przez szacunek należny duchownej osobie
II    763     Nie śmiano łajać mnicha; a po takiej probie
II    764     Nikt też nie miał ochoty zaczynać z nim zwadę.
II    765     Zaś kwestarz Robak, skoro uciszył gromadę,
II    766     Widać było, że wcale tryumfu nie szukał,
II    767     Ani groził kłótnikom więcej, ani fukał;
II    768     Tylko poprawił kaptur i ręce za pasem
II    769     Zatknąwszy, wyszedł cicho z pokoju.

II    769             Tymczasem
II    770     Podkomorzy i Sędzia między dwiema strony
II    771     Plac zajęli. Pan Wojski, jakby przebudzony
II    772     Z głębokiego dumania, na środek wystąpił,
II    773     Obiegał zgromadzenie ognistą źrenicą
II    774     I gdzie szmer jeszcze słyszał, jak ksiądz kropielnicą,
II    775     Tam uciszając machał swą placką ze skóry;
II    776     Wreszcie, podniosłszy trzonek z powagą do góry
II    777     Jak laskę marszałkowską, nakazał milczenie.

II    778     "Uciszcie się! — powtarzał. — Miejcie też baczenie,
II    779     Wy, co jesteście pierwsi myśliwi w powiecie,
II    780     Z gorszącej kłótni waszej co będzie? czy wiecie?
II    781     Oto młodzież, na której Ojczyzny nadzieje,
II    782     Która ma wsławiać nasze ostępy i knieje,
II    783     Która, niestety, i tak zaniedbuje łowy,
II    784     Może do ich wzgardzenia weźmie pochop nowy!
II    785     Widząc, że ci, co innym mają dać przykłady,
II    786     Z łowów przynoszą tylko poswarki i zwady.
II    787     Miejcie też wzgląd powinny dla mych włosów siwych;
II    788     Bo znałem większych dawniej niźli wy myśliwych,
II    789     A sądziłem ich nieraz sądem polubownym.
II    790     Któż był w lasach litewskich Rejtanowi równym?
II    791     Czy obławę zaciągnąć, czy spotkać się z źwierzém,
II    792     Kto z Białopiotrowiczem porówna się Jerzym?
II    793     Gdzie jest dziś taki strzelec jak szlachcic Żegota,
II    794     Co kulą z pistoletu w biegu trafiał kota?
II    795     Terajewicza znałem, co idąc na dziki,
II    796     Nie brał nigdy innego oręża prócz piki!
II    797     Budrewicza, co chodził z niedźwiedziem w zapasy.
II    798     Takich mężów widziały niegdyś nasze lasy!
II    799     Jeśli do sporu przyszło, jakże spór godzili?
II    800     Oto obrali sędziów i zakład stawili.
II    801     Ogiński sto włók lasu raz przegrał o wilka;
II    802     Niesiołowskiemu borsuk kosztował wsi kilka!
II    803     I wy, Panowie, pójdźcie za starych przykładem
II    804     I rozstrzygnijcie spór wasz choć mniejszym zakładem.
II    805     Słowo wiatr, w sporach słównych nigdy nie masz końca,
II    806     Szkoda ust dłużej suszyć kłótnią o zająca;
II    807     Więc polubownych sędziów najpierwej obierzcie,
II    808     A co wyrzekną, temu sumiennie zawierzcie.
II    809     Ja uproszę Sędziego, ażeby nie bronił
II    810     Dojeżdżaczowi, choćby po pszenicy gonił;
II    811     I tuszę, że tę łaskę otrzymam od Pana".
II    812     To wyrzekłszy, Sędziego ścisnął za kolana.

II    813     "Konia — zawołał Rejent — stawię konia z rzędem
II    814     I opiszę się jeszcze przed ziemskim urzędem,
II    815     Iż ten pierścień sędziemu w salarijum złożę".
II    816     "Ja — rzekł Asesor — stawię me złote obroże,
II    817     Jaszczurem wykładane, z kółkami ze złota,
II    818     I smycz tkany, jedwabny, którego robota
II    819     Równie cudna jak kamień, co się na nim świeci.
II    820     Chciałem ten sprzęt zostawić w dziedzictwie dla dzieci,
II    821     Jeślibym się ożenił; ten sprzęt mnie darował
II    822     Książę Dominik, kiedym z nim razem polował
II    823     I z marszałkiem Sanguszką księciem, z jenerałem
II    824     Mejenem, i gdy wszystkich na charty wyzwałem.
II    825     Tam — bezprzykładną w dziejach polowania sztuką
II    826     Uszczułem sześć zajęcy pojedynczą suką.
II    827     Polowaliśmy wtenczas na kupiskiem błoniu;
II    828     Książę Radziwiłł nie mógł dosiedzieć na koniu;
II    829     Zsiadł i objąwszy sławną mą charcicę Kanię,
II    830     Trzykroć jej w samą głowę dał pocałowanie,
II    831     A potem, trzykroć ręką klasnąwszy po pysku,
II    832     Rzekł: «Mianuję cię odtąd księżną na Kupisku».
II    833     Tak Napoleon daje wodzom swoim księstwa
II    834     Od miejsc, na których wielkie odnieśli zwycięstwa".

II    835     Telimena, znudzona zbyt długimi swary,
II    836     Chciała wyjść na dziedziniec, lecz szukała pary;
II    837     Wzięła koszyczek z kołka: "Panowie, jak widzę,
II    838     Chcecie zostać w pokoju, ja idę na rydze;
II    839     Kto łaska, proszę za mną" — rzekła, koło głowy
II    840     Obwijając czerwony szal kaszemirowy;
II    841     Córeczkę Podkomorstwa wzięła w jedną rękę,
II    842     A drugą podchyliła do kostek sukienkę.
II    843     Tadeusz milczkiem za nią na grzyby pośpieszył.

II    844     Zamiar przechadzki bardzo Sędziego ucieszył.
II    845     Widział sposób rozjęcia krzykliwego sporu,
II    846     A więc krzyknął: "Panowie, po grzyby do boru!
II    847     Kto z najpiękniejszym rydzem do stołu przybędzie,
II    848     Ten obok najpiękniejszej panienki usiędzie;
II    849     Sam ją sobie wybierze. Jeśli znajdzie dama,
II    850     Najpiękniejszego chłopca weźmie sobie sama".

III           KSIĘGA TRZECIA
III           UMIZGI
III           TREŚĆ:
III           Wyprawa Hrabi na sad — Tajemnicza nimfa gęsi pasie — Podobieństwo grzybobrania do przechadzki cieniów elizejskich — Gatunki grzybów — Telimena w Świątyni dumania — Narady tyczące się postanowienia Tadeusza — Hrabia pejzażysta — Tadeusza uwagi malarskie nad drzewami i obłokami — Hrabiego myśli o sztuce — Dzwon — Bilecik — Niedźwiedź, Mospanie!

III     1     Hrabia wracał do siebie, lecz konia wstrzymywał,
III     2     Głową coraz w tył kręcił, w ogród się wpatrywał;
III     3     I raz mu się zdawało, że znowu z okienka
III     4     Błysnęła tajemnicza bieluchna sukienka
III     5     I coś lekkiego znowu upadło z wysoka,
III     6     I przeleciawszy cały ogród w mgnieniu oka,
III     7     Pomiędzy zielonymi świeciło ogórki:
III     8     Jako promień słoneczny, wykradłszy się z chmurki,
III     9     Kiedy śród roli padnie na krzemienia skibę
III    10     Lub śród zielonej łąki w drobną wody szybę.

III    11     Hrabia zsiadł z konia, sługi odprawił do domu,
III    12     A sam ku ogrodowi ruszył po kryjomu;
III    13     Dobiegł wkrótce parkanu, znalazł w nim otwory
III    14     I wcisnął się po cichu jak wilk do obory;
III    15     Nieszczęściem, trącił krzaki suchego agrestu.
III    16     Ogrodniczka, jak gdyby zlękła się szelestu,
III    17     Oglądała się wkoło, lecz nic nie spostrzegła;
III    18     Przecież ku drugiej stronie ogrodu pobiegła.
III    19     A Hrabia bokiem, między wielkie końskie szczawie,
III    20     Między liście łopuchu, na rękach, po trawie,
III    21     Skacząc jak żaba, cicho, przyczołgał się blisko,
III    22     Wytknął głowę — i ujrzał cudne widowisko.

III    23     W tej części sadu rosły tu i ówdzie wiśnie,
III    24     Śród nich zboże, w gatunkach zmieszanych umyślnie:
III    25     Pszenica, kukuruza, bob, jęczmień wąsaty,
III    26     Proso, groszek, a nawet krzewiny i kwiaty.
III    27     Domowemu to ptastwu taki ochmistrzyni
III    28     Wymyśliła ogródek: sławna gospodyni.
III    29     Zwała się Kokosznicka, z domu Jendykowi-
III    30     czówna; jej wynalazek epokę stanowi
III    31     W domowym gospodarstwie; dziś powszechnie znany,
III    32     Lecz w owych czasach jeszcze za nowość podany,
III    33     Przyjęty pod sekretem od niewielu osób,
III    34     Nim go wydał kalendarz, pod tytułem: Sposób
III    35     Na jastrzębie i kanie, albo nowy środek
III    36     Wychowywania drobiu — był to ów ogrodek.

III    37     Jakoż zaledwie kogut, co odprawia warty,
III    38     Stanie i nieruchomie dzierżąc dziob zadarty,
III    39     I głowę grzebieniastą pochyliwszy bokiem,
III    40     Aby tym łacniej w niebo mógł celować okiem,
III    41     Dostrzeże wiszącego jastrzębia śród chmury,
III    42     Krzyknie — zaraz w ten ogród chowają się kury,
III    43     Nawet gęsi i pawie, i w nagłym przestrachu
III    44     Gołębie, gdy nie mogą schronić się na dachu.

III    45     Teraz w niebie żadnego nie widziano wroga,
III    46     Tylko skwarzyła słońca letniego pożoga,
III    47     Od niej ptaki w zbożowym ukryły się lasku;
III    48     Tamte leżą w murawie, te kąpią się w piasku.

III    49     Śród ptaszych głów sterczały główki ludzkie małe,
III    50     Odkryte; włosy na nich krótkie, jak len białe;
III    51     Szyje nagie do ramion; a pomiędzy niemi
III    52     Dziewczyna głową wyższa, z włosami dłuższemi;
III    53     Tuż za dziećmi paw siedział i piór swych obręcze
III    54     Szeroko rozprzestrzenił w różnofarbną tęczę,
III    55     Na której główki białe, jak na tle obrazku,
III    56     Rzucone w ciemny błękit, nabierały blasku,
III    57     Obrysowane wkoło kręgiem pawich oczu
III    58     Jak wiankiem gwiazd, świeciły w zbożu jak w przezroczu,
III    59     Pomiędzy kukuruzy złocistymi laski
III    60     I angielską trawicą posrebrzaną w paski,
III    61     I szczyrem koralowym, i zielonym ślazem,
III    62     Których kształty i barwy mieszały się razem
III    63     Niby krata ze srebra i złota pleciona,
III    64     A powiewna od wiatru jak lekka zasłona.

III    65     Nad gęstwą różnofarbnych kłosów i badylów
III    66     Wisiała jak baldakim jasna mgła motylów
III    67     Zwanych babkami, których poczwórne skrzydełka,
III    68     Lekkie jak pajęczyna, przejrzyste jak szkiełka,
III    69     Gdy w powietrzu zawisną, zaledwo widome,
III    70     I chociaż brzęczą, myślisz, że są nieruchome.

III    71     Dziewczyna powiewała podniesioną w ręku
III    72     Szarą kitką, podobną do piór strusich pęku;
III    73     Nią zdała się oganiać główki niemowlęce
III    74     Od złotego motylów deszczu. W drugiej ręce
III    75     Coś u niej rogatego, złocistego świeci,
III    76     Zdaje się, że naczynie do karmienia dzieci,
III    77     Bo je zbliżała dzieciom do ust po kolei,
III    78     Miało zaś kształt złotego rogu Amaltei.

III    79     Tak zatrudniona, przecież obracała głowę
III    80     Na pamiętne szelestem krzaki agrestowe,
III    81     Nie wiedząc, że napastnik już z przeciwnej strony
III    82     Zbliżył się, czołgając się jak wąż przez zagony;
III    83     Aż wyskoczył z łopucha. Spójrzała — stał blisko,
III    84     O cztery grzędy od niej, i kłaniał się nisko.
III    85     Już głowę odwróciła i wzniosła ramiona,
III    86     I zrywała się lecieć jak kraska spłoszona,
III    87     I już lekkie jej stopy wionęły nad liściem,
III    88     Kiedy dzieci, przelękłe podróżnego wniściem
III    89     I ucieczką dziewczyny, wrzasnęły okropnie;
III    90     Posłyszała, uczuła, że jest nieroztropnie
III    91     Dziatwę małą, przelękłą i samą porzucić:
III    92     Wracała wstrzymując się, lecz musiała wrócić,
III    93     Jak niechętny duch, wróżka przyzwany zaklęciem;
III    94     Przybiegła z najkrzykliwszym bawić się dziecięciem,
III    95     Siadła przy niem na ziemi, wzięła je na łono,
III    96     Drugie głaskała ręką i mową pieszczoną;
III    97     Aż się uspokoiły, objąwszy w rączęta
III    98     Jej kolana i tuląc główki jak pisklęta
III    99     Pod skrzydło matki. Ona rzekła: "Czy to pięknie
III   100     Tak krzyczeć? czy to grzecznie? Ten pan was się zlęknie.
III   101     Ten pan nie przyszedł straszyć; to nie dziad szkaradny.
III   102     To gość, dobry pan, patrzcie tylko, jaki ładny".

III   103     Sama spójrzała: Hrabia uśmiechnął się mile
III   104     I widocznie był wdzięczen jej za pochwał tyle;
III   105     Postrzegła się, umilkła, oczy opuściła
III   106     I jako róży pączek cała się spłoniła.

III   107     W istocie był to piękny pan: słusznej urody,
III   108     Twarz miał pociągłą, blade, lecz świeże jagody,
III   109     Oczy modre, łagodne, włos długi, białawy;
III   110     Na włosach listki ziela i kosmyki trawy,
III   111     Które Hrabia oberwał pełznąc przez zagony,
III   112     Zieleniły się jako wieniec rozpleciony.

III   113     "O ty! — rzekł — jakimkolwiek uczczę cię imieniem,
III   114     Bóstwem jesteś czy nimfą, duchem czy widzeniem!
III   115     Mów! własna-li cię wola na ziemię sprowadza,
III   116     Obca-li więzi ciebie na padole władza?
III   117     Ach, domyślam się — pewnie wzgardzony miłośnik,
III   118     Jaki pan możny albo opiekun zazdrośnik
III   119     W tym cię parku zamkowym jak zaklętą strzeże!
III   120     Godna, by o cię bronią walczyli rycerze,
III   121     Byś została romansów heroiną smutnych!
III   122     Odkryj mi, Piękna, tajnie twych losów okrutnych!
III   123     Znajdziesz wybawiciela — odtąd twem skinieniem,
III   124     Jak rządzisz sercem mojem, tak rządź mym ramieniem".
III   125     Wyciągnął ramię.
III   125             Ona z rumieńcem dziewiczym,
III   126     Ale z rozweselonym słuchała obliczem.
III   127     Jak dziecię lubi widzieć obrazki jaskrawe
III   128     I w liczmanach błyszczących znajduje zabawę,
III   129     Nim rozezna ich wartość, tak się słuch jej pieści
III   130     Z dźwięcznemi słowy, których nie pojęła treści.
III   131     Na koniec zapytała: "Skąd tu Pan przychodzi?
III   132     I czego tu po grzędach szuka Pan Dobrodziéj?"

III   133     Hrabia oczy roztworzył, zmieszany, zdziwiony,
III   134     Milczał, wreszcie, zniżając swej rozmowy tony:
III   135     "Przepraszam — rzekł — Panienko! Widzę, żem pomieszał
III   136     Zabawy! Ach, przepraszam, jam właśnie pośpieszał
III   137     Na śniadanie; już późno, chciałem na czas zdążyć;
III   138     Panienka wie, że drogą trzeba wkoło krążyć,
III   139     Przez ogród, zdaje mi się, jest do dworu prościéj".

III   140     Dziewczyna rzekła: "Tędy droga Jegomości;
III   141     Tylko grząd psuć nie trzeba; tam między murawą
III   142     Ścieżka". — "W lewo — zapytał Hrabia — czy na prawo?"
III   143     Ogrodniczka, podniosłszy błękitne oczęta,
III   144     Zdawała się go badać, ciekawością zdjęta:
III   145     Bo dom o tysiąc kroków widny jak na dłoni,
III   146     A Hrabia drogi pyta? Ale Hrabia do niéj
III   147     Chciał koniecznie coś mówić i szukał powodu
III   148     Rozmowy.
III   148             "Panna mieszka tu? blisko ogrodu?
III   149     Czy na wsi? Jak to było, żem Panny we dworze
III   150     Nie widział? Czy niedawno tu? przyjezdna może?"
III   151     Dziewczę wstrząsnęło głową. — "Przepraszam, Panienko,
III   152     Czy nie tam pokoj Panny, gdzie owe okienko?"

III   153     Myślił zaś w duchu: Jeśli nie jest heroiną
III   154     Romansów, jest młodziuchną, prześliczną dziewczyną.
III   155     Zbyt często wielka dusza, myśl wielka ukryta
III   156     W samotności, jak róża śród lasów rozkwita;
III   157     Dosyć ją wynieść na świat, postawić przed słońcem,
III   158     Aby widzów zdziwiła jasnych barw tysiącem!
III   159     Ogrodniczka tymczasem powstała w milczeniu,
III   160     Podniosła jedno dziecię źwisłe na ramieniu,
III   161     Drugie wzięła za rękę, a kilkoro przodem
III   162     Zaganiając jak gąski, szła dalej ogrodem.

III   163     Odwróciwszy się rzekła: "Czy też Pan nie może
III   164     Rozbiegłe moje ptastwo wpędzić nazad w zboże?"
III   165     "Ja ptastwo pędzać?" — krzyknął Hrabia z zadziwieniem.
III   166     Ona tymczasem znikła, zakryta drzew cieniem.
III   167     Chwilę jeszcze z szpaleru przez majowe zwoje
III   168     Przeświecało coś na wskróś, jakby oczu dwoje.

III   169     Samotny Hrabia długo jeszcze stał w ogrodzie;
III   170     Dusza jego, jak ziemia po słońca zachodzie,
III   171     Ostygała powoli, barwy brała ciemne;
III   172     Zaczął marzyć, lecz sny miał bardzo nieprzyjemne.
III   173     Zbudził się, sam nie wiedząc, na kogo się gniewał;
III   174     Niestety, mało znalazł! nadto się spodziewał!
III   175     Bo gdy zagonem pełznął ku owej pasterce,
III   176     Paliło mu się w głowie, skakało w nim serce;
III   177     Tyle wdzięków w tajemnej nimfie upatrywał,
III   178     W tyle ją cudów ubrał, tyle odgadywał!
III   179     Wszystko znalazł inaczej. Prawda, że twarz ładną,
III   180     Kibić miała wysmukłą, ale jak nieskładną!
III   181     A owa pulchność liców i rumieńca żywość,
III   182     Malująca zbyteczną, prostacką szczęśliwość!
III   183     Znak, że myśl jeszcze drzemie, że serce nieczynne.
III   184     I owe odpowiedzi, tak wiejskie, tak gminne!
III   185     "Po cóż się łudzić? — krzyknął — zgaduję po czasie!
III   186     Moja nimfa tajemna pono gęsi pasie!"

III   187     Z nimfy zniknieniem całe czarowne przezrocze
III   188     Zmieniło się: te wstęgi, te kraty urocze,
III   189     Złote, srebrne, niestety! więc to była słoma?

III   190     Hrabia z załamanemi poglądał rękoma
III   191     Na snopek uwiązanej trawami mietlicy,
III   192     Którą brał za pęk strusich piór w ręku dziewicy.
III   193     Nie zapomniał naczynia: złocista konewka,
III   194     Ów rożek Amaltei, była to marchewka!
III   195     Widział ją w ustach dziecka pożeraną chciwie:
III   196     Więc było po uroku! po czarach! po dziwie!

III   197     Tak chłopiec, kiedy ujrzy cykoryi kwiaty,
III   198     Wabiące dłoń miękkiemi, lekkiemi bławaty,
III   199     Chce je pieścić, zbliża się, dmuchnie, i z podmuchem
III   200     Cały kwiat na powietrzu rozleci się puchem,
III   201     A w ręku widzi tylko badacz zbyt ciekawy
III   202     Nagą łodygę szarozielonawej trawy.

III   203     Hrabia wcisnął na oczy kapelusz i wracał
III   204     Tamtędy, kędy przyszedł, ale drogę skracał,
III   205     Stąpając po jarzynach, kwiatach i agreście,
III   206     Aż przeskoczywszy parkan, odetchnął nareście!
III   207     Przypomniał, że dziewczynie mówił o śniadaniu;
III   208     Może już wszyscy wiedzą o jego spotkaniu;
III   209     W ogrodzie, blisko domu? może szukać wyślą?
III   210     Postrzegli, że uciekał? Kto wie, co pomyślą?
III   211     Więc wypadało wrócić.
III   211             Chyląc się u płotów,
III   212     Około miedz i zielska, po tysiącach zwrotów
III   213     Rad był przecież, że wyszedł w końcu na gościniec,
III   214     Który prosto prowadził na dworski dziedziniec.
III   215     Szedł przy płocie, a głowę odwracał od sadu,
III   216     Jak złodziej od śpichlerza, aby nie dać śladu,
III   217     Że go myśli nawiedzić albo już nawiedził.
III   218     Tak Hrabia był ostróżny, choć go nikt nie śledził;
III   219     Patrzył w stronę przeciwną ogrodu, na prawo.

III   220     Był gaj z rzadka zarosły, wysłany murawą;
III   221     Po jej kobiercach, na wskroś białych pniów brzozowych,
III   222     Pod namiotem obwisłych gałęzi majowych,
III   223     Snuło się mnóstwo kształtów, których dziwne ruchy,
III   224     Niby tańce, i dziwny ubior: istne duchy
III   225     Błądzące po księżycu. Tamci w czarnych, ciasnych,
III   226     Ci w długich, rozpuszczonych szatach, jak śnieg jasnych;
III   227     Tamten pod kapeluszem jak obręcz szerokim,
III   228     Ten z gołą głową; inni, jak gdyby obłokiem
III   229     Obwiani, idąc, na wiatr puszczają zasłony,
III   230     Ciągnące się za głową jak komet ogony.
III   231     Każdy w innej postawie: ten przyrósł do ziemi,
III   232     Tylko oczyma kręci na dół spuszczonemi;
III   233     Ów patrząc wprost przed siebie, niby senny kroczy
III   234     Jak po linie, ni w prawo, ni w lewo nie zboczy;
III   235     Wszyscy zaś ciągle w różne schylają się strony
III   236     Aż do ziemi, jak gdyby wybijać pokłony.
III   237     Jeżeli się przybliżą albo się spotkają,
III   238     Ani mówią do siebie, ani się witają,
III   239     Głęboko zadumani, w sobie pogrążeni.
III   240     Hrabia widział w nich obraz elizejskich cieni,
III   241     Które chociaż boleściom, troskom niedostępne,
III   242     Błąkają się spokojne, ciche, lecz posępne.

III   243     Któż by zgadnął, że owi, tak mało ruchomi,
III   244     Owi milczący ludzie — są nasi znajomi?
III   245     Sędziowscy towarzysze! z hucznego śniadania
III   246     Wyszli na uroczysty obrzęd grzybobrania.
III   247     Jako ludzie rozsądni, umieją miarkować
III   248     Mowy i ruchy swoje, aby je stosować
III   249     W każdej okoliczności do miejsca i czasu.
III   250     Dlatego, nim ruszyli za Sędzią do lasu,
III   251     Wzięli postawy tudzież ubiory odmienne:
III   252     Służące do przechadzki opończe płócienne,
III   253     Którymi osłaniają po wierzchu kontusze,
III   254     A na głowy słomiane wdziali kapelusze,
III   255     Stąd biali wyglądają jak czyscowe dusze.
III   256     Młodzież także przebrana, oprócz Telimeny
III   257     I kilku po francusku chodzących.

III   257             Tej sceny
III   258     Hrabia nie pojął, nie znał wiejskiego zwyczaju,
III   259     Więc zdziwiony nieźmiernie biegł pędem do gaju.

III   260     Grzybów było w bród: chłopcy biorą krasnolice,
III   261     Tyle w pieśniach litewskich sławione lisice,
III   262     Co są godłem panieństwa, bo czerw ich nie zjada,
III   263     I dziwna; żaden owad na nich nie usiada.
III   264     Panienki za wysmukłym gonią borowikiem,
III   265     Którego pieśń nazywa grzybów półkownikiem.
III   266     Wszyscy dybią na rydza; ten wzrostem skromniejszy
III   267     I mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy,
III   268     Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory,
III   269     Czy zimą. Ale Wojski zbierał muchomory.

III   270     Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku
III   271     Dla szkodliwości albo niedobrego smaku,
III   272     Lecz nie są bez użytku: one zwierza pasą
III   273     I gniazdem są owadów, i gajów okrasą.
III   274     Na zielonym obrusie łąk jako szeregi
III   275     Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi
III   276     Surojadki srebrzyste, żółte i czerwone,
III   277     Niby czareczki rożnem winem napełnione;
III   278     Koźlak, jak przewrocone kubka dno wypukłe,
III   279     Lejki, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,
III   280     Bielaki krągłe, białe, szerokie i płaskie,
III   281     Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,
III   282     I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona
III   283     Purchawka, jak pieprzniczka — zaś innych imiona
III   284     Znane tylko w zajęczym lub wilczym języku,
III   285     Od ludzi nie ochrzczone; a jest ich bez liku.
III   286     Ni wilczych, ni zajęczych nikt dotknąć nie raczy,
III   287     A kto schyla się ku nim, gdy błąd swój obaczy,
III   288     Zagniewany, grzyb złamie albo nogą kopnie;
III   289     Tak szpecąc trawę, czyni bardzo nieroztropnie.

III   290     Telimena ni wilczych, ni ludzkich nie zbiera.
III   291     Roztargniona, znudzona, dokoła spoziera
III   292     Z głową w górę zadartą. Więc pan Rejent w gniewie
III   293     Mówił o niej, że grzybów szukała na drzewie;
III   294     Asesor ją złośliwiej równał do samicy,
III   295     Która miejsca na gniazdo szuka w okolicy.

III   296     Jakoż zdała się szukać samotności, ciszy,
III   297     Oddalała się z wolna od swych towarzyszy
III   298     I szła lasem na wzgórek pochyło wyniosły,
III   299     Ocieniony, bo drzewa gęściej na nim rosły.
III   300     W środku szarzał się kamień; strumień spod kamienia
III   301     Szumiał, tryskał i zaraz, jakby szukał cienia,
III   302     Chował się między gęste i wysokie zioła,
III   303     Które wodą pojone bujały dokoła;
III   304     Tam ów bystry swawolnik, spowijany w trawy
III   305     I liściem podesłany, bez ruchu, bez wrzawy,
III   306     Niewidzialny i ledwie dosłyszany szepce,
III   307     Jako dziecię krzykliwe złożone w kolebce,
III   308     Gdy matka nad nim zwiąże firanki majowe
III   309     I liścia makowego nasypie pod głowę.
III   310     Miejsce piękne i ciche; tu się często schrania
III   311     Telimena, zowiąc je Świątynią dumania.

III   312     Stanąwszy nad strumieniem, rzuciła na trawnik
III   313     Z ramion swój szal powiewny, czerwony jak krwawnik,
III   314     I podobna pływaczce, która do kąpieli
III   315     Zimnej schyla się, nim się zanurzyć ośmieli,
III   316     Klęknęła i powoli chyliła się bokiem;
III   317     Wreszcie, jakby porwana koralu potokiem,
III   318     Upadła nań i cała wzdłuż się rozpostarła,
III   319     Łokcie na trawie, skronie na dłoniach oparła,
III   320     Z głową na dół skłonioną; na dole, u głowy,
III   321     Błysnął francuskiej książki papier welinowy;
III   322     Nad alabastrowymi stronicami księgi
III   323     Wiły się czarne pukle i różowe wstęgi.

III   324     W szmaragdzie bujnych traw, na krwawnikowym szalu,
III   325     W sukni długiej, jak gdyby w powłoce koralu,
III   326     Od której odbijał się włos z jednego końca,
III   327     Z drugiego czarny trzewik, po bokach błyszcząca
III   328     Śnieżną pończoszką, chustką, białością rąk, lica,
III   329     Wydawała się z dala jak pstra gąsienica,
III   330     Gdy wpełźnie na zielony liść klonu.

III   330             Niestety!
III   331     Wszystkie tego obrazu wdzięki i zalety
III   332     Darmo czekały znawców; nikt nie zważał na nie,
III   333     Tak mocno zajmowało wszystkich grzybobranie.
III   334     Tadeusz przecież zważał i w bok strzelał okiem,
III   335     I nie śmiejąc iść prosto, przysuwał się bokiem.
III   336     Jak strzelec, gdy w ruchomej gałęzistej szopie
III   337     Usiadłszy na dwóch kołach podjeżdża na dropie,
III   338     Albo na siewki idąc, przy koniu się kryje,
III   339     Strzelbę złoży na siodle lub pod końską szyję,
III   340     Niby to bronę włóczy, niby jedzie miedzą,
III   341     A coraz się przybliża, kędy ptaki siedzą:
III   342     Tak skradał się Tadeusz.

III   342             Sędzia czaty zmieszał
III   343     I przeciąwszy mu drogę, do źródła pośpieszał.
III   344     Z wiatrem igrały białe poły szarafana
III   345     I wielka chustka w pasie końcem uwiązana;
III   346     Słomiany, podwiązany kapelusz od ruchu
III   347     Nagłego chwiał się z wiatrem jako liść łopuchu,
III   348     Spadając to na barki, to znowu na oczy;
III   349     W ręku ogromna laska: tak pan Sędzia kroczy.
III   350     Schyliwszy się i ręce obmywszy w strumieniu,
III   351     Usiadł przed Telimeną na wielkim kamieniu
III   352     I wsparłszy się oburącz na gałkę słoniową
III   353     Trzciny ogromnej, z taką ozwał się przemową:

III   354     "Widzi Aśćka, od czasu jak tu u nas gości
III   355     Tadeuszek, niemało mam niespokojności;
III   356     Jestem bezdzietny, stary; ten dobry chłopczyna
III   357     Wszak to moja na świecie pociecha jedyna,
III   358     Przyszły dziedzic fortunki mojej. Z łaski nieba
III   359     Zostawię mu kęs niezły szlacheckiego chleba;
III   360     Już mu też czas obmyśleć los, postanowienie;
III   361     Ale zważaj no Aśćka moje utrapienie!
III   362     Wiesz, że pan Jacek, brat mój, Tadeusza ociec,
III   363     Dziwny człowiek, zamiarów jego trudno dociec:
III   364     Nie chce wracać do kraju, Bóg wie gdzie się kryje,
III   365     Nawet nie chce synowi oznajmić, że żyje,
III   366     A ciągle nim zarządza. Naprzód w legijony
III   367     Chciał go posyłać; byłem okropnie zmartwiony.
III   368     Potem zgodził się przecie, by w domu pozostał
III   369     I żeby się ożenił. Jużbyć żony dostał;
III   370     Partyję upatrzyłem; nikt z obywateli
III   371     Nie wyrówna z imienia ani z parenteli
III   372     Podkomorzemu; jego starsza córka Anna
III   373     Jest na wydaniu, piękna i posażna panna.
III   374     Chciałem zagaić".
III   374             Na to Telimena zbladła,
III   375     Złożyła książkę, wstała nieco i usiadła.

III   376     "Jak mamę kocham — rzekła — czy to, Panie Bracie,
III   377     Jest w tym sens jaki? Czy wy Boga w sercu macie?
III   378     To myślisz Tadeusza zostać dobrodziejem,
III   379     Jeśli młodego chłopca zrobisz grykosiejem!
III   380     Świat mu zawiążesz! Wierz mi, kląć was kiedyś będzie!
III   381     Zakopać taki talent w lasach i na grzędzie!
III   382     Wierz mi, ile poznałam, pojętne to dziecię,
III   383     Warto, żeby na wielkim przetarło się świecie;
III   384     Dobrze Brat zrobi, gdy go do stolicy wyśle;
III   385     Na przykład do Warszawy? lub wie Brat, co myślę,
III   386     Żeby do Peterburka? Ja pewnie tej zimy
III   387     Pojadę tam dla sprawy; razem ułożymy,
III   388     Co zrobić z Tadeuszem; znam tam wiele osób,
III   389     Mam wpływy: to najlepszy kreacyi sposób.
III   390     Za mą pomocą znajdzie wstęp w najpierwsze domy,
III   391     A kiedy będzie ważnym osobom znajomy,
III   392     Dostanie urząd, order; wtenczas niech porzuci
III   393     Służbę, jeżeli zechce, niech do domu wróci,
III   394     Mając już i znaczenie, i znajomość świata.
III   395     I cóż Brat myśli o tem?"
III   395             "Jużci, w młode lata —
III   396     Rzekł Sędzia — nieźle chłopcu trochę się przewietrzyć,
III   397     Obejrzeć się na świecie, między ludźmi przetrzeć.
III   398     Ja za młodu niemało świata objechałem:
III   399     Byłem w Piotrkowie, w Dubnie, to za trybunałem
III   400     Jadąc jako palestrant, to własne swe sprawy
III   401     Forytując, jeździłem nawet do Warszawy.
III   402     Człek niemało skorzystał! Chciałbym i synowca
III   403     Wysłać pomiędzy ludzie, prosto jak wędrowca,
III   404     Jak czeladnika, który terminuje lata,
III   405     Ażeby nabył trochę znajomości świata.
III   406     Nie dla rang ni orderów! Proszę uniżenie,
III   407     Ranga moskiewska, order, cóż to za znaczenie?
III   408     Któryż to z dawnych panów, ba, nawet dzisiejszych,
III   409     Między szlachtą w powiecie nieco zamożniejszych,
III   410     Dba o podobne fraszki? Przecież są w estymie
III   411     U ludzi, bo szanujem w nich ród, dobre imię
III   412     Albo urząd, lecz ziemski, przyznany wyborem
III   413     Obywatelskim, nie zaś czyimś tam faworem".

III   414     Telimena przerwała: "Jeśli Brat tak myśli,
III   415     Tem lepiej, więc go jako wojażera wyślij".
III   416     "Widzi Siostra — rzekł Sędzia, skrobiąc smutnie głowę —
III   417     Chciałbym bardzo, cóż, kiedy mam trudności nowe!
III   418     Pan Jacek nie wypuszcza z opieki swej syna
III   419     I przysłał mi tu właśnie na kark bernardyna
III   420     Robaka, który przybył z tamtej strony Wisły;
III   421     Przyjaciel brata, wszystkie wie jego zamysły;
III   422     A więc o Tadeusza już wyrzekli losie
III   423     I chcą, by się ożenił, aby pojął Zosię,
III   424     Wychowankę Wać Pani; oboje dostaną,
III   425     Oprocz fortunki mojej, z łaski Jacka wiano
III   426     W kapitałach; wiesz Aśćka, że ma kapitały,
III   427     I z łaski jego mam też fundusz prawie cały,
III   428     Ma więc prawo rozrządzać. — Aśćka pomyśl o tem,
III   429     Żeby się to zrobiło najmniejszym kłopotem.
III   430     Trzeba ich z sobą poznać. Prawda, bardzo młodzi,
III   431     Szczególnie Zosia mała, lecz to nic nie szkodzi;
III   432     Czas by już Zośkę wreszcie wydobyć z zamknięcia,
III   433     Bo wszakci to już pono wyrasta z dziecięcia".

III   434     Telimena, zdziwiona i prawie wylękła,
III   435     Podnosiła się coraz, na szalu uklękła;
III   436     Zrazu słuchała pilnie, potem dłoni ruchem
III   437     Przeczyła, ręką żwawo wstrząsając nad uchem,
III   438     Odpędzając jak owad nieprzyjemne słowa
III   439     Na powrót w usta mówcy.
III   439             "A! a! to rzecz nowa!
III   440     Czy to Tadeuszowi szkodzi, czy nie szkodzi —
III   441     Rzekła z gniewem — sądź o tem sam Wać Pan Dobrodziéj!
III   442     Mnie nic do Tadeusza; sami o nim radźcie,
III   443     Zróbcie go ekonomem lub w karczmie posadźcie,
III   444     Niech szynkuje lub z lasu niech źwierzynę znosi;
III   445     Z nim sobie, co zechcecie, zróbcie; lecz do Zosi?
III   446     Co Wać Państwu do Zosi? Ja jej ręką rządzę,
III   447     Ja sama! Że pan Jacek dawał był pieniądze
III   448     Na wychowanie Zosi i że jej wyznaczył
III   449     Małą pensyjkę roczną, więcej przyrzec raczył,
III   450     Toć jej jeszcze nie kupił. Zresztą Państwo wiecie,
III   451     I dotąd jeszcze o tem wiadomo na świecie,
III   452     Że hojność Państwa dla nas nie jest bez powodu...
III   453     Winni coś Soplicowie dla Horeszków rodu".

III   454     (Tej części mowy Sędzia słuchał z niepojętem
III   455     Pomieszaniem, żałością i widocznym wstrętem;
III   456     Jakby lękał się reszty mowy, głowę skłonił
III   457     I ręką potakując, mocno się zapłonił).

III   458     Telimena kończyła: "Byłam jej piastunką,
III   459     Jestem krewną, jedyną Zosi opiekunką.
III   460     Nikt oprócz mnie nie będzie myślił o jej szczęściu".
III   461     "A jeśli ona szczęście znajdzie w tym zamęściu? —
III   462     Rzekł Sędzia wzrok podnosząc. — Jeśli Tadeuszka
III   463     Podoba?" — "Czy podoba? To na wierzbie gruszka;
III   464     Podoba, nie podoba, a to mi rzecz ważna!
III   465     Zosia nie będzie, prawda, partyja posażna;
III   466     Ale też nie jest z lada wsi, lada szlachcianka,
III   467     Idzie z Jaśnie Wielmożnych, jest Wojewodzianka,
III   468     Rodzi się z Horeszkówny; małżonka dostanie!
III   469     Staraliśmy się tyle o jej wychowanie!
III   470     Chybaby tu zdziczała".
III   470             Sędzia pilnie słuchał,
III   471     Patrząc w oczy; zdało się, że się udobruchał,
III   472     Bo rzekł dosyć wesoło: "No, to i cóż robić!
III   473     Bóg widzi, szczerze chciałem interesu dobić;
III   474     Tylko bez gniewu; jeśli Aśćka się nie zgodzi,
III   475     Aśćka ma prawo; smutno — gniewać się nie godzi;
III   476     Radziłem, bo brat kazał; nikt tu nie przymusza;
III   477     Gdy Aśćka rekuzuje pana Tadeusza,
III   478     Odpisuję Jackowi, że nie z mojej winy
III   479     Nie dojdą Tadeusza z Zosią zaręczyny.
III   480     Teraz sam będę radzić; pono z Podkomorzym
III   481     Zagaimy swatostwo i resztę ułożym".

III   482     Przez ten czas Telimena ostygła z zapału:
III   483     "Ja nic nie rekuzuję, Braciszku, pomału!
III   484     Sam mówiłeś, że jeszcze za wcześnie, zbyt młodzi —
III   485     Rozpatrzmy się, czekajmy, nic to nie zaszkodzi,
III   486     Poznajmy z sobą państwa młodych; będziem zważać;
III   487     Nie można szczęścia drugich tak na traf narażać.
III   488     Ostrzegam tylko wcześnie: niech Brat Tadeusza
III   489     Nie namawia, kochać się w Zosi nie przymusza,
III   490     Bo serce nie jest sługa, nie zna, co to pany,
III   491     I nie da się przemocą okuwać w kajdany".

III   492     Zaczem Sędzia, powstawszy, odszedł zamyślony;
III   493     Pan Tadeusz z przeciwnej przybliżył się strony.
III   494     Udając, że szukanie grzybów tam go zwabia;
III   495     W tymże kierunku z wolna posuwa się Hrabia.

III   496     Hrabia podczas Sędziego sporów z Telimeną
III   497     Stał za drzewami, mocno zdziwiony tą sceną;
III   498     Dobył z kieszeni papier i ołówek, sprzęty,
III   499     Które zawsze miał z sobą, i na pień wygięty
III   500     Rozpiąwszy kartkę, widać, że obraz malował,
III   501     Mówiąc sam z sobą: "Jakbyś umyślnie grupował:
III   502     Ten na głazie, ta w trawie, grupa malownicza!
III   503     Głowy charakterowe! Z kontrastem oblicza".

III   504     Podchodził, wstrzymywał się, lornetkę przecierał,
III   505     Oczy chustką obwiewał i coraz spozierał:
III   506     "Miałożby to cudowne, śliczne widowisko
III   507     Zginąć albo zmienić się, gdy podejdę blisko?
III   508     Ten aksamit traw będzież to mak i botwinie?
III   509     W nimfie tej czyż obaczę jaką ochmistrzynię?"

III   510     Choć Hrabia Telimenę już dawniej widywał
III   511     W domu Sędziego, w którym dosyć często bywał,
III   512     Lecz mało ją uważał; zadziwił się zrazu,
III   513     Rozeznając w niej model swojego obrazu.
III   514     Miejsca piękność, postawy wdzięk i gust ubrania
III   515     Zmieniły ją, zaledwo była do poznania.
III   516     W oczach świeciły jeszcze niezagasłe gniewy;
III   517     Twarz ożywiona wiatru świeżemi powiewy,
III   518     Sporem z Sędzią i nagłym przybyciem młodzieńców,
III   519     Nabrała mocnych, żywszych niż zwykle rumieńców.

III   520     "Pani — rzekł Hrabia — racz mej śmiałości darować,
III   521     Przychodzę i przepraszać, i razem dziękować.
III   522     Przepraszać, że jej kroków śledziłem ukradkiem,
III   523     I dziękować, że byłem jej dumania świadkiem;
III   524     Tyle ją obraziłem! Winienem jej tyle!
III   525     Przerwałem chwilę dumań: winienem ci chwile
III   526     Natchnienia! chwile błogie! potępiaj człowieka,
III   527     Ale sztukmistrz twojego przebaczenia czeka!
III   528     Na wielem się odważył, na więcej odważę!
III   529     Sądź!" — tu ukląkł i podał swoje peizaże.

III   530     Telimena sądziła malowania proby
III   531     Tonem grzecznej, lecz sztukę znającej osoby;
III   532     Skąpa w pochwały, lecz nie szczędziła zachętu:
III   533     "Brawo — rzekła — winszuję, niemało talentu.
III   534     Tylko Pan nie zaniedbuj; szczególniej potrzeba
III   535     Szukać pięknej natury! O, szczęśliwe nieba
III   536     Krajów włoskich! różowe Cezarów ogrody!
III   537     Wy, klasyczne Tyburu spadające wody
III   538     I straszne Pauzylipu skaliste wydroże!
III   539     To, Hrabio, kraj malarzów! U nas, żal się Boże!
III   540     Dziecko muz, w Soplicowie oddane na mamki,
III   541     Umrze pewnie. Mój Hrabio, oprawię to w ramki
III   542     Albo w album umieszczę do rysunków zbiorku,
III   543     Które zewsząd skupiałam: mam ich dosyć w biorku".

III   544     Zaczęli więc rozmowę o niebios błękitach,
III   545     Morskich szumach i wiatrach wonnych, i skał szczytach,
III   546     Mieszając tu i ówdzie, podróżnych zwyczajem,
III   547     Śmiech i urąganie się nad ojczystym krajem.

III   548     A przecież wokoło nich ciągnęły się lasy
III   549     Litewskie! tak poważne i tak pełne krasy! —
III   550     Czeremchy oplatane dzikich chmielów wieńcem,
III   551     Jarzębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem,
III   552     Leszczyna jak menada z zielonemi berły,
III   553     Ubranemi, jak w grona, w orzechowe perły;
III   554     A niżej dziatwa lesna: głóg w objęciu kalin,
III   555     Ożyna czarne usta tuląca do malin.
III   556     Drzewa i krzewy liśćmi wzięły się za ręce
III   557     Jak do tańca stające panny i młodzieńce
III   558     Wkoło pary małżonków. Stoi pośród grona
III   559     Para, nad całą leśną gromadą wzniesiona
III   560     Wysmukłością kibici i barwy powabem:
III   561     Brzoza biała, kochanka, z małżonkiem swym grabem.
III   562     A dalej, jakby starce na dzieci i wnuki,
III   563     Patrzą siedząc w milczeniu: tu sędziwe buki,
III   564     Tam matrony topole i mchami brodaty
III   565     Dąb, włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty,
III   566     Wspiera się, jak na grobów połamanych słupach,
III   567     Na dębów, przodków swoich, skamieniałych trupach.

III   568     Pan Tadeusz kręcił się nudząc niepomału
III   569     Długą rozmową, w której nie mógł brać udziału;
III   570     Aż gdy zaczęto sławić cudzoziemskie gaje
III   571     I wyliczać z kolei wszystkich drzew rodzaje:
III   572     Pomarańcze, cyprysy, oliwki, migdały,
III   573     Kaktusy, aloesy, mahonie, sandały,
III   574     Cytryny, bluszcz, orzechy włoskie, nawet figi,
III   575     Wysławiając ich kształty, kwiaty i łodygi —
III   576     Tadeusz nie przestawał dąsać się i zżymać,
III   577     Na koniec nie mógł dłużej od gniewu wytrzymać.

III   578     Był on prostak, lecz umiał czuć wdzięk przyrodzenia
III   579     I patrząc w las ojczysty rzekł, pełen natchnienia:
III   580     "Widziałem w botanicznym wileńskim ogrodzie
III   581     Owe sławione drzewa rosnące na wschodzie
III   582     I na południu, w owej pięknej włoskiej ziemi;
III   583     Któreż równać się może z drzewami naszemi?
III   584     Czy aloes z długiemi jak konduktor pałki?
III   585     Czy cytryna, karlica z złocistemi gałki,
III   586     Z liściem lakierowanym, krótka i pękata
III   587     Jako kobieta mała, brzydka, lecz bogata?
III   588     Czy zachwalony cyprys, długi, cienki, chudy,
III   589     Co zdaje się być drzewem nie smutku, lecz nudy?
III   590     Mówią, że bardzo smutnie wygląda na grobie:
III   591     Jest to jak lokaj Niemiec we dworskiej żałobie,
III   592     Nie śmiejący rąk podnieść ani głowy skrzywić,
III   593     Aby się etykiecie niczem nie sprzeciwić.

III   594     Czyż nie piękniejsza nasza poczciwa brzezina,
III   595     Która jako wieśniaczka, kiedy płacze syna,
III   596     Lub wdowa męża, ręce załamie, roztoczy
III   597     Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy!
III   598     Niema z żalu, postawą jak wymownie szlocha!
III   599     Czemuż Pan Hrabia, jeśli w malarstwie się kocha,
III   600     Nie maluje drzew naszych, pośród których siedzi?
III   601     Prawdziwie, będą z Pana żartować sąsiedzi,
III   602     Że mieszkając na żyznej litewskiej równinie,
III   603     Malujesz tylko jakieś skały i pustynie".

III   604     "Przyjacielu! — rzekł Hrabia — piękne przyrodzenie
III   605     Jest formą, tłem, materią, a duszą natchnienie,
III   606     Które na wyobraźni unosi się skrzydłach,
III   607     Poleruje się gustem, wspiera na prawidłach.
III   608     Nie dość jest przyrodzenia, nie dosyć zapału,
III   609     Sztukmistrz musi ulecieć w sfery ideału!
III   610     Nie wszystko, co jest piękne, wymalować da się!
III   611     Dowiesz się o tem wszystkim z książek w swoim czasie.
III   612     Co się tycze malarstwa: do obrazu trzeba
III   613     Punktów widzenia, grupy, ansemblu i nieba,
III   614     Nieba włoskiego! Stąd też w kunszcie peizażów
III   615     Włochy były, są, będą, ojczyzną malarzów.
III   616     Stąd też, oprócz Brejgela, lecz nie Van der Helle,
III   617     Ale peizażysty (bo są dwaj Brejgele),
III   618     I oprócz Ruisdala, na całej północy
III   619     Gdzież był peizażysta który pierwszej mocy?
III   620     Niebios, niebios potrzeba!"
III   620             "Nasz malarz Orłowski —
III   621     Przerwała Telimena — miał gust Soplicowski.
III   622     (Trzeba wiedzieć, że to jest Sopliców choroba,
III   623     Że im oprócz Ojczyzny nic się nie podoba).
III   624     Orłowski, który życie strawił w Peterburku,
III   625     Sławny malarz (mam jego kilka szkiców w biórku),
III   626     Mieszkał tuż przy Cesarzu, na dworze, jak w raju,
III   627     A nie uwierzy Hrabia, jak tęsknił po kraju!
III   628     Lubił ciągle wspominać swej młodości czasy,
III   629     Wysławiał wszystko w Polszcze: ziemię, niebo, lasy..."

III   630     "I miał rozum! — zawołał Tadeusz z zapałem. —
III   631     Te Państwa niebo włoskie, jak o niem słyszałem,
III   632     Błękitne, czyste, wszak to jak zamarzła woda!
III   633     Czyż nie piękniejsze stokroć wiatr i niepogoda?
III   634     U nas dość głowę podnieść: ileż to widoków!
III   635     Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków!
III   636     Bo każda chmura inna: na przykład jesienna
III   637     Pełźnie jak żółw leniwa, ulewą brzemienna
III   638     I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi
III   639     Jak rozwite warkocze, to są deszczu strugi;
III   640     Chmura z gradem jak balon szybko z wiatrem leci,
III   641     Krągła, ciemnobłękitna, w środku żółto świeci,
III   642     Szum wielki słychać wkoło. Nawet te codzienne,
III   643     Patrzcie Państwo, te białe chmurki, jak odmienne!
III   644     Zrazu jak stada dzikich gęsi lub łabędzi,
III   645     A z tyłu wiatr jak sokoł do kupy je pędzi;
III   646     Ściskają się, grubieją, rosną, nowe dziwy!
III   647     Dostają krzywych karków, rozpuszczają grzywy,
III   648     Wysuwają nóg rzędy i po niebios sklepie
III   649     Przelatują jak tabun rumaków po stepie:
III   650     Wszystkie białe jak srebro, zmieszały się — nagle
III   651     Z ich karków rosną maszty, z grzyw szerokie żagle,
III   652     Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie
III   653     Cicho, z wolna, po niebios błękitnej równinie!"

III   654     Hrabia i Telimena poglądali w górę;
III   655     Tadeusz jedną ręką pokazał im chmurę,
III   656     A drugą ścisnął z lekka rączkę Telimeny.
III   657     Kilka już upłynęło minut cichej sceny;
III   658     Hrabia rozłożył papier na swym kapeluszu
III   659     I wydobył ołówek. Wtem przykry dla uszu
III   660     Odezwał się dzwon dworski i zaraz śród lasu
III   661     Cichego pełno było krzyku i hałasu.

III   662     Hrabia kiwnąwszy głową rzekł poważnym tonem:
III   663     "Tak to na świecie wszystko los zwykł kończyć dzwonem.
III   664     Rachunki myśli wielkiej, plany wyobraźni,
III   665     Zabawki niewinności, uciechy przyjaźni,
III   666     Wylania się serc czułych! — gdy śpiż z dala ryknie,
III   667     Wszystko miesza się, zrywa, mąci się i niknie!"
III   668     Tu obróciwszy czuły wzrok ku Telimenie:
III   669     "Cóż zostaje?" — a ona mu rzekła: "Wspomnienie!"
III   670     I chcąc Hrabiego nieco ułagodzić smutek,
III   671     Podała mu urwany kwiatek niezabudek.
III   672     Hrabia go ucałował i na pierś przyśpilał;
III   673     Tadeusz z drugiej strony krzak ziela rozchylał,
III   674     Widząc, że się ku niemu tem zielem przewija
III   675     Coś białego: była to rączka jak lilija;
III   676     Pochwycił ją, całował i usty po cichu
III   677     Utonął w niej jak pszczoła w liliji kielichu;
III   678     Uczuł na ustach zimno; znalazł klucz i biały
III   679     Papier w trąbkę zwiniony, był to listek mały;
III   680     Porwał, schował w kieszenie, nie wie, co klucz znaczy,
III   681     Lecz mu to owa biała kartka wytłumaczy.

III   682     Dzwon wciąż dzwonił, i echem z głębi cichych lasów
III   683     Odezwało się tysiąc krzyków i hałasów;
III   684     Odgłos to był szukania i nawoływania,
III   685     Hasło zakończonego na dziś grzybobrania.
III   686     Odgłos nie smutny wcale ani pogrzebowy,
III   687     Jak się Hrabiemu zdało, owszem, obiadowy.
III   688     Dzwon ten, w każde południe krzyczący z poddasza,
III   689     Gości i czeladź domu na obiad zaprasza:
III   690     Tak było w dawnych licznych dworach we zwyczaju
III   691     I zostało się w domu Sędziego.
III   691             Więc z gaju
III   692     Wychodziła gromada niosąca krobeczki,
III   693     Koszyki, uwiązane końcami chusteczki,
III   694     Pełne grzybów; a panny w jednym ręku niosły,
III   695     Jako wachlarz zwiniony, borowik rozrosły,
III   696     W drugim związane razem, jakby polne kwiatki,
III   697     Opieńki i rozlicznej barwy surojadki:
III   698     Wojski miał muchomora. Z próżnemi przychodzi
III   699     Rękami Telimena, z nią panicze młodzi.

III   700     Goście weszli w porządku i stanęli kołem.
III   701     Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;
III   702     Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.
III   703     Idąc kłaniał się starcom, damom i młodzieży;
III   704     Obok stał Kwestarz; Sędzia tuż przy Bernardynie.
III   705     Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie,
III   706     Podano w kolej wódkę, zaczem wszyscy siedli
III   707     I chołodziec litewski milczkiem żwawo jedli.

III   708     Obiadowano ciszej, niż się zwykle zdarza;
III   709     Nikt nie gadał pomimo wezwań gospodarza.
III   710     Strony biorące udział w wielkiej o psów zwadzie
III   711     Myśliły o jutrzejszej walce i zakładzie;
III   712     Myśl wielka zwykle usta do milczenia zmusza.
III   713     Telimena, mówiąca wciąż do Tadeusza,
III   714     Musiała ku Hrabiemu nieraz się odwrócić,
III   715     Nawet na Asesora nieraz okiem rzucić:
III   716     Tak ptasznik patrzy w sidło, kędy szczygły zwabia,
III   717     I razem w pastkę wróbla. Tadeusz i Hrabia,
III   718     Obadwa radzi z siebie, obadwa szczęśliwi,
III   719     Oba pełni nadziei, więc nie gadatliwi.
III   720     Hrabia na kwiatek dumne opuszczał wejrzenie,
III   721     A Tadeusz ukradkiem spozierał w kieszenie,
III   722     Czy ów kluczyk nie uciekł; ręką nawet chwytał
III   723     I kręcił kartkę, której dotąd nie przeczytał.
III   724     Sędzia Podkomorzemu węgrzyna, szampana
III   725     Dolewał, służył pilnie, ściskał za kolana,
III   726     Ale do rozmawiania z nim nie miał ochoty
III   727     I widać, że czuł jakieś tajemne kłopoty.

III   728     Przemijały w milczeniu talerze i dania;
III   729     Przerwał nareszcie nudny tok obiadowania
III   730     Gość niespodziany, szybko wpadając — gajowy;
III   731     Nie zważał nawet, że czas właśnie obiadowy,
III   732     Podbiegł do Pana; widać z postawy i z miny,
III   733     Że ważnej i niezwykłej jest posłem nowiny.
III   734     Ku niemu oczy całe zwróciło zebranie;
III   735     On, odetchnąwszy nieco, rzekł: "Niedźwiedź, Mospanie!"

III   736     Resztę wszyscy odgadli: że zwierz z matecznika
III   737     Wyszedł, że w Zaniemeńską Puszczę się przemyka,
III   738     Że go trzeba wnet ścigać, wszyscy wraz uznali,
III   739     Choć ani się radzili, ani namyślali.
III   740     Spólną myśl widać było z uciętych wyrazów,
III   741     Z gestów żywych, z wydanych rozlicznych rozkazów,
III   742     Które, wychodząc tłumnie, razem z ust tak wielu,
III   743     Dążyły przecież wszystkie do jednego celu.

III   744     "Na wieś! — zawołał Sędzia — hej! konno, setnika!
III   745     Jutro na brzask obława, lecz na ochotnika;
III   746     Kto wystąpi z oszczepem, temu z robocizny
III   747     Wytrącić dwa szarwarki i pięć dni pańszczyzny".

III   748     "W skok — krzyknął Podkomorzy — okulbaczyć siwą,
III   749     Dobiec w cwał do mojego dworu; wziąć co żywo
III   750     Dwie pjawki, które w całej okolicy słyną:
III   751     Pies zowie się Sprawnikiem, a suka Strapczyną;
III   752     Zakneblować im pyski, zawiązać je w miechu
III   753     I przystawić je tutaj konno dla pośpiechu".
III   754     "Wańka!" — krzyknął na chłopca Asesor po rusku —
III   755     Tasak mój Sanguszkowski pociągnąć na brusku,
III   756     Wiesz, tasak, co od Księcia miałem w podarunku;
III   757     Pas opatrzyć, czy kula jest w każdym ładunku".
III   758     "Strzelby — krzyknęli wszyscy — mieć na pogotowiu!"
III   759     Asesor wołał ciągle: "Ołowiu, ołowiu!
III   760     Formę do kul mam w torbie". "Do księdza plebana
III   761     Dać znać — dodał pan Sędzia — żeby jutro z rana
III   762     Mszę miał w kaplicy lesnej; króciochna oferta
III   763     Za myśliwych, msza zwykła świętego Huberta".

III   764     Po wydanych rozkazach nastało milczenie;
III   765     Każdy dumał i rzucał dokoła wejrzenie,
III   766     Jak gdyby kogoś szukał; z wolna wszystkich oczy
III   767     Sędziwa twarz Wojskiego ciągnie i jednoczy:
III   768     Znak to był, że szukają na przyszłą wyprawę
III   769     Wodza i że Wojskiemu oddają buławę.
III   770     Wojski powstał, zrozumiał towarzyszów wolę
III   771     I uderzywszy ręką poważnie po stole,
III   772     Pociągnął złocistego z zanadrza łańcuszka,
III   773     Na którym wisiał gruby zegarek jak gruszka:
III   774     "Jutro — rzekł — pół do piątej przy lesnej kaplicy
III   775     Stawią się bracia strzelcy, wiara obławnicy".

III   776     Rzekł i ruszył od stołu, za nim szedł gajowy;
III   777     Oni obmyślić mają i urządzić łowy.

III   778     Tak wodze gdy na jutro bitwę zapowiedzą,
III   779     Żołnierze po obozie broń czyszczą i jedzą
III   780     Lub na płaszczach i siodłach śpią próżni kłopotu,
III   781     A wodze wśród cichego dumają namiotu.

III   782     Przerwał się obiad, dzień zszedł na kowaniu koni,
III   783     Karmieniu psów, zbieraniu i czyszczeniu broni;
III   784     U wieczerzy zaledwo kto przysiadł do stoła;
III   785     Nawet strona Kusego z partyją Sokoła
III   786     Przestała dawnym wielkim zatrudniać się sporem:
III   787     Pobrawszy się pod ręce Rejent z Asesorem
III   788     Wyszukują ołowiu. Reszta, spracowana,
III   789     Szła spać wcześnie, ażeby przebudzić się z rana.

IV             KSIĘGA CZWARTA
IV             DYPLOMATYKA I ŁOWY
IV             TREŚĆ:
IV             Zjawisko w papilotach budzi Tadeusza — Za późne postrzeżenie omyłki — Karczma — Emisariusz — Zręczne użycie tabakiery zwraca dyskusyję na właściwą drogę — Matecznik — Niedźwiedź — Niebezpieczeństwo Tadeusza i Hrabiego — Trzy strzały — Spór Sagalasówki z Sanguszkówką, rozstrzygniony na stronę jednorórki horeszkowskiej — Bigos — Wojskiego powieść o pojedynku Dowejki z Domejką, przerwana szczuciem kota — Koniec powieści o Dowejce i Domejce.

IV      1     Rówienniki litewskich wielkich kniaziów, drzewa
IV      2     Białowieży, Świtezi, Ponar, Kuszelewa!
IV      3     Których cień spadał niegdyś na koronne głowy
IV      4     Groźnego Witenesa, wielkiego Mindowy
IV      5     I Giedymina, kiedy na Ponarskiej górze,
IV      6     Przy ognisku myśliwskiem, na niedźwiedziej skórze
IV      7     Leżał, słuchając pieśni mądrego Lizdejki,
IV      8     A Wiliji widokiem i szumem Wilejki
IV      9     Ukołysany, marzył o wilku żelaznym;
IV     10     I zbudzony, za bogów rozkazem wyraźnym
IV     11     Zbudował miasto Wilno, które w lasach siedzi
IV     12     Jak wilk pośrodku żubrów, dzików i niedźwiedzi.
IV     13     Z tego to miasta Wilna, jak z rzymskiej wilczycy,
IV     14     Wyszedł Kiejstut i Olgierd, i Olgierdowicy,
IV     15     Równie myśliwi wielcy jak sławni rycerze,
IV     16     Czyli wroga ścigali, czyli dzikie źwierze.
IV     17     Sen myśliwski nam odkrył tajnie przyszłych czasów,
IV     18     Że Litwie trzeba zawsze żelaza i lasów.

IV     19     Knieje! do was ostatni przyjeżdżał na łowy,
IV     20     Ostatni król, co nosił kołpak Witoldowy,
IV     21     Ostatni z Jagiellonów wojownik szczęśliwy
IV     22     I ostatni na Litwie monarcha myśliwy.
IV     23     Drzewa moje ojczyste! jeśli Niebo zdarzy,
IV     24     Bym wrócił was oglądać, przyjaciele starzy,
IV     25     Czyli was znajdę jeszcze? czy dotąd żyjecie?
IV     26     Wy, koło których niegdyś pełzałem jak dziecię...
IV     27     Czy żyje wielki Baublis, w którego ogromie
IV     28     Wiekami wydrążonym, jakby w dobrym domie,
IV     29     Dwunastu ludzi mogło wieczerzać za stołem?
IV     30     Czy kwitnie gaj Mendoga pod farnym kościołem?
IV     31     I tam na Ukrainie, czy się dotąd wznosi
IV     32     Przed Hołowińskich domem, nad brzegami Rosi,
IV     33     Lipa tak rozrośniona, że pod jej cieniami
IV     34     Sto młodzieńców, sto panien szło w taniec parami?

IV     35     Pomniki nasze! ileż co rok was pożera
IV     36     Kupiecka lub rządowa, moskiewska siekiera!
IV     37     Nie zostawia przytułku ni leśnym śpiewakom,
IV     38     Ni wieszczom, którym cień wasz tak miły jak ptakom.
IV     39     Wszak lipa czarnolaska, na głos Jana czuła,
IV     40     Tyle rymów natchnęła! Wszak ów dąb gaduła
IV     41     Kozackiemu wieszczowi tyle cudów śpiewa!

IV     42     Ja ileż wam winienem, o domowe drzewa!
IV     43     Błahy strzelec, uchodząc szyderstw towarzyszy
IV     44     Za chybioną źwierzynę, ileż w waszej ciszy
IV     45     Upolowałem dumań, gdy w dzikim ostępie
IV     46     Zapomniawszy o łowach usiadłem na kępie,
IV     47     A koło mnie srebrzył się tu mech siwobrody,
IV     48     Zlany granatem czarnej zgniecionej jagody,
IV     49     A tam się czerwieniły wrzosiste pagórki,
IV     50     Strojne w brusznice jakby w koralów paciorki.
IV     51     Wokoło była ciemność; gałęzie u góry
IV     52     Wisiały jak zielone, gęste, niskie chmury;
IV     53     Wicher kędyś nad sklepem szalał nieruchomym,
IV     54     Jękiem, szumami, wyciem, łoskotami, gromem:
IV     55     Dziwny, odurzający hałas! Mnie się zdało,
IV     56     Że tam nad głową morze wiszące szalało.

IV     57     Na dole jak ruiny miast: tu wywrot dębu
IV     58     Wysterka z ziemi na kształt ogromnego zrębu;
IV     59     Na nim oparte, jak ścian i kolumn obłamy:
IV     60     Tam gałęziste kłody, tu wpół zgniłe tramy,
IV     61     Ogrodzone parkanem traw. W środek tarasu
IV     62     Zajrzeć straszno, tam siedzą gospodarze lasu:
IV     63     Dziki, niedźwiedzie, wilki; u wrót leżą kości
IV     64     Na pół zgryzione jakichś nieostrożnych gości.
IV     65     Czasem wymkną się w górę przez trawy zielenie,
IV     66     Jakby dwa wodotryski, dwa rogi jelenie
IV     67     I mignie między drzewa źwierz żółtawym pasem,
IV     68     Jak promień, kiedy wpadłszy gaśnie między lasem.

IV     69     I znowu cichość w dole. Dzięcioł na jedlinie
IV     70     Stuka z lekka i dalej odlatuje, ginie,
IV     71     Schował się, ale dziobem nie przestaje pukać,
IV     72     Jak dziecko, gdy schowane woła, by go szukać.
IV     73     Bliżej siedzi wiewiórka, orzech w łapkach trzyma,
IV     74     Gryzie go; zawiesiła kitkę nad oczyma,
IV     75     Jak pióro nad szyszakiem u kirasyjera;
IV     76     Chociaż tak osłoniona, dokoła spoziera;
IV     77     Dostrzegłszy gościa, skacze gajów tanecznica
IV     78     Z drzew na drzewa, miga się jako błyskawica;
IV     79     Na koniec w niewidzialny otwór pnia przepada,
IV     80     Jak wracająca w drzewo rodzime dryjada.
IV     81     Znowu cicho.

IV     81             Wtem gałąź wstrząsła się trącona
IV     82     I pomiędzy jarzębin rozsunione grona
IV     83     Kraśniejsze od jarzębin zajaśniały lica:
IV     84     To jagód lub orzechów zbieraczka, dziewica;
IV     85     W krobeczce z prostej kory podaje zebrane
IV     86     Bruśnice świeże jako jej usta rumiane;
IV     87     Obok młodzieniec idzie, leszczynę nagina,
IV     88     Chwyta w lot migające orzechy dziewczyna.

IV     89     Wtem usłyszeli odgłos rogów i psów granie:
IV     90     Zgadują, że się ku nim zbliża polowanie,
IV     91     I pomiędzy gałęzi gęstwę, pełni trwogi,
IV     92     Zniknęli nagle z oczu jako leśne bogi.

IV     93     W Soplicowie ruch wielki; lecz ni psów hałasy,
IV     94     Ani rżące rumaki, skrzypiące kolasy,
IV     95     Ni odgłos trąb dających hasło polowania
IV     96     Nie mogły Tadeusza wyciągnąć z posłania;
IV     97     Ubrany padłszy w łóżko, spał jak bobak w norze.
IV     98     Nikt z młodzieży nie myślił szukać go po dworze;
IV     99     Każdy sobą zajęty śpieszył, gdzie kazano;
IV    100     O towarzyszu sennym całkiem zapomniano.

IV    101     On chrapał. Słońce w otwór, co śród okienicy
IV    102     Wyrżnięty był w kształt serca, wpadło do ciemnicy
IV    103     Słupem ognistym, prosto sennemu na czoło;
IV    104     On jeszcze chciał zadrzemać i kręcił się wkoło,
IV    105     Chroniąc się blasku: nagle usłyszał stuknienie,
IV    106     Przebudził się; wesołe było przebudzenie.
IV    107     Czuł się rzeźwym jak ptaszek, z lekkością oddychał,
IV    108     Czuł się szczęśliwym, sam się do siebie uśmiéchał:
IV    109     Myśląc o wszystkiem, co mu wczora się zdarzyło,
IV    110     Rumienił się i wzdychał, i serce mu biło.

IV    111     Spojrzał w okno, o dziwy! w promieni przezroczu,
IV    112     W owem sercu, błyszczało dwoje jasnych oczu,
IV    113     Szeroko otworzonych, jak zwykle wejrzenie,
IV    114     Kiedy z jasności dziennej przedziera się w cienie;
IV    115     Ujrzał i małą rączkę, niby wachlarz z boku
IV    116     Nadstawioną ku słońcu dla ochrony wzroku;
IV    117     Palce drobne, zwrócone na światło różowe,
IV    118     Czerwieniły się na wskróś jakby rubinowe;
IV    119     Usta widział ciekawe, roztulone nieco,
IV    120     I ząbki, co jak perły śród koralów świecą,
IV    121     I lica, choć od słońca zasłaniane dłonią
IV    122     Różową, same całe jak róże się płonią.

IV    123     Tadeusz spał pod oknem; sam ukryty w cieniu,
IV    124     Leżąc na wznak, cudnemu dziwił się zjawieniu
IV    125     I miał je tuż nad sobą, ledwie nie na twarzy;
IV    126     Nie wiedział, czy to jawa, czyli mu się marzy
IV    127     Jedna z tych miłych, jasnych twarzyczek dziecinnych,
IV    128     Które pomnim widziane we śnie lat niewinnych.
IV    129     Twarzyczka schyliła się — ujrzał, drżąc z bojaźni
IV    130     I radości, niestety! ujrzał najwyraźniej,
IV    131     Przypomniał, poznał włos ów krótki, jasnozłoty,
IV    132     W drobne, jako śnieg białe, zwity papiloty,
IV    133     Niby srebrzyste strączki, co od słońca blasku
IV    134     Świeciły jak korona na świętych obrazku.

IV    135     Zerwał się; i widzenie zaraz uleciało
IV    136     Przestraszone łoskotem; czekał, nie wracało!
IV    137     Tylko usłyszał znowu trzykrotne stukanie
IV    138     I słowa: "Niech Pan wstaje, czas na polowanie,
IV    139     Pan zaspał". Skoczył z łóżka i obu rękami
IV    140     Pchnął okienicę, że aż trzasła zawiasami
IV    141     I rozwarłszy się w obie uderzyła ściany;
IV    142     Wyskoczył, patrzył wkoło zdumiony, zmieszany,
IV    143     Nic nie widział, nie dostrzegł niczyjego śladu.
IV    144     Niedaleko od okna był parkan od sadu,
IV    145     Na nim chmielowe liście i kwieciste wieńce
IV    146     Chwiały się; czy je lekkie potrąciły ręce?
IV    147     Czy wiatr ruszył? Tadeusz długo patrzył na nie,
IV    148     Nie śmiał iść w ogród; tylko wsparł się na parkanie,
IV    149     Oczy podniosł i z palcem do ust przyciśnionym
IV    150     Kazał sam sobie milczeć, by słowem kwapioném
IV    151     Nie rozerwał myślenia; potem w czoło stukał,
IV    152     Niby do wspomnień dawnych, uśpionych w niem, pukał,
IV    153     Na koniec, gryząc palce, do krwi się zadrasnął
IV    154     I na cały głos: "Dobrze, dobrze mi tak!" wrzasnął.

IV    155     We dworze, gdzie przed chwilą tyle było krzyku,
IV    156     Teraz pusto i głucho jak na mogilniku:
IV    157     Wszyscy ruszyli w pole; Tadeusz nadstawił
IV    158     Uszu i ręce do nich jak trąbki przyprawił,
IV    159     Słuchał, aż mu wiatr przyniósł, wiejący od puszczy,
IV    160     Odgłosy trąb i wrzaski polującej tłuszczy.

IV    161     Koń Tadeusza w stajni czekał osiodłany,
IV    162     Wziął więc flintę, skoczył nań i jak opętany
IV    163     Pędził ku karczmom, które stały przy kaplicy,
IV    164     Kędy mieli się rankiem zebrać obławnicy.

IV    165     Dwie chyliły się karczmy po dwóch stronach drogi,
IV    166     Oknami wzajem sobie grożące jak wrogi;
IV    167     Stara należy z prawa do zamku dziedzica,
IV    168     Nową na złość zamkowi postawił Soplica.
IV    169     W tamtej, jak w swym dziedzictwie, rej wodził Gerwazy,
IV    170     W tej najwyższe za stołem brał miejsce Protazy.

IV    171     Nowa karczma nie była ciekawa z pozoru.
IV    172     Stara wedle dawnego zbudowana wzoru,
IV    173     Który był wymyślony od tyryjskich cieśli,
IV    174     A potem go Żydowie po świecie roznieśli:
IV    175     Rodzaj architektury obcym budowniczym
IV    176     Wcale nie znany; my go od Żydów dziedziczym.

IV    177     Karczma z przodu jak korab, z tyłu jak świątynia:
IV    178     Korab, istna Noego czworogranna skrzynia,
IV    179     Znany dziś pod prostackiem nazwiskiem stodoły;
IV    180     Tam różne są zwierzęta: konie, krowy, woły,
IV    181     Kozy brodate; w górze zaś ptastwa gromady
IV    182     I płazów choć po parze, są też i owady.
IV    183     Część tylnia, na kształt dziwnej świątyni stawiona,
IV    184     Przypomina z pozoru ów gmach Salomona,
IV    185     Który pierwsi ćwiczeni w budowań rzemieśle
IV    186     Hiramscy na Syjonie wystawili cieśle.
IV    187     Żydzi go naśladują dotąd we swych szkołach,
IV    188     A szkoł rysunek widny w karczmach i stodołach.
IV    189     Dach z dranic i ze słomy, śpiczasty, zadarty,
IV    190     Pogięty jako kołpak żydowski podarty.
IV    191     Ze szczytu wytryskują krużganku krawędzie,
IV    192     Oparte na drewnianym licznych kolumn rzędzie;
IV    193     Kolumny, co jest wielkie architektów dziwo,
IV    194     Trwałe, chociaż w pół zgniłe i stawione krzywo
IV    195     Jako w wieży pizańskiej, nie podług modelów
IV    196     Greckich, bo są bez podstaw i bez kapitelów.
IV    197     Nad kolumnami biegą wpółokrągłe łuki,
IV    198     Także z drzewa, gotyckiej naśladowstwo sztuki.
IV    199     Z wierzchu ozdoby sztuczne, nie rylcem, nie dłutem,
IV    200     Ale zręcznie ciesielskim wyrzezane sklutem,
IV    201     Krzywe jak szabasowych ramiona świeczników;
IV    202     Na końcu wiszą gałki, cóś na kształt guzików,
IV    203     Które Żydzi modląc się na łbach zawieszają
IV    204     I które po swojemu "cyces" nazywają.
IV    205     Słowem, z daleka karczma chwiejąca się, krzywa,
IV    206     Podobna jest do Żyda, gdy się modląc kiwa:
IV    207     Dach jak czapka, jak broda strzecha roztrzęśniona.
IV    208     Ściany dymne i brudne jak czarna opona,
IV    209     A z przodu rzeźba sterczy jak cyces na czole.

IV    210     W środku karczmy jest podział jak w żydowskiej szkole:
IV    211     Jedna część, pełna izbic ciasnych i podłużnych,
IV    212     Służy dla dam wyłącznie i panów podróżnych;
IV    213     W drugiej ogromna sala. Koło każdej ściany
IV    214     Ciągnie się wielonożny stół, wąski, drewniany,
IV    215     Przy nim stołki, choć niższe, podobne do stoła
IV    216     Jako dzieci do ojca.

IV    216             Na stołkach dokoła
IV    217     Siedziały chłopy, chłopki, tudzież szlachta drobna,
IV    218     Wszyscy rzędem; ekonom sam siedział z osobna.
IV    219     Po rannej mszy z kaplicy, że była niedziela,
IV    220     Zabawić się i wypić przyszli do Jankiela.
IV    221     Przy każdym już szumiała siwą wódką czarka,
IV    222     Ponad wszystkimi z butlą biegała szynkarka.
IV    223     W środku arendarz Jankiel, w długim aż do ziemi
IV    224     Szarafanie, zapiętym haftkami srebrnemi,
IV    225     Rękę jedną za czarny pas jedwabny wsadził,
IV    226     Drugą poważnie sobie siwą brodę gładził;
IV    227     Rzucając wkoło okiem, rozkazy wydawał,
IV    228     Witał wchodzących gości, przy siedzących stawał
IV    229     Zagajając rozmowę, kłótliwych zagadzał,
IV    230     Lecz nie służył nikomu, tylko się przechadzał.
IV    231     Żyd stary i powszechnie znany z poczciwości,
IV    232     Od lat wielu dzierżawił karczmę, a nikt z włości,
IV    233     Nikt ze szlachty nie zaniósł nań skargi do dworu;
IV    234     O cóż skarżyć? Miał trunki dobre do wyboru,
IV    235     Rachował się ostróżnie, lecz bez oszukaństwa,
IV    236     Ochoty nie zabraniał, nie cierpiał pijaństwa,
IV    237     Zabaw wielki miłośnik: u niego wesele
IV    238     I chrzciny obchodzono; on w każdą niedzielę
IV    239     Kazał do siebie ze wsi przychodzić muzyce,
IV    240     Przy której i basetla była, i kozice.

IV    241     Muzykę znał, sam słynął muzycznym talentem;
IV    242     Z cymbałami, narodu swego instrumentem,
IV    243     Chadzał niegdyś po dworach i graniem zdumiewał,
IV    244     I pieśniami, bo biegle i uczenie śpiewał.
IV    245     Chociaż Żyd, dosyć czystą miał polską wymowę,
IV    246     Szczególniej zaś polubił pieśni narodowe;
IV    247     Przywoził mnóstwo z każdej za Niemen wyprawy
IV    248     Kołomyjek z Halicza, mazurów z Warszawy;
IV    249     Wieść, nie wiem czyli pewna, w całej okolicy
IV    250     Głosiła, że on pierwszy przywiózł z zagranicy
IV    251     I upowszechnił wówczas w tamecznym powiecie
IV    252     Ową piosenkę, sławną dziś na całym świecie,
IV    253     A którą po raz pierwszy na ziemi Auzonów
IV    254     Wygrały Włochom polskie trąby legijonów.
IV    255     Talent spiewania bardzo na Litwie popłaca,
IV    256     Jedna miłość u ludzi, wsławia i wzbogaca:
IV    257     Jankiel zrobił majątek; syt zysków i chwały,
IV    258     Zawiesił dźwięcznostronne na scianie cymbały;
IV    259     Osiadłszy z dziećmi w karczmie, zatrudniał się szynkiem,
IV    260     Przy tem w pobliskiem mieście był też podrabinkiem,
IV    261     A zawsze miłym wszędzie gościem i domowym
IV    262     Doradcą; znał się dobrze na handlu zbożowym,
IV    263     Na wicinnym: potrzebna jest znajomość taka
IV    264     Na wsi. — Miał także sławę dobrego Polaka.

IV    265     On pierwszy zgodził kłótnie, często nawet krwawe,
IV    266     Między dwiema karczmami: obie wziął w dzierżawę;
IV    267     Szanowali go równie i starzy stronnicy
IV    268     Horeszkowscy, i słudzy sędziego Soplicy.
IV    269     On sam powagę umiał utrzymać nad groźnym
IV    270     Klucznikiem horeszkowskim i kłotliwym Woźnym;
IV    271     Przed Jankielem tłumili dawne swe urazy:
IV    272     Gerwazy groźny ręką, językiem Protazy.

IV    273     Gerwazego nie było; ruszył na obławę,
IV    274     Nie chcąc, aby tak ważną i trudną wyprawę
IV    275     Odbył sam Hrabia, młody i niedoświadczony;
IV    276     Poszedł więc z nim dla rady tudzież dla obrony.

IV    277     Dziś miejsce Gerwazego, najdalsze od progu,
IV    278     Między dwiema ławami, w samym karczmy rogu,
IV    279     Zwane pokuciem, kwestarz ksiądz Robak zajmował;
IV    280     Jankiel go tam posadził; widać, że szanował
IV    281     Wysoko Bernardyna, bo skoro dostrzegał
IV    282     Ubytek w jego szklance, natychmiast podbiegał
IV    283     I rozkazał dolewać lipcowego miodu.
IV    284     Słychać, że z Bernardynem znali się za młodu
IV    285     Kędyś tam w cudzych krajach. Robak często chadzał
IV    286     Nocą do karczmy, tajnie z Żydem się naradzał
IV    287     O ważnych rzeczach; słychać było, że towary
IV    288     Ksiądz przemycał, lecz potwarz ta niegodna wiary.

IV    289     Robak wsparty na stole wpółgłośno rozprawiał,
IV    290     Tłum szlachty go otaczał i uszy nadstawiał,
IV    291     I nosy ku księdzowskiej chylił tabakierze;
IV    292     Brano z niej i kichała szlachta jak możdzerze.

IV    293     "Reverendissime — rzekł kichnąwszy Skołuba —
IV    294     To mi tabaka, co to idzie aż do czuba;
IV    295     Od czasu jak nos dźwigam (tu głasnął nos długi),
IV    296     Takiej nie zażywałem (tu kichnął raz drugi);
IV    297     Prawdziwa bernardynka, pewnie z Kowna rodem,
IV    298     Miasta sławnego w świecie tabaką i miodem.
IV    299     Byłem tam lat już..." Robak przerwał mu: "Na zdrowie
IV    300     Wszystkim Waszmościom, moi Mościwi Panowie!
IV    301     Co się tabaki tyczy, hem, ona pochodzi
IV    302     Z dalszej strony, niż myśli Skołuba dobrodziéj;
IV    303     Pochodzi z Jasnej Góry; księża paulinowie
IV    304     Tabakę taką robią w mieście Częstochowie,
IV    305     Kędy jest obraz tylu cudami wsławiony
IV    306     Bogarodzicy Panny, Królowej Korony
IV    307     Polskiej; zowią ją dotąd i Księżną Litewską!
IV    308     Koronęć jeszcze dotąd piastuje królewską,
IV    309     Lecz na Litewskiem Księstwie teraz syzma siedzi!"
IV    310     "Z Częstochowy? — rzekł Wilbik. — Byłem tam w spowiedzi,
IV    311     Kiedym na odpust chodził lat temu trzydzieście;
IV    312     Czy to prawda, że Francuz gości teraz w mieście,
IV    313     Że chce kościół rozwalać i skarbiec zabierze,
IV    314     Bo to wszystko w Litewskim stoi Kuryjerze?"
IV    315     "Nieprawda — rzekł Bernardyn — nie! Pan Najjaśniejszy,
IV    316     Napoleon, katolik jest najprzykładniejszy;
IV    317     Wszak go papież namaścił, żyją z sobą w zgodzie
IV    318     I nawracają ludzi w francuskim narodzie,
IV    319     Który się trochę popsuł; prawda, z Częstochowy
IV    320     Oddano wiele srebra na skarb narodowy
IV    321     Dla Ojczyzny, dla Polski; sam Pan Bóg tak każe.
IV    322     Skarbcem Ojczyzny zawsze są Jego ołtarze;
IV    323     Wszakże w Warszawskiem Księstwie mamy sto tysięcy
IV    324     Wojska polskiego, może wkrótce będzie więcéj,
IV    325     A któż wojsko opłaci? Czy nie wy, Litwini?
IV    326     Wy tylko grosz dajecie do moskiewskiej skrzyni".
IV    327     "Kat by dał! — krzyknął Wilbik — gwałtem od nas biorą".
IV    328     "Oj, Dobrodzieju!" — chłopek ozwał się z pokorą,
IV    329     Pokłoniwszy się księdzu i skrobiąc się w głowę —
IV    330     Już to szlachcie, to jeszcze bieda przez połowę,
IV    331     Lecz nas drą jak na łyka". — "Cham! — Skołuba krzyknął. —
IV    332     Głupi, tobieć to lepiej, tyś, chłopie, przywyknął
IV    333     Jak węgórz do odarcia; lecz nam urodzonym,
IV    334     Nam wielmożnym, do złotych swobód wzwyczajonym!
IV    335     Ach, bracia! Wszak to dawniej szlachcic na zagrodzie...
IV    336     ("Tak, tak! — krzyknęli wszyscy — rowny wojewodzie!")
IV    337     Dziś nam szlachectwa przeczą, każą nam drabować
IV    338     Papiery i szlachectwa papierem probować".
IV    339     "Jeszcze Waszeci mniejsza — zawołał Juraha. —
IV    340     Waszeć z pradziadów chłopów uszlachcony szlacha;
IV    341     Ale ja, z kniaziów! pytać u mnie o patenta,
IV    342     Kiedym został szlachcicem? Sam Bóg to pamięta!
IV    343     Niechaj Moskal w las idzie pytać się dębiny,
IV    344     Kto jej dał patent rosnąć nad wszystkie krzewiny".
IV    345     "Kniaziu! — rzekł Żagiel — świeć Waść baki lada komu,
IV    346     Tu znajdziesz pono mitry i w niejednym domu".
IV    347     "Waść ma krzyż w herbie — wołał Podhajski — to skryta
IV    348     Aluzyja, że w rodzie bywał neofita.
IV    349     "Fałsz! — przerwał Birbasz. — Przecież ja z tatarskich hrabiów
IV    350     Pochodzę, a mam krzyże nad herbem Korabiów".
IV    351     "Poraj — krzyknął Mickiewicz — z mitrą w polu złotem,
IV    352     Herb książęcy; Stryjkowski gęsto pisze o tem".

IV    353     Zaczem wielkie powstały w całej karczmie szmery;
IV    354     Ksiądz Bernardyn uciekł się do swej tabakiery,
IV    355     W kolej częstował mówców; gwar zaraz ucichnął,
IV    356     Każdy zażył przez grzeczność i kilkakroć kichnął;
IV    357     Bernardyn korzystając z przerwy mówił dalej:

IV    358     "Oj, wielcy ludzie od tej tabaki kichali!
IV    359     Czy uwierzycie Państwo, że z tej tabakiery
IV    360     Pan jenerał Dąbrowski zażył razy cztery?"
IV    361     "Dąbrowski?" — zawołali. — "Tak, tak, on jenerał;
IV    362     Byłem w obozie, gdy on Gdańsk Niemcom odbierał;
IV    363     Miał coś pisać; bojąc się, ażeby nie zasnął,
IV    364     Zażył, kichnął, dwakroć mię po ramieniu klasnął:
IV    365     «Księże Robaku — mówił — Księże Bernardynie,
IV    366     Obaczymy się w Litwie, może nim rok minie;
IV    367     Powiedz Litwinom, niech mnie czekają z tabaką
IV    368     Częstochowską, nie biorę innej, tylko taką»".

IV    369     Mowa księdza wzbudziła takie zadziwienie,
IV    370     Taką radość, że całe huczne zgromadzenie
IV    371     Milczało chwilę; potem na pół ciche słowa
IV    372     Powtarzano: "Tabaka z Polski? Częstochowa?
IV    373     Dąbrowski? z ziemi włoskiej?" Aż na koniec razem,
IV    374     Jakby myśl z myślą, wyraz sam zbiegł się z wyrazem,
IV    375     Wszyscy jedynogłośnie, jak na dane hasło,
IV    376     Krzyknęli: "Dąbrowskiego!" Wszystko razem wrzasło,
IV    377     Wszystko się uścisnęło: chłop z tatarskim hrabią,
IV    378     Mitra z Krzyżem, Poraje z Gryfem i z Korabią;
IV    379     Zapomnieli wszystkiego, nawet Bernardyna,
IV    380     Tylko śpiewali krzycząc: "Wódki, miodu, wina!"

IV    381     Długo się przysłuchiwał ksiądz Robak piosence,
IV    382     Na koniec chciał ją przerwać; wziął w obiedwie ręce
IV    383     Tabakierkę, kichaniem melodyję zmieszał
IV    384     I nim się nastroili, tak mówić pośpieszał:
IV    385     "Chwalicie mą tabakę, Mości Dobrodzieje,
IV    386     Obaczcież, co się wewnątrz tabakierki dzieje".
IV    387     Tu, wycierając chustką zabrudzone denko,
IV    388     Pokazał malowaną armiją, malenką
IV    389     Jak rój much; w środku jeden człowiek na rumaku,
IV    390     Wielki jako chrząszcz, siedział, pewnie wódz orszaku;
IV    391     Spinał konia, jak gdyby chciał skakać w niebiosa,
IV    392     Jednę rękę na cuglach, drugą miał u nosa.
IV    393     "Przypatrzcie się — rzekł Robak — tej groźnej postawie;
IV    394     Zgadnijcie, czyja? — Wszyscy patrzyli ciekawie. —
IV    395     Wielki to człowiek, cesarz, ale nie Moskali,
IV    396     Ich carowie tabaki nigdy nie bierali".
IV    397     "Wielki człowiek — zawołał Cydzik — a w kapocie?
IV    398     Ja myśliłem, że wielcy ludzie chodzą w złocie,
IV    399     Bo u Moskalów lada jenerał, Mospanie,
IV    400     To tak świeci się w złocie jak szczupak w szafranie".
IV    401     "Ba — przerwał Rymsza — przecież widziałem za młodu
IV    402     Kościuszkę, Naczelnika naszego narodu:
IV    403     Wielki człowiek! A chodził w krakowskiej sukmanie,
IV    404     To jest czamarce". — "W jakiej czamarce, Mospanie? —
IV    405     Odparł Wilbik. — To przecież zwano taratatką".
IV    406     "Ale tamta z frędzlami, ta jest całkiem gładką" —
IV    407     Krzyknął Mickiewicz. Zatem wszczynały się swary
IV    408     O różnych taratatki kształtach i czamary.

IV    409     Przemyślny Robak, widząc, że się tak rozpryska
IV    410     Rozmowa, jął ją znowu zbierać do ogniska,
IV    411     Do swojej tabakiery; częstował, kichali,
IV    412     Życzyli sobie zdrowia, on rzecz ciągnął daléj:
IV    413     "Gdy cesarz Napoleon w potyczce zażywa
IV    414     Raz po raz, to znak pewny, że bitwę wygrywa;
IV    415     Na przykład pod Austerlic: Francuzi tak stali
IV    416     Z armatami, a na nich biegła ćma Moskali;
IV    417     Cesarz patrzył i milczał. Co Francuzi strzelą,
IV    418     To Moskale półkami jak trawa się ścielą.
IV    419     Półk za półkiem cwałował i spadał z kulbaki;
IV    420     Co półk spadnie, to Cesarz zażyje tabaki;
IV    421     Aż w końcu Aleksander, ze swoim braciszkiem
IV    422     Konstantym i z niemieckim cesarzem Franciszkiem,
IV    423     W nogi z pola; więc Cesarz, widząc, że po walce,
IV    424     Spojrzał na nich, zaśmiał się i otrząsnął palce.
IV    425     Otóż, jeśli kto z Panów, coście tu przytomni,
IV    426     Będzie w wojsku Cesarza, niech to sobie wspomni".

IV    427     "Ach! — zawołał Skołuba. — Mój Księże Kwestarzu!
IV    428     Kiedyż to będzie! Wszak to ile w kalendarzu
IV    429     Jest świąt, na każde święto Francuzów nam wróżą!
IV    430     Wygląda człek, wygląda, aż się oczy mrużą,
IV    431     A Moskal jak nas trzymał, tak trzyma za szyję.
IV    432     Pono nim słońce wnidzie, rosa oczy wyje".

IV    433     "Mospanie — rzekł Bernardyn — babska rzecz narzekać,
IV    434     A żydowska rzecz ręce założywszy czekać,
IV    435     Nim kto w karczmę zajedzie i do drzwi zapuka.
IV    436     Z Napoleonem pobić Moskalów nie sztuka.
IV    437     Jużci on Szwabom skórę trzy razy wymłócił,
IV    438     Brzydkie Prusactwo zdeptał. Anglików wyrzucił
IV    439     Het za morze, Moskalom zapewne wygodzi;
IV    440     Ale co stąd wyniknie, wie Asan Dobrodziéj?
IV    441     Oto szlachta litewska wtenczas na koń wsiędzie
IV    442     I szable weźmie, kiedy bić się z kim nie będzie;
IV    443     Napoleon, sam wszystkich pobiwszy, nareszcie
IV    444     Powie: «Obejdę się ja bez was, kto jesteście?»
IV    445     Więc nie dość gościa czekać, nie dość i zaprosić,
IV    446     Trzeba czeladkę zebrać i stoły pownosić,
IV    447     A przed ucztą potrzeba dom oczyścić z śmieci;
IV    448     Oczyścić dom, powtarzam, oczyścić dom, dzieci!"

IV    449     Nastąpiło milczenie, potem głosy w tłumie:
IV    450     "Jakże to dom oczyścić? Jak to Ksiądz rozumie?
IV    451     Jużci my wszystko zrobim, na wszystko gotowi,
IV    452     Tylko niech Ksiądz Dobrodziej jaśniej się wysłowi".

IV    453     Ksiądz poglądał za okno, przerwawszy rozmowę;
IV    454     Ujrzał coś ciekawego, z okna wytknął głowę,
IV    455     Po chwili rzekł powstając: "Dziś czasu nie mamy,
IV    456     Potem o tem obszerniej z sobą pogadamy;
IV    457     Jutro będę dla sprawy w powiatowem mieście
IV    458     I do Waszmościów z drogi zajadę po kweście".

IV    459     "Niech też do Niehrymowa Ksiądz na nocleg zdąży —
IV    460     Rzekł Ekonom — rad będzie Księdzu pan Chorąży;
IV    461     Wszakże na Litwie stare powiada przysłowie:
IV    462     Szczęśliwy człowiek, jako kwestarz w Niehrymowie!"
IV    463     "I do nas — rzekł Zubkowski — wstąp, jeżeli łaska;
IV    464     Znajdzie się tam półsztuczek płótna, masła faska,
IV    465     Baran lub krówka; wspomnij, Księże, na te słowa:
IV    466     Szczęśliwy człowiek, trafił jak ksiądz do Zubkowa".
IV    467     "I do nas" — rzekł Skołuba. — "Do nas" — Terajewicz,
IV    468     "Żaden bernardyn głodny nie wyszedł z Pucewicz".
IV    469     Tak cała szlachta prośbą i obietnicami
IV    470     Przeprowadzała księdza; on już był za drzwiami.

IV    471     On już pierwej przez okno ujrzał Tadeusza,
IV    472     Który leciał gościńcem w cwał, bez kapelusza,
IV    473     Z głową schyloną, bladem, posępnem obliczem,
IV    474     A konia ustawicznie bodł i kropił biczem.
IV    475     Ten widok bardzo księdza Bernardyna zmieszał,
IV    476     Więc za młodzieńcem kroki szybkiemi pośpieszał
IV    477     Do wielkiej puszczy, która, jako oko sięga,
IV    478     Czerniła się na całym brzegu widnokręga.

IV    479     Któż zbadał puszcz litewskich przepastne krainy
IV    480     Aż do samego środka, do jądra gęstwiny?
IV    481     Rybak ledwie u brzegów nawiedza dno morza;
IV    482     Myśliwiec krąży koło puszcz litewskich łoża,
IV    483     Zna je ledwie po wierzchu, ich postać, ich lice,
IV    484     Lecz obce mu ich wnętrzne serca tajemnice;
IV    485     Wieść tylko albo bajka wie, co się w nich dzieje.
IV    486     Bo gdybyś przeszedł bory i podszyte knieje,
IV    487     Trafisz w głębi na wielki wał pniów, kłod, korzeni,
IV    488     Obronny trzęsawicą, tysiącem strumieni
IV    489     I siecią zielsk zarosłych, i kopcami mrowisk,
IV    490     Gniazdami os, szerszeniów, kłębami wężowisk.

IV    491     Gdybyś i te zapory zmógł nadludzkiem męstwem,
IV    492     Dalej spotkać się z większem masz niebezpieczeństwem:
IV    493     Dalej co krok czyhają, niby wilcze doły,
IV    494     Małe jeziorka trawą zarosłe na poły,
IV    495     Tak głębokie, że ludzie dna ich nie dośledzą
IV    496     (Wielkie jest podobieństwo, że diabły tam siedzą).
IV    497     Woda tych studni sklni się, plamista rdzą krwawą.
IV    498     A z wnętrza ciągle dymi, zionąc woń plugawą,
IV    499     Od której drzewa wkoło tracą liść i korę;
IV    500     Łyse, skarłowaciałe, robaczliwe, chore,
IV    501     Pochyliwszy konary mchem kołtunowate
IV    502     I pnie garbiąc brzydkiemi grzybami brodate,
IV    503     Siedzą wokoło wody jak czarownic kupa
IV    504     Grzejąca się nad kotłem, w którym warzą trupa.

IV    505     Za temi jeziorkami już nie tylko krokiem,
IV    506     Ale daremnie nawet zapuszczać się okiem,
IV    507     Bo tam już wszystko mglistym zakryte obłokiem,
IV    508     Co się wiecznie ze trzęskich oparzelisk wznosi.
IV    509     A za tą mgłą na koniec (jak wieść gminna głosi)
IV    510     Ciągnie się bardzo piękna, żyzna okolica:
IV    511     Główna królestwa zwierząt i roślin stolica.
IV    512     W niej są złożone wszystkich drzew i ziół nasiona,
IV    513     Z których się rozrastają na świat ich plemiona;
IV    514     W niej, jak w arce Noego, z wszelkich zwierząt rodu
IV    515     Jedna przynajmniej para chowa się dla płodu.
IV    516     W samym środku (jak słychać) mają swoje dwory:
IV    517     Dawny Tur, Żubr i Niedźwiedź, puszcz imperatory.
IV    518     Około nich na drzewach gnieździ się Ryś bystry
IV    519     I żarłoczny Rosomak, jak czujne ministry;
IV    520     Dalej zaś, jak podwładni szlachetni wasale,
IV    521     Mieszkają Dziki, Wilki i Łosie rogale.
IV    522     Nad głowami Sokoły i Orłowie dzicy,
IV    523     Żyjący z pańskich stołów dworscy zausznicy.
IV    524     Te pary zwierząt głowne i patryjarchalne,
IV    525     Ukryte w jądrze puszczy, światu niewidzialne,
IV    526     Dzieci swe ślą dla osad za granicę lasu,
IV    527     A sami we stolicy używają wczasu;
IV    528     Nie giną nigdy bronią sieczną ani palną,
IV    529     Lecz starzy umierają śmiercią naturalną.
IV    530     Mają też i swój smętarz, kędy bliscy śmierci,
IV    531     Ptaki składają pióra, czworonogi sierci.
IV    532     Niedźwiedź, gdy zjadłszy zęby, strawy nie przeżuwa,
IV    533     Jeleń zgrzybiały, gdy już ledwie nogi suwa,
IV    534     Zając sędziwy, gdy mu już krew w żyłach krzepnie,
IV    535     Kruk, gdy już posiwieje, sokoł, gdy oślepnie,
IV    536     Orzeł, gdy mu dziób stary tak się w kabłąk skrzywi,
IV    537     Że zamknięty na wieki już gardła nie żywi,
IV    538     Idą na smętarz. Nawet mniejszy zwierz, raniony
IV    539     Lub chory, bieży umrzeć w swe ojczyste strony.
IV    540     Stąd to w miejscach dostępnych, kędy człowiek gości,
IV    541     Nie znajdują się nigdy martwych zwierząt kości.

IV    542     Słychać, że tam w stolicy, między zwierzętami
IV    543     Dobre są obyczaje, bo rządzą się sami;
IV    544     Jeszcze cywilizacją ludzką nie popsuci,
IV    545     Nie znają praw własności, która świat nasz kłóci,
IV    546     Nie znają pojedynków ni wojennej sztuki.
IV    547     Jak ojce żyły w raju, tak dziś żyją wnuki,
IV    548     Dzikie i swojskie razem, w miłości i zgodzie,
IV    549     Nigdy jeden drugiego nie kąsa ni bodzie.

IV    550     Nawet gdyby tam człowiek wpadł, chociaż niezbrojny,
IV    551     Toby środkiem bestyi przechodził spokojny;
IV    552     One by nań patrzyły tym wzrokiem zdziwienia,
IV    553     Jakim w owym ostatnim, szóstym dniu stworzenia
IV    554     Ojce ich pierwsze, co się w ogrójcu gnieździły,
IV    555     Patrzyły na Adama, nim się z nim skłóciły.
IV    556     Szczęściem, człowiek nie zbłądzi do tego ostępu,
IV    557     Bo Trud i Trwoga, i Śmierć bronią mu przystępu.

IV    558     Czasem tylko w pogoni zaciekłe ogary,
IV    559     Wpadłszy niebacznie między bagna, mchy i jary,
IV    560     Wnętrznej ich okropności rażone widokiem,
IV    561     Uciekają skowycząc, z obłąkanym wzrokiem;
IV    562     I długo potem, ręką pana już głaskane,
IV    563     Drżą jeszcze u nóg jego, strachem opętane.
IV    564     Te puszcz stołeczne, ludziom nie znane tajniki
IV    565     W języku swoim strzelcy zowią: mateczniki.

IV    566     Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku siedział,
IV    567     Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział;
IV    568     Ale czyli pasieki zwabiła cię wonność,
IV    569     Czy uczułeś do owsa dojrzałego skłonność,
IV    570     Wyszedłeś na brzeg puszczy, gdzie się las przerzedził,
IV    571     I tam zaraz leśniczy bytność twą wyśledził,
IV    572     I zaraz obsaczniki, chytre nasłał szpiegi,
IV    573     By poznać, gdzie popasasz i gdzie masz noclegi;
IV    574     Teraz Wojski z obławą, już od matecznika
IV    575     Postawiwszy szeregi, odwrót ci zamyka.

IV    576     Tadeusz się dowiedział, że niemało czasu
IV    577     Już przeszło, jak ogary wpadły w otchłań lasu.

IV    578     Cicho — próżno myśliwi natężają ucha;
IV    579     Próżno, jak najciekawszej mowy, każdy słucha
IV    580     Milczenia, długo w miejscu nieruchomy czeka;
IV    581     Tylko muzyka puszczy gra do nich z daleka.
IV    582     Psy nurtują po puszczy jak pod morzem nurki,
IV    583     A strzelcy obróciwszy do lasu dwórurki,
IV    584     Patrzą Wojskiego: ukląkł, ziemię uchem pyta;
IV    585     Jako w twarzy lekarza wzrok przyjacioł czyta
IV    586     Wyrok życia lub zgonu miłej im osoby,
IV    587     Tak strzelcy, ufni w sztuki Wojskiego sposoby,
IV    588     Topili w nim spojrzenia nadziei i trwogi.
IV    589     "Jest! jest!" — wyrzekł półgłosem, zerwał się na nogi.
IV    590     On słyszał! Oni jeszcze słuchali — nareszcie
IV    591     Słyszą: jeden pies wrzasnął, potem dwa, dwadzieście,
IV    592     Wszystkie razem ogary rozpierzchnioną zgrają
IV    593     Doławiają się, wrzeszczą, wpadli na trop, grają,
IV    594     Ujadają: już nie jest to powolne granie
IV    595     Psów goniących zająca, lisa albo łanie,
IV    596     Lecz wciąż wrzask krótki, częsty, ucinany, zjadły;
IV    597     To nie na ślad daleki ogary napadły,
IV    598     Na oko gonią — nagle ustał krzyk pogoni,
IV    599     Doszli zwierza; wrzask znowu, skowyt; zwierz się broni
IV    600     I zapewne kaleczy: śród ogarów grania
IV    601     Słychać coraz to częściej jęk psiego konania.

IV    602     Strzelcy stali i każdy ze strzelbą gotową
IV    603     Wygiął się jak łuk naprzód, z wciśnioną w las głową.
IV    604     Nie mogą dłużej czekać! Już ze stanowiska
IV    605     Jeden za drugim zmyka i w puszczę się wciska;
IV    606     Chcą pierwsi spotkać zwierza; choć Wojski ostrzegał,
IV    607     Choć Wojski stanowiska na koniu obiegał,
IV    608     Krzycząc, że czy kto prostym chłopem, czy paniczem,
IV    609     Jeżeli z miejsca zejdzie, dostanie w grzbiet smyczem,
IV    610     Nie było rady! Wszyscy pomimo zakazu
IV    611     W las pobiegli. Trzy strzelby huknęły od razu;
IV    612     Potem wciąż kanonada, aż głośniej nad strzały
IV    613     Ryknął niedźwiedź i echem napełnił las cały.
IV    614     Ryk okropny! boleści, wściekłości, rozpaczy;
IV    615     Za nim wrzask psów, krzyk strzelców, trąby dojeżdżaczy
IV    616     Grzmiały ze środka puszczy; strzelcy — ci w las śpieszą,
IV    617     Tamci kurki odwodzą, a wszyscy się cieszą,
IV    618     Jeden Wojski w żałości, krzyczy, że chybiono.
IV    619     Strzelcy i obławnicy poszli jedną stroną
IV    620     Na przełaj zwierza, między ostępem i puszczą;
IV    621     A niedźwiedź, odstraszony psów i ludzi tłuszczą,
IV    622     Zwrócił się nazad w miejsca mniej pilnie strzeżone
IV    623     Ku polom, skąd już zeszły strzelcy rozstawione,
IV    624     Gdzie tylko pozostali z mnogich łowczych szyków
IV    625     Wojski, Tadeusz, Hrabia, z kilką obławników.

IV    626     Tu las był rzadszy; słychać z głębi ryk, trzask łomu,
IV    627     Aż z gęstwy, jak z chmur, wypadł niedźwiedź na kształt gromu;
IV    628     Wkoło psy gonią, straszą, rwą; on wstał na nogi
IV    629     Tylne i spojrzał wkoło, rykiem strasząc wrogi,
IV    630     I przedniemi łapami to drzewa korzenie,
IV    631     To pniaki osmalone, to wrosłe kamienie
IV    632     Rwał, waląc w psów i w ludzi; aż wyłamał drzewo,
IV    633     Kręcąc nim jak maczugą na prawo, na lewo,
IV    634     Runął wprost na ostatnich strażników obławy:
IV    635     Hrabię i Tadeusza.
IV    635             Oni bez obawy
IV    636     Stoją w kroku, na źwierza wytknęli flint rury
IV    637     Jako dwa konduktory w łono ciemnej chmury;
IV    638     Aż oba jednym razem pociągnęli kurki
IV    639     (Niedoświadczeni!), razem zagrzmiały dwórurki;
IV    640     Chybili. Niedźwiedź skoczył, oni tuż utkwiony
IV    641     Oszczep jeden chwycili czterema ramiony.
IV    642     Wydzierali go sobie; spojrzą, aż tu z pyska
IV    643     Wielkiego, czerwonego dwa rzędy kłów błyska
IV    644     I łapa z pazurami już się na łby spuszcza;
IV    645     Pobledli, w tył skoczyli, i gdzie rzadnie puszcza,
IV    646     Zmykali; zwierz za nimi wspiął się, już pazury
IV    647     Zahaczał, chybił, podbiegł, wspiął się znów do góry
IV    648     I czarną łapą sięgał Hrabiego włos płowy.
IV    649     Zdarłby mu czaszkę z mozgów jak kapelusz z głowy,
IV    650     Gdy Asesor z Rejentem wyskoczyli z boków,
IV    651     A Gerwazy biegł z przodu o jakie sto kroków,
IV    652     Z nim Robak, choć bez strzelby — i trzej w jednej chwili
IV    653     Jak gdyby na komendę razem wystrzelili.
IV    654     Niedźwiedź wyskoczył w górę jak kot przed chartami
IV    655     I głową na dół runął, i czterma łapami
IV    656     Przewróciwszy się młyńcem, cielska krwawe brzemię
IV    657     Waląc tuż pod Hrabiego, zbił go z nóg na ziemię.
IV    658     Jeszcze ryczał, chciał jeszcze powstać, gdy nań wsiadły
IV    659     Rozjuszona Strapczyna i Sprawnik zajadły.

IV    660     Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty
IV    661     Swój róg bawoli, długi, cętkowany, kręty
IV    662     Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął,
IV    663     Wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął,
IV    664     Zasunął wpół powieki, wciągnął w głąb pół brzucha
IV    665     I do płuc wysłał z niego cały zapas ducha.
IV    666     I zagrał: róg jak wicher niewstrzymanym dechem
IV    667     Niesie w puszczę muzykę i podwaja echem.
IV    668     Umilkli strzelce, stali szczwacze zadziwieni
IV    669     Mocą, czystością, dziwną harmoniją pieni.
IV    670     Starzec cały kunszt, którym niegdyś w lasach słynął,
IV    671     Jeszcze raz przed uszami myśliwców rozwinął;
IV    672     Napełnił wnet, ożywił knieje i dąbrowy,
IV    673     Jakby psiarnię w nie wpuścił i rozpoczął łowy.
IV    674     Bo w graniu była łowów historyja krótka:
IV    675     Zrazu odzew dźwięczący, rześki — to pobudka;
IV    676     Potem jęki po jękach skomlą — to psów granie;
IV    677     A gdzieniegdzie ton twardszy jak grzmot — to strzelanie.

IV    678     Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,
IV    679     Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.

IV    680     Zadął znowu; myśliłbyś, że róg kształty zmieniał
IV    681     I że w ustach Wojskiego to grubiał, to cieniał,
IV    682     Udając głosy zwierząt: to raz w wilczą szyję
IV    683     Przeciągając się, długo, przeraźliwie wyje;
IV    684     Znowu, jakby w niedźwiedzie rozwarłszy się garło,
IV    685     Ryknął; potem beczenie żubra wiatr rozdarło.

IV    686     Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,
IV    687     Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.
IV    688     Wysłuchawszy rogowej arcydzieło sztuki,
IV    689     Powtarzały je dęby dębom, bukom buki.

IV    690     Dmie znowu: jakby w rogu były setne rogi,
IV    691     Słychać zmieszane wrzaski szczwania, gniewu, trwogi,
IV    692     Strzelców, psiarni i zwierząt; aż Wojski do góry
IV    693     Podniósł róg, i tryumfu hymn uderzył w chmury.

IV    694     Tu przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,
IV    695     Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.
IV    696     Ile drzew, tyle rogów znalazło się w boru,
IV    697     Jedne drugim pieśń niosą jak z choru do choru.
IV    698     I szła muzyka coraz szersza, coraz dalsza,
IV    699     Coraz cichsza i coraz czystsza, doskonalsza,
IV    700     Aż znikła gdzieś daleko, gdzieś na niebios progu!

IV    701     Wojski obiedwie ręce odjąwszy od rogu
IV    702     Rozkrzyżował; róg opadł, na pasie rzemiennym
IV    703     Chwiał się. Wojski z obliczem nabrzmiałem, promiennem,
IV    704     Z oczyma wzniesionemi, stał jakby natchniony,
IV    705     Łowiąc uchem ostatnie znikające tony.
IV    706     A tymczasem zagrzmiało tysiące oklasków,
IV    707     Tysiące powinszowań i wiwatnych wrzasków.

IV    708     Uciszono się z wolna i oczy gawiedzi
IV    709     Zwróciły się na wielki, świeży trup niedźwiedzi:
IV    710     Leżał krwią opryskany, kulami przeszyty,
IV    711     Piersiami w gęszczę trawy wplątany i wbity,
IV    712     Rozprzestrzenił szeroko przednie krzyżem łapy,
IV    713     Dyszał jeszcze, wylewał strumień krwi przez chrapy,
IV    714     Otwierał jeszcze oczy, lecz głowy nie ruszy;
IV    715     Pjawki Podkomorzego dzierżą go pod uszy,
IV    716     Z lewej strony Strapczyna, a z prawej zawisał
IV    717     Sprawnik i dusząc gardziel, krew czarną wysysał.

IV    718     Zaczem Wojski rozkazał kij żelazny włożyć
IV    719     Psom między zęby i tak paszczęki roztworzyć.
IV    720     Kolbami przewrócono na wznak zwierza zwłoki
IV    721     I znów trzykrotny wiwat uderzył w obłoki.

IV    722     "A co? — krzyknął Asesor, kręcąc strzelby rurą —
IV    723     A co, fuzyjka moja? Górą nasi, górą!
IV    724     A co, fuzyjka moja? Niewielka ptaszyna,
IV    725     A jak się popisała? To jej nie nowina.
IV    726     Nie puści ona na wiatr żadnego ładunku,
IV    727     Od książęcia Sanguszki mam ją w podarunku".
IV    728     Tu pokazywał strzelbę przedziwnej roboty
IV    729     Choć maleńką, i zaczął wyliczać jej cnoty.

IV    730     "Ja biegłem — przerwał Rejent, otarłszy pot z czoła —
IV    731     Biegłem tuż za niedźwiedziem; a pan Wojski woła:
IV    732     «Stój na miejscu!» Jak tam stać? Niedźwiedź w pole wali,
IV    733     Rwąc z kopyta jak zając, coraz daléj, daléj,
IV    734     Aż mi ducha nie stało, dobiec ni nadziei;
IV    735     Aż spojrzę w prawo: sadzi, a tu rzadko w kniei...
IV    736     Jak też wziąłem na oko; postójże, marucha!
IV    737     Pomyśliłem, i basta: ot, leży bez ducha;
IV    738     Tęga strzelba, prawdziwa to Sagalasówka,
IV    739     Napis: «Sagalas London à Bałabanówka».
IV    740     (Sławny tam mieszkał ślusarz Polak, który robił
IV    741     Polskie strzelby, ale je po angielsku zdobił)".

IV    742     "Jak to — parsknął Asesor — do kroćset niedźwiedzi!
IV    743     To to niby Pan zabił? co też to Pan bredzi?"
IV    744     "Słuchaj no — odparł Rejent — tu, Panie, nie śledztwo,
IV    745     Tu obława; tu wszystkich weźmiem na świadectwo".

IV    746     Więc kłótnia między zgrają wszczęła się zawzięta,
IV    747     Ci stronę Asesora, ci brali Rejenta;
IV    748     O Gerwazym nie wspomniał nikt, bo wszyscy biegli
IV    749     Z boków i, co się z przodu działo, nie postrzegli.
IV    750     Wojski głos zabrał: "Teraz jest przynajmniej za co,
IV    751     Bo to, Panowie, nie jest ow szarak ladaco,
IV    752     To niedźwiedź, tu już nie żal poszukać odwetu,
IV    753     Czy szarpentyną, czyli nawet z pistoletu;
IV    754     Spór wasz trudno pogodzić, więc dawnym zwyczajem
IV    755     Na pojedynek nasze pozwolenie dajem.

IV    756     Pamiętam, za mych czasów żyło dwóch sąsiadów,
IV    757     Oba ludzie uczciwi, szlachta z prapradziadów,
IV    758     Mieszkali po dwóch stronach nad rzeką Wilejką,
IV    759     Jeden zwał się Domejko, a drugi Dowejko,
IV    760     Do niedźwiedzicy oba razem wystrzelili:
IV    761     Kto zabił, trudno dociec; strasznie się kłócili
IV    762     I przysięgli strzelać się przez niedźwiedzią skórę:
IV    763     To mi to po szlachecku, prawie rura w rurę.
IV    764     Pojedynek ten wiele narobił hałasu;
IV    765     Pieśni o nim śpiewano za owego czasu.
IV    766     Ja byłem sekundantem; jak się wszystko działo,
IV    767     Opowiem od początku historyję całą".

IV    768     Nim Wojski zaczął mówić, Gerwazy spór zgodził;
IV    769     On niedźwiedzia z uwagą dokoła obchodził,
IV    770     Nareszcie dobył tasak, rozciął pysk na dwoje
IV    771     I w tylcu głowy, mózgu rozkroiwszy słoje,
IV    772     Znalazł kulę, wydobył, suknią ochędożył,
IV    773     Przymierzył do ładunku, do flinty przyłożył;
IV    774     A potem, dłoń podnosząc i kulę na dłoni:
IV    775     "Panowie — rzekł — ta kula nie jest z waszej broni,
IV    776     Ona z tej Horeszkowskiej wyszła jednorurki
IV    777     (Tu podniósł flintę starą, obwiązaną w sznurki),
IV    778     Lecz nie ja wystrzeliłem. O, trzeba tam było
IV    779     Odwagi; straszno wspomnieć, w oczach mi się ćmiło!
IV    780     Bo prosto biegli ku mnie oba paniczowie,
IV    781     A niedźwiedź z tyłu już — już na Hrabiego głowie,
IV    782     Ostatniego z Horeszków! chociaż po kądzieli.
IV    783     «Jezus Maria!» krzyknąłem; i Pańscy anieli
IV    784     Zesłali mi na pomoc księdza Bernardyna.
IV    785     On nas wszystkich zawstydził; oj, dzielny księżyna!
IV    786     Gdym drżał, gdym się do cyngla dotknąć nie ośmielił,
IV    787     On mi z rąk flintę wyrwał, wycelił, wystrzelił:
IV    788     Między dwie głowy strzelić! Sto kroków! Nie chybić!
IV    789     I w sam środek paszczęki! Tak mu zęby wybić!
IV    790     Panowie! Długo żyję, jednego widziałem
IV    791     Człowieka, co mógł takim popisać się strzałem.
IV    792     Ów głośny niegdyś u nas z tylu pojedynków,
IV    793     Ów, co korki kobietom wystrzelał z patynków,
IV    794     Ów łotr nad łotry, sławny w czasy wiekopomne,
IV    795     Ów Jacek, vulgo Wąsal; nazwiska nie wspomnę.
IV    796     Ale mu nie czas teraz dojeżdżać niedźwiedzi:
IV    797     Pewnie po same wąsy hultaj w piekle siedzi.
IV    798     Chwała Księdzu! Dwom ludziom on życie ocalił,
IV    799     Może i trzem; Gerwazy nie będzie się chwalił,
IV    800     Ale gdyby ostatnie z krwi Horeszków dziecię
IV    801     Wpadło w bestyi paszczę, nie byłbym na świecie,
IV    802     I moje by tam stare pogryzł niedźwiedź kości;
IV    803     Pójdź, Księże, wypijemy zdrowie Jegomości".

IV    804     Próżno szukano Księdza; wiedzą tylko tyle,
IV    805     Że po zabiciu źwierza zjawił się na chwilę,
IV    806     Podskoczył ku Hrabiemu i Tadeuszowi,
IV    807     A widząc, że obadwa cali są i zdrowi,
IV    808     Podniósł ku niebu oczy, cicho pacierz zmówił
IV    809     I pobiegł w pole szybko, jakby go kto łowił.

IV    810     Tymczasem na Wojskiego rozkaz pęki wrzosu,
IV    811     Suche chrosty i pniaki rzucono do stosu;
IV    812     Bucha ogień, wyrasta szara sosna dymu
IV    813     I rozszerza się w górze na kształt baldakimu.
IV    814     Nad płomieniem oszczepy złożono w koziołki,
IV    815     Na grotach zawieszono brzuchate kociołki;
IV    816     Z wozów niosą jarzyny, mąki i pieczyste,
IV    817     I chleb.
IV    817             Sędzia otworzył puzderko zamczyste,
IV    818     W którym rzędami flaszek białe sterczą głowy;
IV    819     Wybiera z nich największy kufel kryształowy
IV    820     (Dostał go Sędzia w darze od księdza Robaka):
IV    821     Wódka to gdańska, napój miły dla Polaka.
IV    822     "Niech żyje — krzyknął Sędzia, w górę wznosząc flaszę —
IV    823     Miasto Gdańsk! niegdyś nasze, będzie znowu nasze!"
IV    824     I lał srebrzysty likwor w kolej, aż na końcu
IV    825     Zaczęło złoto kapać i błyskać na słońcu.

IV    826     W kociołkach bigos grzano; w słowach wydać trudno
IV    827     Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;
IV    828     Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,
IV    829     Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.
IV    830     Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,
IV    831     Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.

IV    832     Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada
IV    833     Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.
IV    834     Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,
IV    835     Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;
IV    836     Zamknięta w kotle, łonem wilgotnem okrywa
IV    837     Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;
IV    838     I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie
IV    839     Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie
IV    840     I powietrze dokoła zionie aromatem.

IV    841     Bigos już gotów. Strzelcy z trzykrotnym wiwatem,
IV    842     Zbrojni łyżkami, biegą i bodą naczynie,
IV    843     Miedź grzmi, dym bucha, bigos jak kamfora ginie,
IV    844     Zniknął, uleciał; tylko w czeluściach saganów
IV    845     Wre para jak w kraterze zagasłych wulkanów.

IV    846     Kiedy się już do woli napili, najedli,
IV    847     Zwierza na wóz włożyli, sami na koń siedli,
IV    848     Radzi wszyscy, rozmowni, oprócz Asesora
IV    849     I Rejenta; ci byli gniewliwsi niż wczora,
IV    850     Kłócąc się o zalety, ten swej Sanguszkówki,
IV    851     A ten — bałabanowskiej swej Sagalasówki.
IV    852     Hrabia też i Tadeusz jadą nieweseli,
IV    853     Wstydząc się, że chybili i że się cofnęli:
IV    854     Bo na Litwie — kto zwierza wypuści z obławy,
IV    855     Długo musi pracować, nim poprawi sławy.

IV    856     Hrabia mówił, że pierwszy do oszczepu godził
IV    857     I że spotkaniu z zwierzem Tadeusz przeszkodził;
IV    858     Tadeusz utrzymywał, że będąc silniejszy
IV    859     I do robienia ciężkim oszczepem zręczniejszy,
IV    860     Chciał wyręczyć Hrabiego: tak sobie niekiedy
IV    861     Przymawiali śród gwaru i wrzasku czeredy.

IV    862     Wojski jechał pośrodku; staruszek szanowny
IV    863     Wesoły był nadzwyczaj i bardzo rozmowny;
IV    864     Chcąc kłótników zabawić i do zgody dowieść,
IV    865     Kończył im o Dowejce i Domejce powieść:

IV    866     "Asesorze, jeżeli chciałem, byś z Rejentem
IV    867     Pojedynkował, nie myśl, że jestem zawziętym
IV    868     Na krew ludzką; broń Boże! chciałem was zabawić,
IV    869     Chciałem wam komedyję niby to wyprawić,
IV    870     Wznowić koncept, który ja lat temu czterdzieście
IV    871     Wymyśliłem — przedziwny! — Wy młodzi jesteście,
IV    872     Nie pamiętacie o nim, lecz za moich czasów
IV    873     Głośny był od tej puszczy do poleskich lasów.

IV    874     Domejki i Dowejki wszystkie sprzeciwieństwa
IV    875     Pochodziły, rzecz dziwna, z nazwisk podobieństwa
IV    876     Bardzo niewygodnego. Bo gdy w czas sejmików
IV    877     Przyjaciele Dowejki skarbili stronników,
IV    878     Szepnął ktoś do szlachcica: «Daj kreskę Dowejce!»,
IV    879     A ten nie dosłyszawszy dał kreskę Domejce.
IV    880     Gdy na uczcie wniósł zdrowie marszałek Rupejko:
IV    881     «Wiwat Dowejko!» — drudzy krzyknęli: «Domejko!»
IV    882     A kto siedział w pośrodku, nie trafił do ładu,
IV    883     Zwłaszcza przy niewyraźnej mowie w czas obiadu.

IV    884     Gorzej było; raz w Wilnie jakiś szlachcic pjany
IV    885     Bił się w szable z Domejką i dostał dwie rany;
IV    886     Potem ów szlachcic, z Wilna wracając do domu,
IV    887     Dziwnym trafem z Dowejką zjechał się u promu;
IV    888     Gdy więc na jednym promie płynęli Wilejką,
IV    889     Pyta sąsiada: kto on? odpowie: Dowejko;
IV    890     Nie czekając dobywa rapier spod kirejki:
IV    891     Czach, czach, i za Domejkę podciął wąs Dowejki.

IV    892     Wreszcie, jak na dobitkę, trzeba jeszcze było,
IV    893     Żeby na polowaniu tak się wydarzyło,
IV    894     Że stali blisko siebie oba imiennicy
IV    895     I do jednej strzelili razem niedźwiedzicy.
IV    896     Prawda, że po ich strzale upadła bez duchu,
IV    897     Ale już pierwej niosła z dziesiątek kul w brzuchu;
IV    898     Strzelby z jednym kalibrem miało wiele osób.
IV    899     Kto zabił niedźwiedzicę? dojdźże! jaki sposób?

IV    900     Tu już krzyknęli: «Dosyć! Trzeba raz rzecz skończyć.
IV    901     Bóg nas czy diabeł złączył, trzeba się rozłączyć:
IV    902     Dwóch nas, jak dwóch słońc, pono zanadto na świecie!»
IV    903     A więc do szerpentynek i stają na mecie.
IV    904     Oba szanowni ludzie; co ich szlachta godzą,
IV    905     To oni na się jeszcze zapalczywiej godzą.
IV    906     Zmienili broń; od szabel szło na pistolety.
IV    907     Stają, krzyczym, że nadto przybliżyli mety;
IV    908     Oni na złość, przysięgli przez niedźwiedzią skórę
IV    909     Strzelać się, śmierć niechybna! prawie rura w rurę.
IV    910     Oba tęgo strzelali. — «Sekunduj, Hreczecha!»
IV    911     «Zgoda — rzekłem — niech zaraz dół wykopie klecha:
IV    912     Bo taki spór nie może skończyć się na niczém;
IV    913     Lecz bijcie się szlacheckim trybem, nie rzeźniczym,
IV    914     Dosyć już mety zbliżać, widzę, żeście zuchy;
IV    915     Chcecie strzelać się, rury oparłszy na brzuchy?
IV    916     Ja nie pozwolę; zgoda, że na pistolety;
IV    917     Lecz strzelać się nie z dalszej ani z bliższej mety
IV    918     Jak przez skórę niedźwiedzią; ja rękami memi
IV    919     Jako sekundant skórę rozciągnę na ziemi
IV    920     I ja sam was ustawię. Waść po jednej stronie
IV    921     Stanie na końcu pyska, a Waść na ogonie».
IV    922     «Zgoda!» — wrzaśli. Czas? — jutro, miejsce? — karczma Usza.
IV    923     Rozjechali się. Ja zaś do Wirgilijusza".

IV    924     Tu Wojskiemu przerwał krzyk: "Wyczha!" Tuż spod koni
IV    925     Smyknął szarak; już Kusy, już go Sokoł goni.
IV    926     Psy wzięto na obławę, wiedząc, że z powrotem
IV    927     Na polu łatwo można napotkać się z kotem;
IV    928     Bez smyczy szły przy koniach; gdy kota postrzegły,
IV    929     Wprzód nim strzelcy poszczuli, już za nim pobiegły.
IV    930     Rejent też i Asesor chcieli końmi natrzeć;
IV    931     Lecz Wojski wstrzymał krzycząc: "Wara! stać i patrzeć!
IV    932     Nikomu krokiem ruszyć z miejsca nie dozwolę;
IV    933     Stąd widzim wszyscy dobrze, zając idzie w pole".

IV    934     W istocie, kot czuł z tyłu myśliwych i psiarnie,
IV    935     Rwał w pole, słuchy wytknął jak dwa różki sarnie,
IV    936     Sam szarzał się nad rolą długi, wyciągnięty,
IV    937     Skoki pod nim sterczały jakby cztery pręty,
IV    938     Rzekłbyś, że ich nie rusza, tylko ziemię trąca
IV    939     Po wierzchu, jak jaskółka wodę całująca.
IV    940     Pył za nim, psy za pyłem; z daleka się zdało,
IV    941     Że zając, pył i charty jedne tworzą ciało:
IV    942     Jakby jakaś przez pole suwała się źmija,
IV    943     Kot jak głowa, pył z tyłu jakby modra szyja,
IV    944     A psami jak podwójnym ogonem wywija.

IV    945     Rejent, Asesor patrzą, otworzyli usta,
IV    946     Dech wstrzymali; wtem Rejent pobladnął jak chusta,
IV    947     Zbladł i Asesor, widzą — fatalnie się dzieje,
IV    948     Owa źmija im dalej, tym bardziej dłużeje,
IV    949     Już rwie się wpół, już znikła owa szyja pyłu,
IV    950     Głowa już blisko lasu, ogony — gdzie z tyłu!
IV    951     Głowa niknie, raz jeszcze jakby kto kutasem
IV    952     Mignął: w las wpadła; ogon urwał się pod lasem.

IV    953     Biedne psy, ogłupiałe biegały pod gajem,
IV    954     Zdawały się naradzać, oskarżać nawzajem;
IV    955     Wreszcie wracają, z wolna skacząc przez zagony,
IV    956     Spuściły uszy, tulą do brzucha ogony
IV    957     I przybiegłszy, ze wstydu nie śmieją wznieść oczu,
IV    958     I zamiast iść do panów, stały na uboczu.

IV    959     Rejent spuścił ku piersiom zasępione czoło,
IV    960     Asesor rzucał okiem, ale niewesoło,
IV    961     Potem zaczęli oba słuchaczom wywodzić:
IV    962     Jak ich charty bez smycza nie nawykły chodzić,
IV    963     Jak kot znienacka wypadł, jak źle był poszczuty
IV    964     Na roli, gdzie psom chyba trzeba by wdziać buty,
IV    965     Tak pełno wszędzie głazów i ostrych kamieni.
IV    966     Mądrze rzecz wyłuszczali szczwacze doświadczeni;
IV    967     Myśliwi z tych mów wiele mogliby korzystać,
IV    968     Lecz nie słuchali pilnie; ci zaczęli świstać,
IV    969     Ci śmiać się w głos, ci, mając niedźwiedzia w pamięci,
IV    970     Gadali o nim, świeżą obławą zajęci.

IV    971     Wojski ledwie raz okiem za zającem rzucił;
IV    972     Widząc, że uciekł, głowę obojętnie zwrócił
IV    973     I kończył rzecz przerwaną: "Na czem więc stanąłem?
IV    974     Aha! na tem, że obu za słowo ująłem,
IV    975     Iż będą strzelali się przez niedźwiedzią skórę.
IV    976     Szlachta w krzyk: «To śmierć pewna! Prawie rura w rurę!»
IV    977     A ja w śmiech, bo mnie uczył mój przyjaciel Maro,
IV    978     Że skóra źwierza nie jest lada jaką miarą.
IV    979     Wszak wiecie Waćpanowie, jak królowa Dydo
IV    980     Przypłynęła do Libów i tam z wielką biédą
IV    981     Wytargowała sobie taki ziemi kawał,
IV    982     Który by się wołową skórą nakryć dawał;
IV    983     Na tym kawałku ziemi stanęła Kartago!
IV    984     Więc ja to sobie w nocy rozbieram z uwagą.

IV    985     Ledwie dniało, już z jednej strony taradejką
IV    986     Jedzie Dowejko, z drugiej na koniu Domejko.
IV    987     Patrzą, aż tu przez rzekę leży most kosmaty,
IV    988     Pas ze skóry niedźwiedziej porzniętej na szmaty.
IV    989     Postawiłem Dowejkę na zwierza ogonie
IV    990     Z jednej strony, Domejkę zaś na drugiej stronie.
IV    991     «Pukajcie teraz — rzekłem — choć przez całe życie,
IV    992     Lecz póty was nie spuszczę, aż się pogodzicie».
IV    993     Oni w złość; a tu szlachta kładnie się na ziemi
IV    994     Od śmiechu, a ja z księdzem słowy poważnemi
IV    995     Nuż im z Ewanieliji, z statutów dowodzić;
IV    996     Nie ma rady: — śmieli się i musieli zgodzić.

IV    997     Spor ich potem w dozgonną przyjaźń się zamienił,
IV    998     I Dowejko się z siostrą Domejki ożenił,
IV    999     Domejko pojął siostrę szwagra, Dowejkównę,
IV   1000     Podzielili majątek na dwie części równe,
IV   1001     A w miejscu, gdzie się zdarzył tak dziwny przypadek,
IV   1002     Pobudowawszy karczmę nazwali Niedźwiadek".

V             KSIĘGA PIĄTA
V             KŁÓTNIA
V             TREŚĆ:
V             Plany myśliwskie Telimeny — Ogrodniczka wybiera się na wielki świat i słucha nauk opiekunki — Strzelcy wracają — Wielkie zadziwienie Tadeusza — Spotkanie się powtórne w Świątyni dumania i zgoda, ułatwiona za pośrednictwem mrowek — U stołu wytacza się rzecz o łowach — Powieść Wojskiego o Rejtanie i księciu Denassów, przerwana — Zagajenie układów między stronami, także przerwane — Zjawisko z kluczem — Kłótnia — Hrabia z Gerwazym odbywają radę wojenną.

V       1     Wojski, chlubnie skończywszy łowy, wraca z boru,
V       2     A Telimena w głębi samotnego dworu
V       3     Zaczyna polowanie. Wprawdzie nieruchoma
V       4     Siedzi z założonemi na piersiach rękoma,
V       5     Lecz myślą goni źwierzów dwóch; szuka sposobu,
V       6     Jak by razem obsaczyć i ułowić obu:
V       7     Hrabię i Tadeusza. Hrabia, panicz młody,
V       8     Wielkiego domu dziedzic, powabnej urody;
V       9     Już trochę zakochany! Cóż? może się zmienić!
V      10     Potem, czy szczerze kocha? czy się zechce żenić?
V      11     Z kobietą kilku laty starszą! niebogatą!
V      12     Czy mu krewni pozwolą? co świat powie na to?
V      13     Telimena, tak myśląc, z sofy się podniosła
V      14     I stanęła na palcach; rzekłbyś, że podrosła;
V      15     Odkryła nieco piersi, wygięła się bokiem
V      16     I sama siebie pilnym obejrzała okiem,
V      17     I znowu zapytała o radę zwierciadła;
V      18     Po chwili wzrok spuściła, westchnęła i siadła.

V      19     Hrabia pan! zmienni w gustach są ludzie majętni!
V      20     Hrabia blondyn! blondyni nie są zbyt namiętni!
V      21     A Tadeusz? prostaczek! poczciwy chłopczyna!
V      22     Prawie dziecko! raz pierwszy kochać się zaczyna!
V      23     Pilnowany, niełacno zerwie pierwsze związki,
V      24     Przy tem dla Telimeny ma już obowiązki,
V      25     Mężczyźni, póki młodzi, chociaż w myślach zmienni,
V      26     W uczuciach są od dziadów stalsi, bo sumienni.
V      27     Długo serce młodzieńca proste i dziewicze
V      28     Chowa wdzięczność za pierwsze miłości słodycze!
V      29     Ono rozkosz i wita, i żegna z weselem,
V      30     Jak skromną ucztę, którą dzielim z przyjacielem.
V      31     Tylko stary pjanica, gdy już spali trzewa,
V      32     Brzydzi się trunkiem, którym nazbyt się zalewa.
V      33     Wszystko to Telimena dokładnie wiedziała,
V      34     Bo i rozum, i wielkie doświadczenie miała.

V      35     Lecz co powiedzą ludzie? Można im zejść z oczu,
V      36     W inne strony wyjechać, mieszkać na uboczu
V      37     Lub, co lepsza, wynieść się całkiem z okolicy,
V      38     Na przykład zrobić małą podróż do stolicy,
V      39     Młodego chłopca na świat wielki wyprowadzić,
V      40     Kroki jego kierować, pomagać mu, radzić,
V      41     Serce mu kształcić, mieć w nim przyjaciela, brata!
V      42     Nareszcie — użyć świata, póki służą lata!

V      43     Tak myśląc, po alkowie śmiało i wesoło
V      44     Przeszła się kilka razy — znów spuściła czoło.

V      45     Warto by też pomyślić o Hrabiego losie —
V      46     Czyby się nie udało podsunąć mu Zosię?
V      47     Niebogata, lecz za to urodzeniem równa,
V      48     Z domu senatorskiego, jest dygnitarzówna.
V      49     Jeżeliby do skutku przyszło ożenienie,
V      50     Telimena w ich domu miałaby schronienie
V      51     Na przyszłość; krewna Zosi i Hrabiego swatka,
V      52     Dla młodego małżeństwa byłaby jak matka.

V      53     Po tej z sobą odbytej, stanowczej naradzie
V      54     Woła przez okno Zosię bawiącą się w sadzie.

V      55     Zosia w porannym stroju i z głową odkrytą
V      56     Stała, trzymając w ręku podniesione sito;
V      57     Do nóg jej biegło ptastwo; stąd kury szurpate
V      58     Toczą się kłębkiem, stamtąd kogutki czubate,
V      59     Wstrząsając koralowe na głowach szyszaki
V      60     I wiosłując skrzydłami przez bruzdy i krzaki,
V      61     Szeroko wyciągają ostrożaste pięty;
V      62     Za nimi z wolna indyk sunie się odęty,
V      63     Sarkając na trzpiotalstwo swej krzykliwej żony;
V      64     Owdzie pawie jak tratwy długimi ogony
V      65     Sterują się po łące, a gdzieniegdzie z góry
V      66     Upada jak kiść śniegu gołąb srebrnopióry.
V      67     W pośrodku zielonego okręgu murawy
V      68     Ściska się okrąg ptastwa krzykliwy, ruchawy,
V      69     Opasany gołębi sznurem na kształt wstęgi
V      70     Białej, środkiem pstrokaty w gwiazdy, w cętki, w pręgi
V      71     Tu dzioby bursztynowe, tam czubki z korali
V      72     Wznoszą się z gęstwi pierza jak ryby spod fali.
V      73     Wysuwają się szyje i w ruchach łagodnych
V      74     Chwieją się ciągle na kształt tulipanów wodnych;
V      75     Tysiące oczu jak gwiazd błyskają ku Zosi.

V      76     Ona w środku wysoko nad ptastwem się wznosi,
V      77     Sama biała i w długą bieliznę ubrana,
V      78     Kręci się jak bijąca śród kwiatów fontanna;
V      79     Czerpie z sita i sypie na skrzydła i głowy
V      80     Ręką jak perły białą gęsty grad perłowy
V      81     Krup jęczmiennych: to ziarno, godne pańskich stołów,
V      82     Robi się dla zaprawy litewskich rosołów;
V      83     Zosia je wykradając z szafy ochmistrzyni
V      84     Dla swego drobiu, szkodę w gospodarstwie czyni.

V      85     Usłyszała wołanie: "Zosiu!" To głos cioci!
V      86     Sypnęła razem ptastwu ostatek łakoci,
V      87     A sama, kręcąc sito jako tanecznica
V      88     Bębenek i w takt bijąc, swawolna dziewica
V      89     Jęła skakać przez pawie, gołębie i kury:
V      90     Zmieszane ptastwo tłumnie furknęło do góry.
V      91     Zosia, stopami ledwie dotykając ziemi,
V      92     Zdawała się najwyżej bujać między niemi;
V      93     Przodem gołębie białe, które w biegu płoszy,
V      94     Leciały jak przed wozem bogini rozkoszy.
V      95     Zosia przez okno z krzykiem do alkowy wpadła
V      96     I na kolanach ciotki zadyszana siadła;
V      97     Telimena, całując i głaszcząc pod brodę,
V      98     Z radością zważa dziecka żywość i urodę
V      99     (Bo prawdziwie kochała swą wychowanicę).
V     100     Ale znowu poważnie nastroiła lice,
V     101     Wstała i przechodząc się wszerz i wzdłuż alkowy,
V     102     Dzierżąc palec przy ustach, temi rzekła słowy:

V     103     "Kochana Zosiu, już też całkiem zapominasz
V     104     I na stan, i na wiek twój; wszak to dziś zaczynasz
V     105     Rok czternasty, czas rzucić indyki i kurki;
V     106     Fi! to godna zabawka dygnitarskiej córki!
V     107     I z umurzaną dziatwą chłopską już do woli
V     108     Napieściłaś się! Zosiu! patrząc, serce boli;
V     109     Opaliłaś okropnie płeć, czysta Cyganka,
V     110     A chodzisz i ruszasz się jak parafijanka.
V     111     Już ja temu wszystkiemu na przyszłość zaradzę;
V     112     Od dziś zacznę, dziś ciebie na świat wyprowadzę,
V     113     Do salonu, do gości — gości mamy siła,
V     114     Patrzajżeż, ażebyś mnie wstydu nie zrobiła".

V     115     Zosia skoczyła z miejsca i klasnęła w dłonie,
V     116     I ciotce zawisnąwszy oburącz na łonie,
V     117     Płakała i śmiała się na przemian z radości.
V     118     "Ach, Ciociu! już tak dawno nie widziałam gości!
V     119     Od czasu, jak tu żyję z kury i indyki,
V     120     Jeden gość, co widziałam, to był gołąb dziki;
V     121     Już mi troszeczkę nudno tak siedzieć w alkowie;
V     122     Pan Sędzia nawet mówi, że to źle na zdrowie".

V     123     "Sędzia — przerwała ciotka — ciągle mi dokuczał,
V     124     Żeby cię na świat wywieść, ciągle pod nos mruczał,
V     125     Że już jesteś dorosłą; sam nie wie, co plecie,
V     126     Dziaduś, nigdy na wielkim niebywały świecie.
V     127     Ja wiem lepiej, jak długo trzeba się sposobić
V     128     Panience, by wyszedłszy na świat, efekt zrobić.
V     129     Wiedz, Zosiu, że kto rośnie na widoku ludzi,
V     130     Choć piękny, choć rozumny, efektów nie wzbudzi,
V     131     Gdy go wszyscy przywykną widzieć od maleńka.
V     132     Lecz niechaj ukształcona, dorosła panienka
V     133     Nagle ni stąd, ni zowąd przed światem zabłyśnie,
V     134     Wtenczas każdy się do niej przez ciekawość ciśnie,
V     135     Wszystkie jej ruchy, rzuty oczu jej uważa,
V     136     Słowa jej podsłuchiwa i drugim powtarza;
V     137     A kiedy wejdzie w modę raz młoda osoba,
V     138     Każdy ją chwalić musi, choć i nie podoba.
V     139     Znaleźć się, spodziewam się, że umiesz; w stolicy
V     140     Urosłaś. Choć dwa lata mieszkasz w okolicy,
V     141     Nie zapomniałaś jeszcze całkiem Petersburka.
V     142     No, Zosio, toaletę rób, dostań tam z biórka,
V     143     Nagotowane znajdziesz wszystko do ubrania.
V     144     Spiesz się, bo lada chwila wrócą z polowania".

V     145     Wezwano pokojowę i służącą dziewkę;
V     146     W naczynie srebrne wody wylano konewkę;
V     147     Zosia, jak wróbel w piasku, trzepioce się, myje
V     148     Z pomocą sługi ręce, oblicze i szyję.
V     149     Telimena otwiera petersburskie składy,
V     150     Dobywa flaszki perfum, słoiki pomady,
V     151     Pokrapia Zosię wkoło wyborną perfumą
V     152     (Woń napełniła izbę), włos namaszcza gumą.
V     153     Zosia kładnie pończoszki białe, ażurowe,
V     154     I trzewiki warszawskie białe, atłasowe;
V     155     Tymczasem pokojowa sznurowała stanik,
V     156     Potem rzuciła na gors pannie pudermanik;
V     157     Zaczęto przypieczone zbierać papiloty,
V     158     Pukle, że nazbyt krótkie, uwito w dwa sploty,
V     159     Zostawując na czole i skroniach włos gładki;
V     160     Pokojowa zaś świeżo zebrane bławatki
V     161     Uwiązawszy w plecionkę daje Telimenie;
V     162     Ta ją do głowy Zosi przyszpila uczenie,
V     163     Z prawej strony na lewo: kwiat od bladych włosów
V     164     Odbijał bardzo pięknie, jak od zboża kłosów!
V     165     Zdjęto puderman, całe ubranie gotowe.
V     166     Zosia białą sukienkę wrzuciła przez głowę,
V     167     Chusteczkę batystową białą w ręku zwija
V     168     I tak cała wygląda biała jak lilija.

V     169     Poprawiwszy raz jeszcze i włosów, i stroju,
V     170     Kazano jej wzdłuż i wszerz przejść się po pokoju;
V     171     Telimena uważa znawczyni oczyma,
V     172     Musztruje siostrzenicę, gniewa się i zżyma;
V     173     Aż na dygnienie Zosi krzyknęła z rozpaczy:
V     174     "Ja nieszczęśliwa! Zosiu, widzisz, co to znaczy
V     175     Żyć z gęśmi, z pastuchami! Tak nogi rozszerzasz,
V     176     Jak chłopiec, okiem w prawo i w lewo uderzasz,
V     177     Czysto rozwódka! — Dygnij, patrz, jaka niezwinna!"

V     178     "Ach, Ciociu! — rzekła smutnie Zosia — cóż ja winna?
V     179     Ciotka mnie zamykała; nie było z kim tańczyć,
V     180     Lubiłam z nudy ptastwo paść i dzieci niańczyć;
V     181     Ale poczekaj, Ciociu, niech no się pobawię
V     182     Trochę z ludźmi, obaczysz, jak się ja poprawię".

V     183     "Już — rzekła ciotka — z dwojga złego lepiej z ptastwem
V     184     Niż z tem, co u nas dotąd gościło, plugastwem;
V     185     Przypomnij tylko sobie, kto tu u nas bywał:
V     186     Pleban, co pacierz mruczał lub w warcaby grywał,
V     187     I palestra z fajkami! To mi kawalery!
V     188     Nabrałabyś się od nich pięknej manijery.
V     189     Teraz to pokazać się jest przynajmniej komu,
V     190     Mamy przecież uczciwe towarzystwo w domu.
V     191     Uważaj dobrze, Zosiu, jest tu Hrabia młody,
V     192     Pan, dobrze wychowany, krewny Wojewody,
V     193     Pamiętaj być mu grzeczną..."

V     193             Słychać rżenie koni!
V     194     I gwar myśliwców; już są pod bramą: to oni!
V     195     Wziąwszy Zosię pod rękę, pobiegła do sali.
V     196     Myśliwi na pokoje jeszcze nie wchadzali,
V     197     Musieli po komnatach odmieniać swą odzież,
V     198     Nie chcąc wniść do dam w kurtkach.

V     198             Pierwsza wpadła młodzież,
V     199     Pan Tadeusz i Hrabia, co żywo przebrani.
V     200     Telimena sprawuje obowiązki pani,
V     201     Wita wchodzących, sadza, rozmową zabawia
V     202     I siostrzenicę wszystkim z kolei przedstawia:
V     203     Naprzód Tadeuszowi, jako krewną bliską;
V     204     Zosia grzecznie dygnęła, on skłonił się nisko,
V     205     Chciał coś do niej przemówić, już usta otworzył,
V     206     Ale spójrzawszy w oczy Zosi, tak się strwożył,
V     207     Że stojąc niemy przed nią, to płonął, to bladnął;
V     208     Co było w jego sercu, on sam nie odgadnął.
V     209     Uczuł się nieszczęśliwym bardzo — poznał Zosię!
V     210     Po wzroście i po włosach światłych, i po głosie;
V     211     Tę kibić i tę główkę widział na parkanie,
V     212     Ten wdzięczny głos zbudził go dziś na polowanie.

V     213     Aż Wojski Tadeusza wyrwał z zamięszania;
V     214     Widząc, że bladnie i że na nogach się słania,
V     215     Radził mu odejść do swej izby dla spoczynku;
V     216     Tadeusz stanął w kącie, wsparł się na kominku,
V     217     Nic nie mówiąc — szerokie, obłędne źrenice
V     218     Obracał to na ciotkę, to na siostrzenicę.
V     219     Dostrzegła Telimena, iż pierwsze spojrzenie
V     220     Zosi tak wielkie na nim zrobiło wrażenie;
V     221     Nie odgadła wszystkiego, przecież pomieszana
V     222     Bawi gości, a z oczu nie spuszcza młodziana.
V     223     Wreszcie czas upatrzywszy ku niemu podbiega:
V     224     Czy zdrów? dlaczego smutny? pyta się, nalega,
V     225     Napomyka o Zosi, zaczyna z nim żarty;
V     226     Tadeusz nieruchomy, na łokciu oparty,
V     227     Nic nie gadając, marszczył brwi i usta krzywił:
V     228     Tym bardziej Telimenę pomieszał i ździwił
V     229     Zmieniła więc natychmiast twarz i ton rozmowy,
V     230     Powstała zagniewana i ostremi słowy
V     231     Poczęła nań przymówki sypać i wyrzuty;
V     232     Porwał się i Tadeusz jak żądłem ukłuty;
V     233     Spojrzał krzywo, nie mówiąc ani słowa splunął,
V     234     Krzesło nogą odepchnął i z pokoju runął,
V     235     Trzasnąwszy drzwi za sobą. Szczęściem, że tej sceny
V     236     Nikt z gości nie uważał oprócz Telimeny.

V     237     Wyleciawszy przez bramę, biegł prosto na pole;
V     238     Jak szczupak, gdy mu oścień skróś piersi przekole,
V     239     Pluska się i nurtuje, myśląc, że uciecze,
V     240     Ale wszędzie żelazo i sznur z sobą wlecze:
V     241     Tak i Tadeusz ciągnął za sobą zgryzoty,
V     242     Suwając się przez rowy i skacząc przez płoty,
V     243     Bez celu i bez drogi; aż niemało czasu
V     244     Nabłąkawszy się, w końcu wszedł w głębinę lasu
V     245     I trafił, czy umyślnie, czyli też przypadkiem,
V     246     Na wzgórek, co był wczora szczęścia jego świadkiem,
V     247     Gdzie dostał ów bilecik, zadatek kochania,
V     248     Miejsce, jak wiemy, zwane Świątynią dumania.

V     249     Gdy okiem wkoło rzuca, postrzega: to ona!
V     250     Telimena, samotna, w myślach pogrążona,
V     251     Od wczorajszej postacią i strojem odmienna,
V     252     W bieliźnie, na kamieniu, sama jak kamienna;
V     253     Twarz schyloną w otwarte utuliła dłonie,
V     254     Choć nie słyszysz szlochania, znać, że we łzach tonie.

V     255     Daremnie broniło się serce Tadeusza:
V     256     Ulitował się, uczuł, że go żal porusza,
V     257     Długo poglądał niemy, ukryty za drzewem,
V     258     Na koniec westchnął i rzekł sam do siebie z gniewem:
V     259     "Głupi! cóż ona winna, że się ja pomylił!"
V     260     Więc z wolna głowę ku niej zza drzewa wychylił,
V     261     Gdy nagle Telimena zrywa się z siedzenia,
V     262     Rzuca się w prawo, w lewo, skacze skróś strumienia,
V     263     Rozkrzyżowana, z włosem rozpuszczonym, blada,
V     264     Pędzi w las, podskakuje, przyklęka, upada
V     265     I nie mogąc już powstać, kręci się po darni.
V     266     Widać z jej ruchów, w jakiej strasznej jest męczarni;
V     267     Chwyta się za pierś, szyję, za stopy, kolana.

V     268     Skoczył Tadeusz, myśląc, że jest pomieszana
V     269     Lub ma wielką chorobę. Lecz z innej przyczyny
V     270     Pochodziły te ruchy.

V     270             U bliskiej brzeziny
V     271     Było wielkie mrowisko. Owad gospodarny
V     272     Snuł się wkoło po trawie, ruchawy i czarny;
V     273     Nie wiedzieć, czy z potrzeby, czy z upodobania
V     274     Lubił szczególnie zwiedzać Świątynię dumania;
V     275     Od stołecznego wzgórka aż po źródła brzegi
V     276     Wydeptał drogę, którą wiodł swoje szeregi.
V     277     Nieszczęściem, Telimena siedziała śród drożki;
V     278     Mrówki znęcone blaskiem bieluchnej pończoszki,
V     279     Wbiegły, gęsto zaczęły łaskotać i kąsać,
V     280     Telimena musiała uciekać, otrząsać,
V     281     Na koniec na murawie siąść i owad łowić.

V     282     Nie mógł jej swej pomocy Tadeusz odmowić;
V     283     Oczyszczając sukienkę, aż do nóg się zniżył,
V     284     Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył —
V     285     W tak przyjaźnej postawie, choć nic nie mówili
V     286     O rannych kłótniach swoich, przecież się zgodzili;
V     287     I nie wiedzieć, jak długo trwałaby rozmowa,
V     288     Gdyby ich nie przebudził dzwonek z Soplicowa —

V     289     Hasło wieczerzy. Pora powracać do domu,
V     290     Zwłaszcza że słychać było opodal trzask łomu.
V     291     Może szukają? razem wracać nie wypada;
V     292     Więc Telimena w prawo pod ogród się skrada,
V     293     A Tadeusz na lewo biegł do wielkiej drogi;
V     294     Oboje w tym odwrocie mieli nieco trwogi:
V     295     Telimenie zdało się, że raz spoza krzaka
V     296     Błysła zakapturzona, chuda twarz Robaka,
V     297     Tadeusz widział dobrze, jak mu raz i drugi
V     298     Pokazał się na lewo cień biały i długi.
V     299     Co to było, nie wiedział, ale miał przeczucie,
V     300     Że to był Hrabia w długim, angielskim surducie.

V     301     Wieczerzano w zamczysku. Uparty Protazy,
V     302     Nie dbając na wyraźne Sędziego zakazy,
V     303     W niebytność państwa znowu do zamku szturmował
V     304     I kredens doń (jak mówi) zaintromitował.

V     305     Goście weszli w porządku i stanęli kołem;
V     306     Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem;
V     307     Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy.
V     308     Idąc kłaniał się damom, starcom i młodzieży.
V     309     Kwestarz nie był u stołu; miejsce Bernardyna
V     310     Po prawej stronie męża ma Podkomorzyna.
V     311     Sędzia, kiedy już gości jak trzeba ustawił,
V     312     Żegnając po łacinie, stół pobłogosławił;
V     313     Mężczyznom dano wódkę; zaczem wszyscy siedli
V     314     I chłodnik zabielany milcząc żwawo jedli.

V     315     Po chłodniku szły raki, kurczęta, szparagi,
V     316     W towarzystwie kielichów węgrzyna, malagi;
V     317     Jedzą, piją, a milczą wszyscy. Nigdy pono,
V     318     Od czasu jako mury zamku podźwigniono,
V     319     Który uraczał hojnie tylu szlachty bratów,
V     320     Tyle wesołych słyszał i odbił wiwatów,
V     321     Nie pamiętano takiej posępnej wieczerzy;
V     322     Tylko pukanie korków i brzęki talerzy
V     323     Odbijała zamkowa sień wielka i pusta:
V     324     Rzekłbyś, iż zły duch gościom zasznurował usta.

V     325     Mnogie były powody milczenia: Myśliwi
V     326     Powrócili z ostępu dosyć gadatliwi;
V     327     Lecz gdy zapał ochłonął, myśląc nad obławą,
V     328     Postrzegają, że wyszli z niej nie z wielką sławą:
V     329     Trzebaż było, ażeby jeden kaptur popi,
V     330     Wyrwawszy się Bóg wie skąd, jak Filip z konopi,
V     331     Przepisał wszystkich strzelców powiatu? O wstydzie!
V     332     Cóż o tem będą gadać w Oszmianie i Lidzie,
V     333     Które od wieków walczą z tutejszym powiatem
V     334     O pierwszeństwo w strzelectwie; myślili więc nad tem.

V     335     Zaś Asesor i Rejent, prócz wspólnych niechęci,
V     336     Świeżą hańbę swych chartów mieli na pamięci.
V     337     W oczach im stoi niecny kot, skoki wyciąga
V     338     I omykiem spod gaju kiwając, urąga,
V     339     I tym omykiem ćwiczy po sercach jak biczem.
V     340     Siedzieli z pochylonem ku misie obliczem.
V     341     Asesor nowe jeszcze miał powody żalów,
V     342     Patrząc na Telimenę i na swych rywalów.

V     343     Do Tadeusza siedzi Telimena bokiem,
V     344     Pomięszana, zaledwie śmie nań rzucić okiem.
V     345     Chciała zasępionego Hrabiego zabawić,
V     346     Wyzwać w dłuższą rozmowę, w lepszy humor wprawić,
V     347     Bo Hrabia dziwnie kwaśny powrócił z przechadzki,
V     348     A raczej, jako myślił Tadeusz, z zasadzki;
V     349     Słuchając Telimeny, czoło podniosł hardo,
V     350     Brwi zmarszczył, spójrzał na nią ledwie nie z pogardą;
V     351     Potem przysiadł się, jak mógł najbliżej, do Zosi,
V     352     Nalewa jej do szklanki, talerze przynosi,
V     353     Prawi tysiąc grzeczności, kłania się, uśmiécha,
V     354     Czasem oczy wywraca i głęboko wzdycha.
V     355     Widać przecież, pomimo tak zręczne łudzenie,
V     356     Że umizgał się tylko na złość Telimenie;
V     357     Bo głowę odwracając niby nieumyślnie,
V     358     Coraz ku Telimenie groźnem okiem błyśnie.

V     359     Telimena nie mogła pojąć, co to znaczy:
V     360     Ruszywszy ramionami, myśliła: dziwaczy.
V     361     Wreszcie, nowym zalotom Hrabiego dość rada,
V     362     Zwróciła się do swego drugiego sąsiada.

V     363     Tadeusz, też posępny, nic nie jadł, nic nie pił,
V     364     Zdawał się słuchać rozmów, oczy w talerz wlepił;
V     365     Telimena mu leje wino, on się gniewa
V     366     Na natrętność; pytany o zdrowie — poziewa.
V     367     Ma za złe (tak się zmienił jednego wieczora),
V     368     Że Telimena zbytnie do zalotów skora;
V     369     Gorszy się, że jej suknia tak wcięta głęboko,
V     370     Nieskromnie — a dopiero, kiedy podniosł oko!
V     371     Aż przeląkł się; bystrzejsze teraz miał źrenice:
V     372     Ledwie spójrzał w rumiane Telimeny lice,
V     373     Odkrył od razu wielką, straszną tajemnicę!
V     374     Przebóg, naróżowana!

V     375             Czy róż w złym gatunku,
V     375     Czy jakoś na obliczu przetarł się z trefunku:
V     376     Gdzieniegdzie zrzedniał, na wskróś grubszą płeć odsłania.
V     377     Może to sam Tadeusz, w Świątyni dumania
V     378     Rozmawiając za blisko, omusknął z bielidła
V     379     Karmin, lżejszy od pyłków motylego skrzydła.
V     380     Telimena wracała nazbyt śpieszno z lasu
V     381     I poprawić kolory swe nie miała czasu;
V     382     Około ust szczególniej widne były piegi.
V     383     Nuż oczy Tadeusza, jako chytre szpiegi,
V     384     Odkrywszy jedną zdradę, poczną w kolej zwiedzać
V     385     Resztę wdzięków i wszędzie jakiś fałsz wyśledzać:
V     386     Dwóch zębów braknie w ustach; na czole, na skroni
V     387     Zmarszczki; tysiące zmarszczków pod brodą się chroni!

V     388     Niestety! Czuł Tadeusz, jak jest niepotrzebnie
V     389     Rzecz piękną nazbyt ściśle zważać; jak haniebnie
V     390     Być szpiegiem swej kochanki; nawet jak szkaradnie
V     391     Odmieniać smak i serce — lecz któż sercem władnie?
V     392     Darmo chce brak miłości zastąpić sumnieniem,
V     393     Chłod duszy ogrzać znowu jej wzroku promieniem:
V     394     Już ten wzrok, jako księżyc światły, a bez ciepła,
V     395     Błyskał po wierzchu duszy, która do dna krzepła...
V     396     Takie robiąc sam sobie wyrzuty i skargi,
V     397     Pochylił w talerz głowę, milczał i gryzł wargi.

V     398     Tymczasem zły duch nową pokusą go wabi:
V     399     Podsłuchiwać, co Zosia mówiła do Hrabi.
V     400     Dziewczyna, uprzejmością Hrabiego ujęta,
V     401     Zrazu rumieniła się spuściwszy oczęta,
V     402     Potem śmiać się zaczęli, w końcu rozmawiali
V     403     O jakiemś niespodzianem w ogrodzie spotkaniu,
V     404     O jakiemś po łopuchach i grzędach stąpaniu.

V     405     Tadeusz, wyciągnąwszy co najdłużej uszy,
V     406     Połykał gorzkie słowa i przetrawiał w duszy,
V     407     Okropną miał biesiadę. Jak w ogrodzie źmija
V     408     Dwoistem żądłem zioło zatrute wypija,
V     409     Potem skręci się w kłębek i na drodze legnie,
V     410     Grożąc stopie, co na nią nieostróżnie biegnie,
V     411     Tak Tadeusz, opiły trucizną zazdrości,
V     412     Zdawał się obojętny, a pękał ze złości.

V     413     W najweselszem zebraniu niech się kilku gniewa,
V     414     Zaraz się ich ponurość na resztę rozlewa.
V     415     Strzelcy dawniej milczeli, druga stołu strona
V     416     Umilkła, Tadeusza żółcią zarażona.

V     417     Nawet pan Podkomorzy, nadzwyczaj ponury,
V     418     Nie miał ochoty gadać, widząc swoje córy,
V     419     Posażne i nadobne panny, w wieku kwiecie,
V     420     Zdaniem wszystkich najpierwsze partyje w powiecie,
V     421     Milczące, zaniedbane od milczącej młodzi.
V     422     Gościnnego Sędziego również to obchodzi;
V     423     Wojski zaś, uważając, że tak wszyscy milczą,
V     424     Nazywał tę wieczerzę nie polską, lecz wilczą.

V     425     Hreczecha na milczenie miał słuch bardzo czuły,
V     426     Sam gawęda, i lubił niezmiernie gaduły.
V     427     Nie dziw! ze szlachtą strawił życie na biesiadach,
V     428     Na polowaniach, zjazdach, sejmikowych radach;
V     429     Przywykł, żeby mu zawsze coś bębniło w ucho,
V     430     Nawet wtenczas, gdy milczał lub z placką za muchą
V     431     Skradał się, lub zamknąwszy oczy siadał marzyć;
V     432     W dzień szukał rozmów, w nocy musiano mu gwarzyć
V     433     Pacierze różańcowe albo gadać bajki;
V     434     Stąd też nieprzyjacielem zabitym był fajki,
V     435     Wymyślonej od Niemców, by nas scudzoziemczyć;
V     436     Mawiał: "Polskę oniemić — jest to Polskę zniemczyć".
V     437     Starzec, wiek przegwarzywszy, chciał spoczywać w gwarze;
V     438     Milczenie go budziło ze snu: tak młynarze,
V     439     Uśpieni kół tarkotem, ledwie staną osie,
V     440     Budzą się, krzycząc z trwogą: "A Słowo stało się..."
V     441     Wojski ukłonem dawał znak Podkomorzemu,
V     442     A ręką od ust lekko skinął ku Sędziemu,
V     443     Prosząc o głos; panowie na ten ukłon niemy
V     444     Odkłonili się oba, co znaczy: "prosiemy".
V     445     Wojski zagaił:

V     445             "Śmiałbym upraszać młodzieży,
V     446     Ażeby po staremu bawić u wieczerzy,
V     447     Nie milczeć i żuć: czy my ojce kapucyni?
V     448     Kto milczy między szlachtą, to właśnie tak czyni
V     449     Jako myśliwiec, który nabój rdzawi w strzelbie;
V     450     Dlatego ja rozmowność naszych przodków wielbię.
V     451     Po łowach szli do stołu, nie tylko by jadać,
V     452     Ale aby nawzajem mogli się wygadać,
V     453     Co każdy miał na sercu; nagany, pochwały
V     454     Strzelców i obławników, ogary, wystrzały
V     455     Wywoływano na plac; powstawała wrzawa,
V     456     Miła uchu myśliwców jak druga obława.
V     457     Wiem, wiem, o co wam idzie: ta czarnych trosk chmura
V     458     Pono z Robakowego wzniosła się kaptura!
V     459     Wstydzicie się swych pudeł! Niech was wstyd nie pali,
V     460     Znałem myśliwych lepszych od was, a chybiali;
V     461     Trafiać, chybiać, poprawiać — to kolej strzelecka.
V     462     Ja sam, chociaż ze strzelbą włoczę się od dziecka,
V     463     Chybiałem; chybiał sławny ów strzelec Tułoszczyk,
V     464     Nawet nie zawsze trafiał pan Rejtan nieboszczyk.
V     465     O Rejtanie opowiem później. Co się tycze
V     466     Wypuszczenia z obławy, że oba panicze
V     467     Zwierzowi jak należy kroku nie dostali,
V     468     Choć mieli oszczep w ręku, tego nikt nie chwali
V     469     Ani gani: bo zmykać, mając naboj w rurze
V     470     Znaczyło po staremu: być tchórzem nad tchórze;
V     471     Toż wystrzelić na oślep (jak to robi wielu),
V     472     Nie przypuściwszy zwierza, nie wziąwszy do celu,
V     473     Jest rzecz haniebna; ale kto dobrze wymierzy,
V     474     Kto przypuści do siebie zwierza jak należy,
V     475     Jeśli chybił, cofnąć się może bez sromoty
V     476     Albo walczyć oszczepem, lecz z własnej ochoty,
V     477     A nie z musu: gdyż oszczep strzelcom poruczony
V     478     Nie dla natarcia, ale tylko dla obrony.
V     479     Tak było po staremu: a więc mnie zawierzcie
V     480     I waszej rejterady do serca nie bierzcie,
V     481     Kochany Tadeuszku i Wielmożny Grafie!
V     482     Ilekroć zaś wspomnicie o dzisiejszym trafie,
V     483     Wspomnijcie też starego Wojskiego przestrogę:
V     484     Nigdy jeden drugiemu nie zachodzić w drogę,
V     485     Nigdy we dwóch nie strzelać do jednej źwierzyny".

V     486     Właśnie Wojski wymawiał to słowo: "źwierzyny",
V     487     Gdy Asesor półgębkiem podszepnął: "dziewczyny";
V     488     "Brawo!" krzyknęła młodzież, powstał szmer i śmiechy,
V     489     Powtarzano z kolei przestrogę Hreczechy,
V     490     Mianowicie ostatnie słowo, ci: "źwierzyny",
V     491     A drudzy, w głos śmiejąc się, krzyczeli: "dziewczyny";
V     492     Rejent szepnął: "kobiety", Asesor: "kokiety",
V     493     Utkwiwszy w Telimenie oczy jak sztylety.

V     494     Nie myślił wcale Wojski przymawiać nikomu
V     495     Ani uważał, co tam szepcą po kryjomu;
V     496     Rad bardzo, że mógł damy i młodzież rozśmieszyć,
V     497     Zwrócił się ku myśliwcom, chcąc i tych pocieszyć.
V     498     I zaczął, nalewając sobie kielich wina:

V     499     "Nadaremnie oczyma szukam Bernardyna;
V     500     Chciałbym mu opowiedzieć wypadek ciekawy,
V     501     Podobny do zdarzenia dzisiejszej obławy.
V     502     Klucznik mówił, że tylko znał jednego człeka,
V     503     Co tak celnie jak Robak mógł strzelić z daleka;
V     504     Ja zaś znałem drugiego; równie trafnym strzałem
V     505     Ocalił on dwóch panów; sam ja to widziałem,
V     506     Kiedy do nalibockich zaciągnęli lasów
V     507     Tadeusz Rejtan poseł i książę Denassow.
V     508     Nie zazdrościli sławie szlachcica panowie,
V     509     Owszem u stołu pierwsi wnieśli jego zdrowie,
V     510     Nadawali mu wielkich prezentów bez liku
V     511     I skórę zabitego dzika; o tym dziku
V     512     I o strzale powiem wam jak naoczny świadek,
V     513     Bo to był dzisiejszemu podobny przypadek,
V     514     A zdarzył się największym strzelcom za mych czasów:
V     515     Posłowi Rejtanowi i księciu Denassow".

V     516     A wtem ozwał się Sędzia nalewając czaszę:
V     517     "Piję zdrowie Robaka, Wojski, w ręce wasze!
V     518     Jeśli datkiem nie możem Kwestarza zbogacić,
V     519     Postaramy się przecież za proch mu zapłacić;
V     520     Uręczamy, że niedźwiedź zabity dziś w boru
V     521     Przez dwa lata wystarczy na kuchnię klasztoru.
V     522     Lecz skóry Księdzu nie dam; lub gwałtem zabiorę,
V     523     Albo ją mnich ustąpić musi przez pokorę,
V     524     Albo ją kupię choćby dziesiątkiem soboli.
V     525     Skórą tą rozrządzimy wedle naszej woli;
V     526     Pierwszy wieniec i sławę już wziął sługa boży,
V     527     Skórę Jaśnie Wielmożny Pan nasz Podkomorzy
V     528     Temu da, kto na drugą nagrodę zasłużył".

V     529     Podkomorzy pogładził czoło i brwi zmrużył;
V     530     Strzelcy zaczęli szemrać, każdy coś powiadał,
V     531     Tamten — jak zwierza znalazł, ten — jak ranę zadał,
V     532     Tamten psiarnię nawołał, ów zwierza nawrócił
V     533     Znowu w ostęp. Asesor z Rejentem się kłócił,
V     534     Jeden wielbiąc przymioty swojej Sanguszkówki,
V     535     Drugi bałabanowskiej swej Sagalasówki.

V     536     "Sędzio sąsiedzie — wreszcie wyrzekł Podkomorzy —
V     537     Pierwszą nagrodę słusznie zyskał sługa boży;
V     538     Lecz niełacno rozsądzić, kto jest po nim drugi,
V     539     Bo wszyscy zdają mi się mieć równe zasługi,
V     540     Wszyscy równi zręcznością, biegłością i męstwem.
V     541     Przecież dwóch dziś odznaczył los niebezpieczeństwem.
V     542     Dwaj byli niedźwiedziego najbliżsi pazura:
V     543     Tadeusz i pan Hrabia; im należy skóra.
V     544     Pan Tadeusz ustąpi (jestem tego pewny),
V     545     Jako młodszy i jako gospodarza krewny;
V     546     Więc spolija opima weźmiesz, Mości Hrabia.
V     547     Niech ten łup twą strzelecką komnatę ozdabia,
V     548     Niechaj pamiątką będzie dzisiejszej zabawy,
V     549     Godłem szczęścia łowczego, bodźcem przyszłej sławy".

V     550     Umilknął wesoł, myśląc, że Hrabię ucieszył;
V     551     Nie wiedział, jak boleśnie serce jego przeszył.
V     552     Bo Hrabia na strzeleckiej komnaty wspomnienie
V     553     Mimowolnie wzrok podniosł: a te łby jelenie,
V     554     Te gałęziste rogi, jakby las wawrzynów
V     555     Zasiany ręką ojców na wieńce dla synów,
V     556     Te rzędami portretów zdobione filary,
V     557     Ten w sklepieniu błyszczący herb Półkozic stary,
V     558     Ozwały się doń zewsząd głosami przeszłości;
V     559     Zbudził się z marzeń, wspomniał, gdzie, u kogo gości:
V     560     Dziedzic Horeszków gościem śród swych własnych progów,
V     561     Biesiadnikiem Sopliców, swych odwiecznych wrogów!
V     562     A przy tem zawiść, którą czuł dla Tadeusza,
V     563     Tym mocniej Hrabię przeciw Soplicom porusza.

V     564     Rzekł więc z gorzkim uśmiechem: "Mój domek zbyt mały
V     565     Nie ma godnego miejsca na dar tak wspaniały;
V     566     Niech lepiej niedźwiedź czeka pośród tych rogaczy,
V     567     Aż mi go Sędzia razem z zamkiem oddać raczy".

V     568     Podkomorzy, zgadując, na co się zanosi,
V     569     Zadzwonił w tabakierę złotą, o głos prosi.

V     570     "Godzieneś pochwał — rzecze — Hrabio, mój sąsiedzie,
V     571     Że dbasz o interesa nawet przy obiedzie;
V     572     Nie tak jak modni wieku twojego panicze,
V     573     Żyjący bez rachunku. Ja tuszę i życzę
V     574     Zgodą zakończyć moje sądy podkomorskie;
V     575     Dotąd jedyna trudność jest o fundum dworskie.
V     576     Mam już projekt zamiany, fundum wynagrodzić
V     577     Ziemią w sposób następny..." — Tu zaczął wywodzić
V     578     Porządnie (jak zwykł zawsze) plan przyszłej zamiany:
V     579     Już był w połowie rzeczy, gdy ruch niespodziany
V     580     Wszczął się na końcu stoła: jedni coś postrzegli,
V     581     Wskazują palcem, drudzy oczyma tam biegli,
V     582     Aż wreszcie wszystkie głowy, jak kłosy schylone
V     583     Wstecznym wiatrem, w przeciwną zwróciły się stronę,
V     584     W kąt.

V     584             Z kąta, kędy wisiał portret nieboszczyka,
V     585     Ostatniego z rodziny Horeszków, Stolnika,
V     586     Z małych drzwiczek, ukrytych pomiędzy filary
V     587     Wysunęła się cicho postać na kształt mary.
V     588     Gerwazy! Poznano go po wzroście, po licach,
V     589     Po srebrzystych na żółtej kurcie Półkozicach.
V     590     Stąpał jako słup prosto, niemy i surowy,
V     591     Nie zdjąwszy czapki, nawet nie schyliwszy głowy;
V     592     W ręku trzymał błyszczący klucz, jakby puginał,
V     593     Odemknął szafę i w niej coś kręcić zaczynał.

V     594     Stały w dwóch kątach sieni, wsparte o filary,
V     595     Dwa kurantowe, w szafach zamknięte zegary;
V     596     Dziwaki stare, dawno ze słońcem w niezgodzie,
V     597     Południe wskazywały często o zachodzie;
V     598     Gerwazy nie przybrał się machiny naprawić,
V     599     Ale bez nakręcenia nie chciał jej zostawić,
V     600     Dręczył kluczem zegary każdego wieczora;
V     601     Właśnie teraz przypadła nakręcania pora.
V     602     Gdy Podkomorzy sprawą zajmował uwagę
V     603     Stron interesowanych, on pociągnął wagę:
V     604     Zgrzytnęły wyszczerbionym zębem koła rdzawe;
V     605     Wzdrygnął się Podkomorzy i przerwał rozprawę.
V     606     "Bracie — rzekł — odłoż nieco twą pilną robotę!"
V     607     I kończył plan zamiany; lecz Klucznik na psotę
V     608     Jeszcze silniej pociągnął drugiego ciężaru;
V     609     I wnet gil, który siedział na wierzchu zegaru,
V     610     Trzepiocąc skrzydłem, zaczął ciąć kurantów nuty.
V     611     Ptak sztucznie wyrobiony, szkoda, że popsuty,
V     612     Zająkał się i piszczał, im daléj, tem gorzéj.
V     613     Goście w śmiech; musiał przerwać znowu Podkomorzy.
V     614     "Mości Kluczniku — krzyknął — lub raczej puszczyku,
V     615     Jeśli dziob twój szanujesz, dość mi tego krzyku!"

V     616     Ale Gerwazy groźbą wcale się nie strwożył,
V     617     Prawą rękę poważnie na zegar położył,
V     618     A lewą wziął się pod bok; tak oburącz wsparty,
V     619     "Podkomorzeńku! — krzyknął. — Wolne pańskie żarty.
V     620     Wróbel mniejszy niż puszczyk, a na swoich wiorach
V     621     Śmielszy jest aniżeli puszczyk w cudzych dworach:
V     622     Co klucznik, to nie puszczyk; kto w cudze poddasze
V     623     Nocą włazi, ten puszczyk, i ja go wystraszę".

V     624     "Za drzwi z nim!" — Podkomorzy krzyknął. — "Panie Hrabia! —
V     625     Zawołał Klucznik. — Widzisz Pan, co się wyrabia?
V     626     Czy nie dosyć się jeszcze Pański honor plami,
V     627     Że Pan jadasz i pijasz z temi Soplicami?
V     628     Trzebaż jeszcze, aby mnie, zamku urzędnika,
V     629     Gerwazego Rębajłę, Horeszków klucznika,
V     630     Lżyć w domu Panów moich? I Panże to zniesie?"

V     631     Wtem Protazy zawołał trzykroć: "Uciszcie się!
V     632     Na ustęp! Ja, Protazy Baltazar Brzechalski,
V     633     Dwojga imion, generał niegdyś trybunalski,
V     634     Vulgo woźny, woźneńską obdukcyją robię
V     635     I wizyją formalną, zamawiając sobie
V     636     Urodzonych tu wszystkich obecnych świadectwo
V     637     I pana Asesora wzywając na śledztwo
V     638     Z powodu Wielmożnego Sędziego Soplicy:
V     639     O inkursyją, to jest o najazd granicy,
V     640     Gwałt zamku, w którym Sędzia dotąd prawnie włada,
V     641     Czego dowodem jawnym jest, że w zamku jada".

V     642     "Brzechaczu! — wrzasnął Klucznik. — Ja cię wnet nauczę!"
V     643     I dobywszy zza pasa swe żelazne klucze,
V     644     Okręcił wkoło głowy, puścił z całej mocy;
V     645     Pęk żelaza wyleciał jako kamień z procy.
V     646     Pewnie łeb Protazemu rozbiłby na ćwierci;
V     647     Szczęściem, schylił się Woźny i wydarł się śmierci.

V     648     Porwali się z miejsc wszyscy, chwilę była głucha
V     649     Cichość, aż Sędzia krzyknął: "W dyby tego zucha!
V     650     Hola, chłopcy!" — i czeladź rzuciła się żwawo
V     651     Ciasnym przejściem pomiędzy ścianami i ławą.
V     652     Lecz Hrabia krzesłem w środku zagrodził im drogę
V     653     I na tym szańcu słabym utwierdziwszy nogę:
V     654     "Wara! — zawołał. — Sędzio! nie wolno nikomu
V     655     Krzywdzić sługę mojego w moim własnym domu;
V     656     Kto ma na starca skargę, niech mi ją przełoży".

V     657     Zyzem w oczy Hrabiemu spojrzał Podkomorzy:
V     658     "Bez waścinej pomocy ukarać potrafię
V     659     Zuchwałego szlachetkę; a Waść, Mości Grafie,
V     660     Przed dekretem ten zamek za wcześnie przywłaszczasz;
V     661     Nie Wać tu jesteś panem, nie Wać nas ugaszczasz;
V     662     Siedź cicho, jakeś siedział; jeśli siwej głowy
V     663     Nie czcisz, to szanuj pierwszy urząd powiatowy".

V     664     "Co mi? — odmruknął Hrabia. — Dość już tej gawędy!
V     665     Nudźcie drugich waszymi względy i urzędy.
V     666     Dość już głupstwa zrobiłem wdając się z Waćpaństwem
V     667     W pijatyki, które się kończą grubijaństwem.
V     668     Zdacie mi sprawę z mego honoru obrazy.
V     669     Do widzenia po trzeźwu — pódź za mną, Gerwazy!"

V     670     Nigdy się odpowiedzi takiej nie spodziewał
V     671     Podkomorzy; właśnie swój kieliszek nalewał,
V     672     Gdy zuchwalstwem Hrabiego rażony jak gromem,
V     673     Oparłszy się o kielich butlem nieruchomym,
V     674     Głowę wyciągnął na bok i ucha przyłożył,
V     675     Oczy rozwarł szeroko, usta wpół otworzył;
V     676     Milczał, lecz kielich w ręku tak potężnie cisnął,
V     677     Że szkło dźwięknąwszy pękło, płyn w oczy mu prysnął.
V     678     Rzekłbyś, że z winem ognia w duszę się nalało,
V     679     Tak oblicze spłonęło, tak oko pałało.

V     680     Zerwał się mówić, pierwsze słowo niewyraźnie
V     681     Mleł w ustach, aż przez zęby wyleciało: "Błaźnie!
V     682     Grafiątko! ja cię... Tomasz, karabelę! Ja tu
V     683     Nauczę ciebie mores, błaźnie! Daj go katu!
V     684     Względy, urzędy nudzą, uszko delikatne!
V     685     Ja cię tu zaraz po tych zauszniczkach płatnę!
V     686     Fora za drzwi! do korda! Tomasz, karabelę!"

V     687     Wtem do Podkomorzego skoczą przyjaciele;
V     688     Sędzia porwał mu rękę: "Stój Pan, to rzecz nasza,
V     689     Mnie tu naprzód wyzwano; Protazy, pałasza!
V     690     Puszczę go w taniec jako niedźwiadka na kiju".
V     691     Lecz Tadeusz Sędziego wstrzymał: "Panie Stryju,
V     692     Wielmożny Podkomorzy, czyż się Państwu godzi
V     693     Wdawać się z tym fircykiem, czy tu nie ma młodzi?
V     694     Na mnie to zdajcie, ja go należycie skarcę;
V     695     A Waszeć, panie śmiałku, co wyzywasz starce,
V     696     Obaczym, czyli jesteś tak strasznym rycerzem;
V     697     Rozprawimy się jutro, plac i broń wybierzem.
V     698     Dziś uchodź, pókiś cały!"

V     698             Dobra była rada;
V     699     Klucznik i Hrabia wpadli w obroty nie lada.
V     700     Przy wyższym końcu stoła wrzał tylko krzyk wielki,
V     701     Ale z ostrego końca latały butelki
V     702     Koło Hrabiego głowy. Strwożone kobiety
V     703     W prośby, w płacz; Telimena, krzyknąwszy: "Niestety!"
V     704     Wzniosła oczy, powstała i padła zemdlona,
V     705     I przechyliwszy szyję przez Hrabi ramiona,
V     706     Na pierś jego złożyła swe piersi łabędzie.
V     707     Hrabia, choć zagniewany, wstrzymał się w zapędzie,
V     708     Zaczął cucić, ocierać.

V     708             Tymczasem Gerwazy,
V     709     Wystawiony na stołków i butelek razy,
V     710     Już zachwiał się, już czeladź zakasawszy pięście,
V     711     Rzucała się nań zewsząd hurmem, gdy na szczęście
V     712     Zosia, widząc szturm, skoczy i litością zdjęta
V     713     Zasłania starca, na krzyż rozpiąwszy rączęta. —
V     714     Wstrzymali się;

V     714             Gerwazy z wolna ustępował,
V     715     Zniknął z oczu, szukano, gdzie się pod stół schował,
V     716     Gdy nagle z drugiej strony wyszedł jak spod ziemi,
V     717     Podniósłszy w górę ławę ramiony silnemi,
V     718     Okręcił się jak wiatrak, oczyścił pół sieni,
V     719     Wziął Hrabię i tak oba ławą zasłonieni
V     720     Cofali się ku drzwiczkom; już dochodzą progów,
V     721     Gerwazy stanął, jeszcze raz spojrzał na wrogów,
V     722     Dumał chwilę, niepewny, czy cofać się zbrojnie,
V     723     Czyli z nowym orężem szukać szczęścia w wojnie.
V     724     Obrał drugie; już ławę jak taran murowy
V     725     W tył dźwignął dla zamachu, już ugiąwszy głowy,
V     726     Z wypiętą naprzód piersią, z podniesioną nogą
V     727     Miał wpaść... ujrzał Wojskiego, uczuł w sercu trwogę.

V     728     Wojski, cicho siedzący z przymrużonem okiem,
V     729     Zdawał się pogrążony w dumaniu głębokiem;
V     730     Dopiero gdy się Hrabia z Podkomorzym skłócił
V     731     I Sędziemu pogroził, Wojski głowę zwrócił,
V     732     Zażył dwakroć tabaki i przetarł powieki.
V     733     Chociaż Wojski Sędziemu był krewny daleki,
V     734     Ale w gościnnym jego domu zamieszkały,
V     735     O zdrowie przyjaciela był niezmiernie dbały.
V     736     Przypatrywał się zatem z ciekawością walce,
V     737     Wyciągnął z lekka na stół rękę, dłoń i palce,
V     738     Położył nóż na dłoni, trzonkiem do paznokcia
V     739     Indeksu, a żelazem zwrócony do łokcia,
V     740     Potem ręką w tył nieco wychyloną kiwał,
V     741     Niby bawiąc się, lecz się w Hrabiego wpatrywał.

V     742     Sztuka rzucania nożów, straszna w ręcznej bitwie,
V     743     Już była zaniechana podówczas na Litwie,
V     744     Znajoma tylko starym; Klucznik jej probował
V     745     Nieraz w zwadach karczemnych. Wojski w niej celował,
V     746     Widać z zamachu ręki, że silnie uderzy,
V     747     A z oczu łacno zgadnąć, że w Hrabiego mierzy
V     748     (Ostatniego z Horeszków, chociaż po kądzieli).
V     749     Mniej baczni młodzi ruchów starca nie pojęli;
V     750     Gerwazy zbladnął, ławą Hrabiego zakłada,
V     751     Cofa się ku drzwiom. "Łapaj!" — krzyknęła gromada.

V     752     Jako wilk obskoczony znienacka przy ścierwie
V     753     Rzuca się oślep w zgraję, co mu ucztę przerwie,
V     754     Już goni, ma ją szarpać, wtem śród psiego wrzasku
V     755     Trzasło ciche półkorcze... wilk zna je po trzasku,
V     756     Śledzi okiem, postrzega, że z tyłu za charty
V     757     Myśliwiec wpół schylony, na kolanie wsparty,
V     758     Rurą ku niemu wije i już cyngla tyka;
V     759     Wilk uszy spuszcza, ogon podtuliwszy zmyka,
V     760     Psiarnia z tryumfującym rzuca się hałasem
V     761     I skubie go po kudłach, zwierz zwraca się czasem,
V     762     Spojrzy, klapnie paszczęką, i białych kłów zgrzytem
V     763     Ledwie pogrozi, psiarnia pierzcha ze skowytem:
V     764     Tak i Gerwazy z groźną cofał się postawą,
V     765     Wstrzymując napastników oczyma i ławą,
V     766     Aż razem z Hrabią wpadli w głąb ciemnej framugi.

V     767     "Łapaj!" — krzykniono znowu; tryumf był niedługi:
V     768     Bo nad głowami tłumu Klucznik niespodzianie
V     769     Ukazał się na chorze przy starym organie
V     770     I z trzaskiem jął wyrywać ołowiane rury.
V     771     Wielką by klęskę zadał, uderzając z góry.
V     772     Ale już goście tłumnie wychodzili z sieni,
V     773     Nie śmieli kroku dostać słudzy potrwożeni
V     774     I chwytając naczynia w ślad panów uciekli,
V     775     Nawet nakrycia z częścią sprzętów się wyrzekli.

V     776     Któż ostatni, nie dbając na groźby i razy,
V     777     Ustąpił z placu bitwy? — Brzechalski Protazy.
V     778     On, za krzesłem Sędziego stojąc niewzruszenie,
V     779     Ciągnął woźnieńskim głosem swoje oświadczenie,
V     780     Aż skończył i z pustego zszedł pobojowiska,
V     781     Kędy zostały trupy, ranni i zwaliska.

V     782     W ludziach straty nie było; ale wszystkie ławy
V     783     Miały zwichnione nogi, stół także kulawy,
V     784     Obnażony z obrusa, poległ na talerzach
V     785     Zlanych winem, jak rycerz na krwawych puklerzach,
V     786     Między licznemi kurcząt i jendyków ciały,
V     787     W których piersi widelce świeżo wbite tkwiały.

V     788     Po chwili w Horeszkowskim samotnym budynku
V     789     Wszystko do zwyczajnego wracało spoczynku.
V     790     Mrok zgęstniał; reszty pańskiej wspaniałej biesiady
V     791     Leżą, podobne uczcie nocnej, gdzie na Dziady
V     792     Zgromadzać się zaklęte mają nieboszczyki.
V     793     Już na poddaszu trzykroć krzyknęły puszczyki
V     794     Jak guślarze; zdają się witać wschód miesiąca,
V     795     Którego postać oknem spadła na stół, drżąca
V     796     Niby dusza czyscowa; z podziemu, przez dziury
V     797     Wyskakiwały na kształt potępieńców szczury...
V     798     Gryzą, piją; czasami w kącie zapomniana
V     799     Puknie na toast duchom butelka szampana.

V     800     Ale na drugiem piętrze, w izbie, którą zwano,
V     801     Choć była bez zwierciadeł, izbą zwierciadlaną,
V     802     Stał Hrabia na krużganku zwróconym ku bramie;
V     803     Chłodził się wiatrem, surdut wdział na jedno ramię,
V     804     Drugi rękaw i poły u szyi sfałdował
V     805     I pierś surdutem, jakby płaszczem, udrapował.
V     806     Gerwazy chodził kroki wielkiemi po sali;
V     807     Obadwa zamyśleni, do siebie gadali:
V     808     "Pistolety — rzekł Hrabia — lub gdy chcą, pałasze".
V     809     "Zamek — rzekł Klucznik — i wieś, oboje to nasze".
V     810     "Stryja, synowca — wołał Hrabia — całe plemię
V     811     Wyzywaj!" — "Zamek — wołał Klucznik — wieś i ziemie
V     812     Zabieraj Pan!" To mówiąc zwrócił się do Hrabi:
V     813     "Jeśli Pan chce mieć pokój, niech wszystko zagrabi.
V     814     Po co proces, Mopanku! Sprawa jak dzień czysta:
V     815     Zamek w ręku Horeszków był przez lat czterysta;
V     816     Część gruntów oderwano w czasie Targowicy
V     817     I, jak Pan wie, oddano władaniu Soplicy.
V     818     Nie tylko tę część, wszystko zabrać im należy
V     819     Za koszta procesowe, za karę grabieży.
V     820     Mówiłem Panu zawsze: procesów zaniechać,
V     821     Mówiłem Panu zawsze: najechać, zajechać!
V     822     Tak było po dawnemu: kto raz grunt posiądzie,
V     823     Ten dziedzic; wygraj w polu, a wygrasz i w sądzie.
V     824     Co się tycze dawniejszych z Soplicami sprzéczek,
V     825     Jest na to od procesu lepszy Scyzoryczek;
V     826     A jeśli Maciej w pomoc da mi swą Rózeczkę,
V     827     To my we dwóch Sopliców tych porzniem na sieczkę".

V     828     "Brawo! — rzekł Hrabia. — Plan twój gotycko-sarmacki
V     829     Podoba się mi lepiej niż spór adwokacki.
V     830     Wiesz co? Na całej Litwie narobim hałasu
V     831     Wyprawą niesłychaną od dawnego czasu.
V     832     I sami się zabawim. Dwa lata tu siedzę,
V     833     Jakąż bitwę widziałem? z chłopami o miedzę.
V     834     Nasza wyprawa przecież krwi rozlanie wróży;
V     835     Odbyłem taką jedną w czasie mych podróży.
V     836     Gdym w Sycyliji bawił u pewnego księcia,
V     837     Rozbójnicy porwali w górach jego zięcia
V     838     I okupu od krewnych żądali zuchwale;
V     839     My, zebrawszy naprędce sługi i wasale,
V     840     Wpadliśmy; ja dwóch zbojców ręką mą zabiłem,
V     841     Pierwszy wleciałem w tabor, więźnia uwolniłem.
V     842     Ach, mój Gerwazy! jaki to był tryumfalny,
V     843     Jaki piękny nasz powrót, rycersko-feudalny!
V     844     Lud z kwiatami spotykał nas — córka książęcia,
V     845     Wdzięczna zbawcy, ze łzami wpadła w me objęcia.
V     846     Gdym przybył do Palermo, wiedziano z gazety,
V     847     Palcami wskazywały mię wszystkie kobiety.
V     848     Nawet wydrukowano o całem zdarzeniu
V     849     Romans, gdzie wymieniony jestem po imieniu.
V     850     Romans ma tytuł: Hrabia, czyli tajemnice
V     851     Zamku Birbante-rokka. Czy są tu ciemnice
V     852     W tym zamku?" — "Są — rzekł Klucznik — ogromne piwnice,
V     853     Ale puste! Bo wino wypili Soplice".
V     854     "Dżokejów — dodał Hrabia — uzbroić we dworze,
V     855     Z włości wezwać wasalów!"
V     855             "Lokajów? broń Boże! —
V     856     Przerwał Gerwazy. — Czy to zajazd jest hultajstwem?
V     857     Kto widział zajazd robić z chłopstwem i z lokajstwem?
V     858     Mój Panie, na zajazdach nie znacie się wcale;
V     859     Wąsalów — co innego, zdadzą się wąsale.
V     860     Nie we włości ich szukać, ale po zaściankach:
V     861     W Dobrzynie, w Rzezikowie, w Ciętyczach, w Rąbankach;
V     862     Szlachta odwieczna, w której krew rycerska płynie;
V     863     Wszyscy przychylni panów Horeszków rodzinie,
V     864     Wszyscy nieprzyjaciele zabici Sopliców!
V     865     Stamtąd zbiorę ze trzystu wąsatych szlachciców;
V     866     To rzecz moja. Pan niechaj do pałacu wraca
V     867     I wyśpi się, bo jutro będzie wielka praca;
V     868     Pan spać lubi, już późno, drugi kur już pieje;
V     869     Ja tu będę pilnować zamku, aż rozdnieje,
V     870     A ze słoneczkiem stanę w Dobrzyńskim zaścianku".

V     871     Na te słowa pan Hrabia ustąpił z krużganku;
V     872     Ale nim odszedł, spójrzał przez otwór strzelnicy
V     873     I widząc świateł mnóstwo w domostwie Soplicy:
V     874     "Iluminujcie! — krzyknął. — Jutro o tej porze
V     875     Będzie jasno w tym zamku, ciemno w waszym dworze!"

V     876     Gerwazy siadł na ziemi, oparł się o ścianę
V     877     I pochylił ku piersiom czoło zadumane;
V     878     Światłość miesięczna padła na wierzch głowy łysy,
V     879     Gerwazy po nim kryślił palcem różne rysy;
V     880     Widać, że przyszłych wypraw snuł plany wojenne.
V     881     Ciężą mu coraz bardziej powieki brzemienne,
V     882     Bezwładną kiwnął szyją, czuł, że go sen bierze;
V     883     Zaczął wedle zwyczaju wieczorne pacierze.
V     884     Lecz między Ojczenaszem i Zdrowaś Maryją
V     885     Dziwne stanęły mary, tłoczą się i wiją:
V     886     Klucznik widzi Horeszki, swoje dawne pany,
V     887     Ci niosą karabele, drudzy buzdygany,
V     888     Każdy groźnie spoziera i pokręca wąsa,
V     889     Składa się karabelą, buzdyganem wstrząsa —
V     890     Za nimi jeden cichy, posępny cień mignął,
V     891     Z krwawą na piersi plamą. Gerwazy się wzdrygnął,
V     892     Poznał Stolnika; zaczął wkoło siebie żegnać
V     893     I ażeby tym pewniej straszne sny rozegnać,
V     894     Odmawiał litaniją o czyscowych duszach.

V     895     Znowu wzrok mu skleił się, zadzwoniło w uszach —
V     896     Widzi tłum szlachty konnej, błyszczą karabele:
V     897     Zajazd! zajazd Korelicz, i Rymsza na czele!
V     898     I ogląda sam siebie, jak na koniu siwym,
V     899     Z podniesionym nad głową rapierem straszliwym
V     900     Leci; rozpięta na wiatr szumi taratatka,
V     901     Z lewego ucha spadła w tył konfederatka;
V     902     Leci, jezdnych i pieszych po drodze obala
V     903     I na koniec Soplicę w stodole podpala —

V     904     Wtem ciężka marzeniami na pierś spadła głowa
V     905     I tak usnął ostatni Klucznik Horeszkowa.

VI            KSIĘGA SZÓSTA
VI            ZAŚCIANEK
VI            TREŚĆ:
VI            Pierwsze ruchy wojenne zajazdu — Wyprawa Protazego — Robak z panem Sędzią radzą o rzeczy publicznej — Dalszy ciąg wyprawy Protazego, bezskutecznej — Ustęp o konopiach — Zaścianek szlachecki Dobrzyn — Opisanie domostwa i osoby Maćka Dobrzyńskiego.

VI      1     Nieznacznie z wilgotnego wykradał się mroku
VI      2     Świt bez rumieńca, wiodąc dzień bez światła w oku.
VI      3     Dawno wszedł dzień, a jeszcze ledwie jest widomy.
VI      4     Mgła wisiała nad ziemią, jak strzecha ze słomy
VI      5     Nad ubogą Litwina chatką; w stronie wschodu
VI      6     Widać z bielszego nieco na niebie obwodu,
VI      7     Że słońce wstało, tędy ma zstąpić na ziemię,
VI      8     Lecz idzie niewesoło i po drodze drzemie.

VI      9     Za przykładem niebieskim wszystko się spóźniło
VI     10     Na ziemi; bydło późno na paszę ruszyło
VI     11     I zdybało zające przy późnem śniadaniu;
VI     12     One zwykły do gajów wracać o świtaniu,
VI     13     Dziś, okryte tumanem, te mokrzycę chrupią,
VI     14     Te, jamki w roli kopiąc, parami się kupią
VI     15     I na wolnem powietrzu myślą użyć wczasu;
VI     16     Ale przed bydłem muszą powracać do lasu.

VI     17     I w lasach cisza. Ptaszek zbudzony nie śpiewa,
VI     18     Otrząsnął pierze z rosy, tuli się do drzewa,
VI     19     Głowę wciska w ramiona, oczy znowu mruży
VI     20     I czeka słońca. Kędyś u brzegów kałuży
VI     21     Klekce bocian; na kopach siedzą wrony zmokłe,
VI     22     Rozdziawiwszy się ciągną gawędy rozwlokłe,
VI     23     Obrzydłe gospodarzom jako wróżby słoty.
VI     24     Gospodarze już dawno wyszli do roboty.

VI     25     Już zaczęły żniwiarki swą piosnkę zwyczajną,
VI     26     Jak dzień słotny ponurą, tęskną, jednostajną,
VI     27     Tem smutniejszą, że dźwięk jej w mgłę bez echa wsiąka;
VI     28     Chrząsnęły sierpy w zbożu, ozwała się łąka,
VI     29     Rząd kosiarzy otawę siekących wciąż brząka,
VI     30     Pogwizdując piosenkę; z końcem każdej zwrotki
VI     31     Stają, ostrzą żelezca i w takt kują w młotki.
VI     32     Ludzi we mgle nie widać, tylko sierpy, kosy
VI     33     I pieśni brzmią jak muzyk niewidzialnych głosy.

VI     34     W środku na snopie zboża ekonom usiadłszy,
VI     35     Nudzi się, kręci głową, roboty nie patrzy,
VI     36     Pogląda na gościniec, na drogi rozstajne,
VI     37     Kędy działy się jakieś rzeczy nadzwyczajne.

VI     38     Na gościńcu i drogach od samego ranka
VI     39     Panuje ruch niezwykły; stąd chłopska furmanka
VI     40     Skrzypi, lecąc jak poczta, stąd szlachecka bryka
VI     41     Czwałem tarkocze, drugą i trzecią spotyka;
VI     42     Z lewej drogi posłaniec jak kuryjer goni,
VI     43     Z prawej przebiegło w zawód kilkanaście koni,
VI     44     Wszyscy spieszą, ku różnym kierują się stronom.
VI     45     Co to ma znaczyć? Powstał ze snopa ekonom,
VI     46     Chciał przypatrzyć się, spytać; długo stał nad drogą,
VI     47     Daremnie wołał, nie mógł zatrzymać nikogo
VI     48     Ni poznać we mgle. Jezdni migają jak duchy,
VI     49     Tylko słychać raz po raz tętent kopyt głuchy
VI     50     I, co dziwniejsza jeszcze, szczękanie pałaszy:
VI     51     Bardzo to ekonoma i cieszy, i straszy.
VI     52     Bo choć na Litwie było naonczas spokojnie,
VI     53     Dawno już wieści głuche biegały o wojnie,
VI     54     O Francuzach, Dąbrowskim, o Napoleonie.
VI     55     Miałyżby wojnę wróżyć ci jezdzcy? te bronie?
VI     56     Ekonom pobiegł wszystko Sędziemu powiedzieć,
VI     57     Spodziewając się i sam czegoś się dowiedzieć.

VI     58     W Soplicowie domowi i goście, po kłótni
VI     59     Wczorajszej wstali z siebie nieradzi i smutni.
VI     60     Próżno Wojszczanka damy na kabałę sprasza,
VI     61     Mężczyznom próżno karty dają do mariasza:
VI     62     Nie chcą bawić się ni grać, siedzą cicho w kątkach,
VI     63     Mężczyźni palą lulki, kobiety przy prątkach;
VI     64     Nawet śpią muchy.

VI     64             Wojski, rzuciwszy łopatkę,
VI     65     Znudzony ciszą, idzie pomiędzy czeladkę.
VI     66     Woli w kuchennej słuchać ochmistrzyni krzyków,
VI     67     Groźb i razów kucharza, hałasu kuchcików;
VI     68     Aż go powoli wprawił w przyjemne marzenie
VI     69     Ruch jednostajny rożnów kręcących pieczenie.

VI     70     Sędzia od rana pisał, zamknąwszy się w izbie,
VI     71     Woźny od rana czekał pod oknem na przyzbie;
VI     72     Sędzia, skończywszy pozew, Protazego wzywa,
VI     73     Skargę przeciw Hrabiemu głośno odczytywa:
VI     74     O skrzywdzenie honoru, zelżywe wyrazy,
VI     75     Zaś przeciw Gerwazemu o gwałty i razy;
VI     76     Obudwu o przechwałki, o koszta z powodu
VI     77     Procesu — ciągnie w rejestr taktowy do grodu.
VI     78     Pozew dziś trzeba wręczyć ustnie, oczywisto,
VI     79     Nim zajdzie słońce. Woźny z miną uroczystą
VI     80     Wyciągnął słuch i rękę, skoro pozew zoczył;
VI     81     Stał poważnie, a rad by z radości podskoczył.
VI     82     Na samą myśl procesu czuł, że się odmłodził:
VI     83     Wspomniał na dawne lata, gdy z pozwami chodził
VI     84     Po guzy, ale razem po zapłaty hojne.
VI     85     Tak żołnierz, który strawił życie tocząc wojnę,
VI     86     A na starość w szpitalach spoczywa kaleki,
VI     87     Skoro usłyszy trąbę lub bęben daleki,
VI     88     Chwyta się z łoża, krzyczy przez sen: "Bij Moskala!"
VI     89     I na drewnianej nodze skacze ze szpitala
VI     90     Tak prędko, że go ledwie może złowić młodzież.

VI     91     Protazy śpieszył włożyć swą woźnieńską odzież.
VI     92     Przecież żupana ani kontusza nie kładzie,
VI     93     One służą ku wielkiej sądowej paradzie;
VI     94     Na podróż ma strój inny: szerokie rajtuzy
VI     95     I kurtę, której poły, podpięte na guzy,
VI     96     Można zakasać albo spuścić na kolana;
VI     97     Czapka z uszami, sznurkiem u wierzchu związana,
VI     98     Wznosi się na pogodę, spuszcza się przed słotą.
VI     99     Tak ubrany, wziął pałkę i ruszył piechotą.
VI    100     Bo woźni przed procesem, jak szpiegi przed bojem,
VI    101     Muszą kryć się pod różną postacią i strojem.

VI    102     Dobrze zrobił Protazy, że w drogę pospieszył,
VI    103     Bo niedługo by swoim pozwem się nacieszył.
VI    104     W Soplicowie zmieniano kampaniji plany.
VI    105     Do Sędziego wpadł nagle Robak zadumany
VI    106     I rzekł: "Sędzio, to bieda nam z tą panią ciotką,
VI    107     Z tą panią Telimeną, kokietką i trzpiotką!
VI    108     Kiedy Zosia została dzieckiem w biednym stanie,
VI    109     Jacek ją Telimenie dał na wychowanie,
VI    110     Słysząc, że jest osoba dobra, świat znająca,
VI    111     A postrzegam, że ona coś tu nam zamąca,
VI    112     Intryguje i pono Tadeuszka wabi;
VI    113     Śledzę ją; albo może bierze się do Hrabi,
VI    114     Może do obu razem. Obmyślmy więc środki,
VI    115     Jak się jej pozbyć, bo stąd mogą urość plotki,
VI    116     Zły przykład i pomiędzy młokosami zwady,
VI    117     Które mogą pomieszać twe prawne układy".
VI    118     "Układy? — krzyknął Sędzia z niezwykłym zapałem —
VI    119     Z układów kwita, już je skończyłem, zerwałem".
VI    120     "A to co? — przerwał Robak. — Gdzie rozum? gdzie głowa?
VI    121     Co tu mi Wasze bajasz? jaka burda nowa?"
VI    122     "Nie z mej winy — rzekł Sędzia. — Proces to wyjaśni:
VI    123     Hrabia, pyszałek, głupiec, był przyczyną waśni,
VI    124     I Gerwazy łotr; lecz to do sądu należy.
VI    125     Szkoda, żeś nie był, Księże, w zamku na wieczerzy,
VI    126     Poświadczyłbyś, jak Hrabia srodze mnie obraził".
VI    127     "Po coś Waść — krzyknął Robak — do tych ruin łaził?
VI    128     Wiesz, jak zamku nie cierpię; odtąd moja noga
VI    129     Tam nie postanie. Znowu kłótnia! kara Boga!
VI    130     Jakże tam było? powiedz; trzeba tę rzecz zatrzeć.
VI    131     Już mię znudziło wreszcie na tyle głupstw patrzeć.
VI    132     Ważniejsze ja mam sprawy niż godzić pieniaczy,
VI    133     Ale jeszcze raz zgodzę".
VI    133             "Zgodzić? Cóż to znaczy!
VI    134     A idźże mi Waść wreszcie z tą zgodą do licha! —
VI    135     Przerwał Sędzia, tupnąwszy nogą. — Patrzcie mnicha!
VI    136     Że go przyjmuję grzecznie, chce mnie za nos wodzić.
VI    137     Wiedz Wasze, że Soplice nie zwykli się godzić;
VI    138     Gdy pozwą, muszą wygrać: nieraz w ich imieniu
VI    139     Trwał proces, aż wygrali w szóstym pokoleniu.
VI    140     Dosyć zrobiłem głupstwa, z porady Waszeci,
VI    141     Zwołując podkomorskie sądy po raz trzeci.
VI    142     Od dzisiaj nie ma zgody; nie ma, nie ma, nie ma!
VI    143     (I krzycząc chodził, tupał nogami obiema).
VI    144     Prócz tego za wczorajszy niegrzeczny uczynek
VI    145     Musi mnie deprekować, albo pojedynek!"

VI    146     "Ale, Sędzio, cóż będzie, jak się Jacek dowie?
VI    147     Wszak on umrze z rozpaczy! Czyliż Soplicowie
VI    148     Nie nabroili jeszcze w tym zamku dość złego!
VI    149     Bracie! wspominać nie chcę wypadku strasznego.
VI    150     Wiesz także, że część gruntów od zamku dziedzica
VI    151     Zabrała i Soplicom dała Targowica.
VI    152     Jacek za grzech żałując, musiał był ślubować
VI    153     Pod absolucją dobra te restytuować.
VI    154     Wziął więc Zosię, Horeszków dziedziczkę ubogą,
VI    155     Hodować, wychowanie jej opłacał drogo.
VI    156     Chciał ją Tadeuszkowi swojemu wyswatać
VI    157     I tak dwa poróżnione domy znowu zbratać,
VI    158     I dziedziczce bez wstydu ustąpić grabieży".
VI    159     "Lecz cóż to? — krzyknął Sędzia — co do mnie należy?
VI    160     Ja się nie znałem, nawet nie widziałem z Jackiem;
VI    161     Ledwiem słyszał o jego życiu hajdamackiem,
VI    162     Siedząc wtenczas retorem w jezuickiej szkole,
VI    163     Potem u wojewody służąc za pacholę.
VI    164     Dano mi dobra, wziąłem; kazał przyjąć Zosię,
VI    165     Przyjąłem, hodowałem, myślę o jej losie.
VI    166     Dość mnie nudzi ta cała historyja babia!
VI    167     A potem, czegoż jeszcze wlazł mi tu ten Hrabia?
VI    168     Z jakim prawem do zamku? Wszak wiesz, przyjacielu,
VI    169     On Horeszkom dziesiąta woda na kisielu!
VI    170     I ma mnie lżyć? a ja go zapraszać do zgody!"

VI    171     "Bracie! — rzekł ksiądz — ważne są do tego powody.
VI    172     Pamiętasz, że Jacek chciał do wojska słać syna,
VI    173     Potem w Litwie zostawił: cóż w tym za przyczyna?
VI    174     Oto w domu Ojczyznie potrzebniejszy będzie.
VI    175     Słyszałeś pewnie, o czem już gadają wszędzie,
VI    176     O czem ja wiadomostki przynosiłem nieraz:
VI    177     Teraz czas już powiedzieć wszystko, czas już teraz!
VI    178     Ważne rzeczy, mój bracie! Wojna tuż nad nami!
VI    179     Wojna o Polskę! bracie! Będziem Polakami!
VI    180     Wojna niechybna! Kiedy z poselstwem tajemnem
VI    181     Tu biegłem, wojsk forpoczty już stały nad Niemnem;
VI    182     Napoleon już zbiera armiję ogromną,
VI    183     Jakiej człowiek nie widział i dzieje nie pomną;
VI    184     Obok Francuzów ciągnie polskie wojsko całe,
VI    185     Nasz Józef, nasz Dąbrowski, nasze orły białe!
VI    186     Już są w drodze, na pierwszy znak Napoleona
VI    187     Przejdą Niemen i — bracie! Ojczyzna wskrzeszona!"

VI    188     Sędzia, słuchając, z wolna okulary składał
VI    189     I wpatrując się mocno w Księdza, nic nie gadał,
VI    190     Westchnął głęboko, w oczach łzy się zakręciły...
VI    191     Wreszcie porwał za szyję Księdza z całej siły:
VI    192     "Mój Robaku! — wołając — czy to tylko prawda?
VI    193     Mój Robaku! — powtarzał — czy to tylko prawda?
VI    194     Ileż razy zwodzono! Pamiętasz? gadali:
VI    195     Napoleon już idzie! i my już czekali!
VI    196     Gadano: już w Koronie, już Prusaka pobił,
VI    197     Wkracza do nas! A on — co? Pokój w Tylży zrobił!
VI    198     Czy tylko prawda? Czy ty nie zwodzisz sam siebie?"
VI    199     "Prawda — zawołał Robak — jak Pan Bóg na niebie!"
VI    200     "Błogosławioneż niechaj będą usta, które
VI    201     To zwiastują! — rzekł Sędzia wznosząc ręce w górę. —
VI    202     Nie pożałujesz twego poselstwa, Robaku,
VI    203     Nie pożałuje klasztor; dwieście owiec z braku
VI    204     Daję na klasztor. Księże, tyś się wczoraj palił
VI    205     Do mojego kasztanka i gniadosza chwalił,
VI    206     Dziś zaraz w twym kwestarskim wozie pójdą oba;
VI    207     Dziś proś mnie, o co zechcesz, co ci się podoba,
VI    208     Nie odmówię! Lecz o tym interesie całym
VI    209     Z Hrabią, daj pokój; skrzywdził mnie, już zapozwałem,
VI    210     Czyż wypada..."

VI    210             Załamał ręce Ksiądz zdziwiony.
VI    211     Wlepiwszy oczy w Sędzię, ruszywszy ramiony,
VI    212     Rzekł: "To gdy Napoleon wolność Litwie niesie,
VI    213     Gdy świat drży cały, to ty myślisz o procesie?
VI    214     I jeszcze po tem wszystkim, com tobie powiedział,
VI    215     Będziesz spokojnie, ręce założywszy, siedział,
VI    216     Gdy działać trzeba!"

VI    216             — "Działać? Cóż?" — Sędzia zapytał.
VI    217     "Jeszcześ — rzekł Robak — z oczu moich nie wyczytał?
VI    218     Jeszcze serce nic tobie nie gada? Ach, bracie!
VI    219     Jeśli Soplicowskiej krwi kroplę w żyłach macie,
VI    220     Uważ tylko: Francuzi uderzają z przodu?...
VI    221     A gdyby z tyłu zrobić powstanie narodu?
VI    222     Co myślisz? Niech no Pogoń zarży, niech na Żmudzi
VI    223     Niedźwiedź ryknie! Ach, gdyby jakie tysiąc ludzi,
VI    224     Gdyby choć pięćset z tyłu na Moskwę natarło,
VI    225     Powstanie jako pożar wkoło rozpostarło,
VI    226     Gdybyśmy my, nabrawszy Moskwie harmat, znaków,
VI    227     Zwycięzcy szli powitać wybawców rodaków?
VI    228     Ciągniemy! Napoleon widząc nasze lance
VI    229     Pyta: «Co to za wojsko?» My krzyczym: «Powstańce,
VI    230     Najjaśniejszy Cesarzu! Litwa ochotnicy!»
VI    231     Pyta: «Pod czyją wodzą?» — «Sędziego Soplicy!»
VI    232     Ach, któż by potem pisnąć śmiał o Targowicy?
VI    233     Bracie, póki Ponarom stać, Niemnowi płynąć,
VI    234     Póty w Litwie Sopliców imieniowi słynąć;
VI    235     Wnuków, prawnuków będzie Jagiełłów stolica
VI    236     Wskazywać palcem, mówiąc: oto jest Soplica,
VI    237     Z tych Sopliców, co pierwsi zrobili powstanie!"

VI    238     A na to Sędzia: "Mniejsza o ludzkie gadanie;
VI    239     Nigdy nie dbałem bardzo o pochwały świata,
VI    240     Bóg świadkiem, żem nie winien grzechów mego brata;
VI    241     W politykę jam nigdy bardzo się nie wdawał,
VI    242     Urzędując i orząc mojej ziemi kawał;
VI    243     Lecz jestem szlachcic, rad bym plamę domu zmazać,
VI    244     Jestem Polak, dla kraju rad bym coś dokazać,
VI    245     Choć duszę oddać. W szable nie byłem zbyt tęgi,
VI    246     Wszakże bierali ludzie i ode mnie cięgi;
VI    247     Wie świat, że w czasie polskich ostatnich sejmików
VI    248     Wyzwałem i zraniłem dwoch braci Buzwików,
VI    249     Którzy... Ale to mniejsza. Jakże Wasze myśli?
VI    250     Czy potrzeba, żebyśmy zaraz w pole wyszli?
VI    251     Strzelców zebrać — rzecz łatwa; prochu mam dostatek,
VI    252     W plebaniji u księdza jest kilka armatek;
VI    253     Przypominam, iż Jankiel mówił, iż u siebie
VI    254     Ma groty do lanc, że je mogę wziąć w potrzebie;
VI    255     Te groty przywiózł w pakach gotowych z Królewca
VI    256     Pod sekretem; weźmiem je, zaraz zrobim drzewca,
VI    257     Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,
VI    258     Ja z synowcem na czele i? — jakoś to będzie!"

VI    259     "O polska krwi!" — zawołał Bernardyn wzruszony,
VI    260     Z otwartemi skoczywszy na Sędzię ramiony. —
VI    261     "Prawe dziecię Sopliców! Tobie Bóg przeznacza
VI    262     Oczyścić grzechy brata twojego, tułacza;
VI    263     Zawszem ciebie szanował, ale od tej chwili
VI    264     Kocham cię, jak gdybyśmy bracią sobie byli!
VI    265     Przygotujemy wszystko, lecz wyjść nie czas jeszcze;
VI    266     Ja sam wyznaczę miejsce i czas wam obwieszczę.
VI    267     Wiem, że car wysłał gońców do Napoleona
VI    268     Prosić o pokój; wojna nie jest ogłoszona;
VI    269     Lecz książę Józef słyszał od pana Biniona,
VI    270     Francuza; co należy do cesarskiej rady,
VI    271     Że się na niczem skończą wszystkie te układy,
VI    272     Że będzie wojna. Książę wysłał mnie na zwiady
VI    273     Z rozkazem, żeby byli Litwini gotowi
VI    274     Dowieść przychodzącemu Napoleonowi,
VI    275     Że chcą złączyć się znowu z siostrą swą, Koroną,
VI    276     I żądają, ażeby Polskę przywrócono.
VI    277     Tymczasem bracie, z Hrabią trzeba przyjść do zgody;
VI    278     Jest to dziwak, fantastyk trochę, ale młody,
VI    279     Poczciwy, dobry Polak; potrzebny nam taki;
VI    280     W rewolucyjach bardzo potrzebne dziwaki,
VI    281     Wiem z doświadczenia; nawet głupi się przydadzą,
VI    282     Byle tylko poczciwi i pod mądrych władzą.
VI    283     Hrabia pan, ma u szlachty wielkie zachowanie;
VI    284     Cały powiat ruszy się, jeźli on powstanie;
VI    285     Znając jego majątek, każdy szlachcic powie:
VI    286     Musi to być rzecz pewna, gdy z nią są panowie.
VI    287     Biegę do niego zaraz".

VI    287             "Niech się pierwszy zgłosi —
VI    288     Rzekł Sędzia — niech przyjedzie tu, niech mnie przeprosi;
VI    289     Wszak jestem starszy wiekiem, jestem na urzędzie!
VI    290     Co się tycze procesu, sąd arbitrów będzie..."
VI    291     Bernardyn trzasnął drzwiami. "No, szczęśliwa droga!" —
VI    292     Rzekł Sędzia.

VI    292     Ksiądz wpadł w powóz stojący u proga,
VI    293     Tnie biczem konie, łechce lejcami po bokach;
VI    294     Furknęła kałamaszka, ginie w mgły obłokach,
VI    295     Tylko kiedy niekiedy kaptur mnicha bury
VI    296     Wznosi się nad tumany jako sęp nad chmury.

VI    297     Woźny już dawniej wyszedł ku domowi Hrabi.
VI    298     Jak lis bywalec, gdy go woń słoniny wabi,
VI    299     Bieży ku niej, a strzelców zna fortele skryte,
VI    300     Bieży, staje, przysiada coraz, wznosi kitę
VI    301     I wiatr nią jak wachlarzem ku swym nozdrzom tuli,
VI    302     Pyta wiatru, czy strzelcy jadła nie zatruli:
VI    303     Protazy zeszedł z drogi i wzdłuż sianożęci
VI    304     Krąży około domu: pałkę w ręku kręci,
VI    305     Udaje, że obaczył kędyś bydło w szkodzie;
VI    306     Tak zręcznie lawirując stanął przy ogrodzie;
VI    307     Schylił się, bieży, rzekłbyś, iż derkacza tropi,
VI    308     Aż nagle skoczył przez płot i wpadł do konopi.

VI    309     W tej zielonej, pachnącej i gęstej krzewinie,
VI    310     Koło domu, jest pewny przytułek zwierzynie
VI    311     I ludziom. Nieraz zając zdybany w kapuście
VI    312     Skacze skryć się w konopiach bezpieczniej niż w chruście,
VI    313     Bo go dla gęstwi ziela ani chart nie zgoni,
VI    314     Ani ogar wywietrzy dla zbyt tęgiej woni.
VI    315     W konopiach człowiek dworski, uchodząc kańczuka
VI    316     Lub pięści, siedzi cicho, aż się pan wyfuka.
VI    317     I nawet często zbiegli od rekruta chłopi,
VI    318     Gdy ich rząd śledzi w lasach, siedzą śród konopi.
VI    319     I stąd to w czasie bitew, zajazdów, tradowań
VI    320     Obie strony nie szczędzą wielkich usiłowań,
VI    321     Ażeby stanowisko zająć konopiane,
VI    322     Które z przodu ciągnie się aż pod dworską ścianę,
VI    323     A z tyłu, pospolicie stykając się z chmielem,
VI    324     Kryje atak i odwrót przed nieprzyjacielem.

VI    325     Protazy, choć człek śmiały, uczuł nieco strachu,
VI    326     Bo przypomniał z samego rośliny zapachu
VI    327     Różne swoje dawniejsze woźnieńskie przypadki,
VI    328     Jedne po drugich, biorąc konopie na świadki:
VI    329     Jako raz zapozwany szlachcic z Telsz, Dzindolet,
VI    330     Rozkazał mu, oparłszy o piersi pistolet,
VI    331     Wleźć pod stół i ów pozew psim głosem odszczekać,
VI    332     Że Woźny musiał co tchu w konopie uciekać.
VI    333     Jak później Wołodkowicz, pan dumny, zuchwały,
VI    334     Co rozpędzał sejmiki, gwałcił trybunały,
VI    335     Przyjąwszy urzędowy pozew, zdarł na sztuki
VI    336     I postawiwszy przy drzwiach z kijami hajduki,
VI    337     Sam nad Woźnego głową trzymał goły rapier,
VI    338     Krzycząc: "Albo cię zetnę, albo zjedz twój papier!"
VI    339     Woźny niby jeść zaczął, jak człowiek roztropny,
VI    340     Aż skradłszy się do okna, wpadł w ogród konopny.

VI    341     Wprawdzie już wtenczas w Litwie nie było zwyczajem
VI    342     Opędzać się od pozwów szablą lub nahajem
VI    343     I ledwie woźny czasem usłyszał łajanie,
VI    344     Ale Protazy o tej obyczajów zmianie
VI    345     Wiedzieć nie mógł, bo dawno już pozwów nie naszał.
VI    346     Choć zawsze gotów, choć się Sędziemu sam wpraszał,
VI    347     Sędzia dotąd, przez winny wzgląd na lata stare,
VI    348     Odmawiał jego prośbom; dziś przyjął ofiarę
VI    349     Dla naglącej potrzeby.

VI    349             Woźny patrzy, czuwa —
VI    350     Cicho wszędzie — w konopie z wolna ręce wsuwa
VI    351     I rozchylając gęstwę badylów, w jarzynie
VI    352     Jako rybak pod wodą nurkujący płynie;
VI    353     Wzniósł głowę — cicho wszędzie — do okien się skrada —
VI    354     Cicho wszędzie — przez okna głąb pałacu bada —
VI    355     Pusto wszędzie. — Na ganek wchodzi nie bez strachu,
VI    356     Odmyka klamkę — pusto jak w zaklętym gmachu;
VI    357     Dobywa pozew, czyta głośno oświadczenie.
VI    358     A wtem usłyszał turkot, uczuł serca drżenie,
VI    359     Chciał uciec, gdy ode drzwi zaszła mu osoba —
VI    360     Szczęściem znajoma! Robak! Zdziwili się oba.

VI    361     Widno, że Hrabia kędyś ruszył z całym dworem
VI    362     I bardzo spieszył, bo drzwi zostawił otworem.
VI    363     Widać, że się uzbrajał; leżały dwórurki
VI    364     I sztucce na podłodze, dalej sztenfle, kurki
VI    365     I narzędzia ślusarskie, któremi rynsztunki
VI    366     Poprawiano; proch, papier: robiono ładunki.
VI    367     Czy Hrabia z całym dworem wyjechał na łowy?
VI    368     Ale po cóż broń ręczna? Tu szabla bez głowy
VI    369     Zardzewiała, tam leży szpada bez temlaku:
VI    370     Zapewne wybierano oręż z tego braku
VI    371     I poruszono nawet stare broni składy.
VI    372     Robak obejrzał pilnie rusznice i szpady,
VI    373     A potem do folwarku wybrał się na zwiady,
VI    374     Szukając sług, żeby się rozpytał o Hrabię;
VI    375     W pustym folwarku ledwie wynalazł dwie babie,
VI    376     Od których słyszy, że pan i dworska drużyna
VI    377     Ruszyli tłumnie, zbrojnie — drogą do Dobrzyna.

VI    378     Słynie szeroko w Litwie Dobrzyński zaścianek
VI    379     Męstwem swoich szlachciców, pięknością szlachcianek.
VI    380     Niegdyś możny i ludny; bo gdy król Jan Trzeci
VI    381     Obwołał pospolite ruszenie przez wici,
VI    382     Chorąży województwa z samego Dobrzyna
VI    383     Przywiódł mu sześćset zbrojnej szlachty. Dziś rodzina
VI    384     Zmniejszona, zubożała; dawniej w pańskich dworach
VI    385     Lub wojsku, na zajazdach, sejmikowych zborach,
VI    386     Zwykli byli Dobrzyńscy żyć o łatwym chlebie.
VI    387     Teraz zmuszeni sami pracować na siebie
VI    388     Jako zaciężne chłopstwo! Tylko że siermięgi
VI    389     Nie noszą, lecz kapoty białe w czarne pręgi,
VI    390     A w niedzielę kontusze. Strój także szlachcianek
VI    391     Najuboższych różni się od chłopskich katanek:
VI    392     Zwykle chodzą w drylichach albo perkaliczkach,
VI    393     Bydło pasą nie w łapciach z kory, lecz w trzewiczkach,
VI    394     I żną zboże, a nawet przędą — w rękawiczkach.

VI    395     Różnili się Dobrzyńscy między Litwą bracią
VI    396     Językiem swoim tudzież wzrostem i postacią.
VI    397     Czysta krew lacka, wszyscy mieli czarne włosy,
VI    398     Wysokie czoła, czarne oczy, orle nosy;
VI    399     Z Dobrzyńskiej Ziemi ród swój starożytny wiedli.
VI    400     A choć od lat czterystu na Litwie osiedli,
VI    401     Zachowali mazurską mowę i zwyczaje.
VI    402     Jeźli który z nich dziecku imię na chrzcie daje,
VI    403     Zawsze zwykł za patrona brać Koronijasza:
VI    404     Świętego Bartłomieja albo Matyjasza.
VI    405     Tak syn Macieja zawzdy zwał się Bartłomiejem,
VI    406     A znowu Bartłomieja syn zwał się Maciejem;
VI    407     Kobiety wszystkie chrzczono Kachny lub Maryny.

VI    408     By rozeznać się wpośród takiej mieszaniny,
VI    409     Brali różne przydomki, od jakiej zalety
VI    410     Lub wady, tak mężczyźni, jako i kobiety.
VI    411     Mężczyznom czasem kilka dawano przydomków
VI    412     Na znak pogardy albo szacunku spółziomków;
VI    413     Czasem jedenże szlachcic inaczej w Dobrzynie,
VI    414     A pod innym nazwiskiem u sąsiadów słynie.
VI    415     Dobrzyńskich naśladując, inna szlachta bliska
VI    416     Brała również przydomki, zwane imioniska.
VI    417     Teraz ich każda prawie używa rodzina,
VI    418     A rzadki wie, iż mają początek z Dobrzyna;
VI    419     I były tam potrzebne, kiedy w reszcie kraju
VI    420     Głupim naśladownictwem weszły do zwyczaju.

VI    421     Więc Matyjasz Dobrzyński, który stał na czele
VI    422     Całej rodziny, zwan był Kurkiem na kościele.
VI    423     Potem z siedemset dziewięćdziesiąt czwartym rokiem
VI    424     Odmieniwszy przydomek, ochrzcił się Zabokiem;
VI    425     Toż Królikiem Dobrzyńscy mianują go sami,
VI    426     A Litwini nazwali Maćkiem nad Maćkami.

VI    427     Jak on nad Dobrzyńskimi, dom jego nad siołem
VI    428     Panował, stojąc między karczmą i kościołem.
VI    429     Widać rzadko zwiedzany, mieszka w nim hołota,
VI    430     Bo brama sterczy bez wrot, ogrody bez płota,
VI    431     Nie zasiane, na grzędach już porosły brzozki;
VI    432     Przecież ten folwark zdał się być stolicą wioski,
VI    433     Iż kształtniejszy od innych chat, bardziej rozległy,
VI    434     I prawą stronę, gdzie jest świetlica, miał z cegły.
VI    435     Obok lamus, spichrz, gumno, obora i stajnie,
VI    436     Wszystko w kupie, jak bywa u szlachty zwyczajnie.

VI    437     Wszystko nadzwyczaj stare, zgniłe; domu dachy
VI    438     Świeciły się, jak gdyby od zielonej blachy,
VI    439     Od mchu i trawy, która buja jak na łące.
VI    440     Po strzechach gumien — niby ogrody wiszące
VI    441     Różnych roślin: pokrzywa i krokos czerwony,
VI    442     Żółta dziewanna, szczyru barwiste ogony,
VI    443     Gniazda ptastwa różnego, w strychach gołębniki,
VI    444     W oknach gniazda jaskółcze, u progu króliki
VI    445     Białe skaczą i ryją w niedeptanej darni.
VI    446     Słowem, dwór na kształt klatki albo królikarni.

VI    447     A dawniej był obronny! Pełno wszędzie śladów,
VI    448     Że wielkich i że częstych doznawał napadów.
VI    449     Pod bramą dotąd w trawie, jak dziecięca głowa
VI    450     Wielka, leżała kula żelazna działowa
VI    451     Od czasów szwedzkich; niegdyś skrzydło wrót otwarte
VI    452     Bywało o tę kulę jak o głaz oparte.
VI    453     Na dziedzińcu spomiędzy piołunu i chwastu
VI    454     Wznoszą się stare szczęty krzyżów kilkunastu
VI    455     Na ziemi nieświęconej; znak, że tu chowano
VI    456     Poległych śmiercią nagłą i niespodziewaną.
VI    457     Kto by uważał z bliska lamus, spichrz i chatę,
VI    458     Ujrzy ściany od ziemi do szczytu pstrokate
VI    459     Niby rojem owadów czarnych; w każdej plamie
VI    460     Siedzi we środku kula jak trzmiel w ziemnej jamie.

VI    461     U drzwi domostwa wszystkie klamki, ćwieki, haki,
VI    462     Albo ucięte, albo noszą szabel znaki:
VI    463     Pewnie tu probowano hartu zygmuntówek,
VI    464     Któremi można śmiało ćwieki obciąć z główek
VI    465     Lub hak przerżnąć, w brzeszczocie nie zrobiwszy szczerby.
VI    466     Nade drzwiami Dobrzyńskich widne były herby;
VI    467     Lecz armaturę — serów zasłoniły pułki
VI    468     I zasklepiły gęsto gniazdami jaskółki.

VI    469     Wewnątrz samego domu, w stajni i wozowni,
VI    470     Pełno znajdziesz rynsztunków, jak w starej zbrojowni.
VI    471     Pod dachem wiszą cztery ogromne szyszaki,
VI    472     Ozdoby czół marsowych: dziś Wenery ptaki,
VI    473     Gołębie, w nich gruchając karmią swe pisklęta.
VI    474     W stajni kolczuga wielka nad żłobem rozpięta
VI    475     I pierścieniasty pancerz służą za drabinę,
VI    476     W którą chłopiec zarzuca źrebcom dzięcielinę.
VI    477     W kuchni kilka rapierów kucharka bezbożna
VI    478     Odhartowała, kładąc je w piec zamiast rożna;
VI    479     Buńczukiem, łupem z Wiednia, otrzepywa żarna:
VI    480     Słowem, wygnała Marsa Ceres gospodarna
VI    481     I panuje z Pomoną, Florą i Wertumnem
VI    482     Nad Dobrzyńskiego domem, stodołą i gumnem.

VI    483     Ale dziś muszą znowu ustąpić boginie:
VI    484     Mars powraca.

VI    484             O świcie zjawił się w Dobrzynie
VI    485     Konny posłaniec; biega od chaty do chaty,
VI    486     Budzi jak na pańszczyznę; wstają szlachta braty,
VI    487     Napełniają się ciżbą zaścianku ulice,
VI    488     Słychać krzyk w karczmie, widać w plebaniji świéce;
VI    489     Biegą; jeden drugiego pyta, co to znaczy,
VI    490     Starzy składają radę, młódź konie kulbaczy,
VI    491     Kobiety zatrzymują, chłopcy się szamocą,
VI    492     Rwą się biec, bić się, ale nie wiedzą, z kim, o co?
VI    493     Muszą chcąc nie chcąc zostać. W mieszkaniu plebana
VI    494     Trwa rada długa, tłumna, strasznie zamieszana,
VI    495     Aż nie mogąc zdań zgodzić, na koniec stanowi
VI    496     Przełożyć całą sprawę ojcu Maciejowi.

VI    497     Siedmdziesiąt dwa lat liczył Maciej, starzec dziarski,
VI    498     Niskiego wzrostu, dawny konfederat barski.
VI    499     Pamiętają i swoi, i nieprzyjaciele
VI    500     Jego damaskowaną krzywą karabelę,
VI    501     Którą piki i sztyki rzezał na kształt sieczki
VI    502     I której żartem skromne dał imię Rózeczki.
VI    503     Z konfederata stał się stronnikiem królewskim
VI    504     I trzymał z Tyzenhauzem, podskarbim litewskim;
VI    505     Lecz gdy król w Targowicy przyjął uczestnictwo,
VI    506     Maciej opuścił znowu królewskie stronnictwo,
VI    507     I stąd to, że przechodził partyi tak wiele,
VI    508     Nazywany był dawniej Kurkiem na kościele,
VI    509     Że jak kurek za wiatrem chorągiewkę zwracał.
VI    510     Przyczynę zmian tak częstych na próżno byś macał:
VI    511     Może Maciej zbyt wojnę lubił; zwyciężony
VI    512     W jednej stronie, znów bitwy szukał z drugiej strony?
VI    513     Może, bystry polityk, duch czasu zbadywał
VI    514     I tam szedł, gdzie Ojczyzny dobro upatrywał?
VI    515     Kto wie! To pewna, że go nigdy nie uwiodły
VI    516     Ani chęć osobistej chwały, ni zysk podły,
VI    517     I że nigdy z moskiewską partyją nie trzymał;
VI    518     Na sam widok Moskala pienił się i zżymał.
VI    519     By nie spotkać Moskala, po kraju zaborze
VI    520     Siedział w domu, jak niedźwiedź, gdy ssie łapę w borze.

VI    521     Ostatni raz wojował, poszedłszy z Ogińskim
VI    522     Do Wilna, gdzie służyli oba pod Jasińskim.
VI    523     I tam z Rózeczką cudów dokazał odwagi.
VI    524     Wiadomo, że sam jeden skoczył z wałów Pragi
VI    525     Bronić pana Pocieja, który, odbieżany
VI    526     Na placu boju, dostał dwadzieścia trzy rany.
VI    527     Myślano długo w Litwie, że obu zabito;
VI    528     Wrócili oba, każdy pokłuty jak sito.
VI    529     Pan Pociej, zacny człowiek, chciał zaraz po wojnie
VI    530     Obrońcę Dobrzyńskiego wynagrodzić hojnie,
VI    531     Dawał mu folwark pięciu dymów w dożywocie
VI    532     I wyznaczył mu rocznie tysiąc złotych w złocie.
VI    533     Lecz Dobrzyński odpisał: "Niech Pociej Macieja,
VI    534     A nie Maciej Pocieja ma za dobrodzieja".
VI    535     Odmówił więc folwarku i nie przyjął płacy;
VI    536     Sam wróciwszy do domu, żył z własnej rąk pracy,
VI    537     Sprawując ule dla pszczół, lekarstwa dla bydła,
VI    538     Szląc na targ kuropatwy, które łowił w sidła,
VI    539     I polując na zwierza.

VI    539             Było dość w Dobrzynie
VI    540     Starych ludzi roztropnych, którzy po łacinie
VI    541     Umieli i w palestrze ćwiczyli się z młodu;
VI    542     Było dość majętniejszych; a z całego rodu
VI    543     Maciek, prostak ubogi, był najwięcej czczony,
VI    544     Nie tylko jako rębacz Rózeczką wsławiony,
VI    545     Lecz jako człek mądrego i pewnego zdania,
VI    546     Znający dzieje kraju, rodziny podania,
VI    547     Zarówno świadom prawa, jak i gospodarstwa.
VI    548     Wiedział także sekreta strzelców i lekarstwa,
VI    549     Przyznawano mu nawet (czemu pleban przeczy)
VI    550     Wiadomość nadzwyczajnych i nadludzkich rzeczy.
VI    551     To pewna, że powietrza zmiany zna dokładnie
VI    552     I częściej niż kalendarz gospodarski zgadnie.
VI    553     Nie dziw tedy, że czy to siejbę rozpoczynać,
VI    554     Czy wiciny wyprawiać, czy zboże zażynać,
VI    555     Czy procesować, czyli zawierać układy,
VI    556     Nie działo się w Dobrzynie nic bez Maćka rady.

VI    557     Wpływu takiego starzec bynajmniej nie szukał,
VI    558     Owszem, chciał się go pozbyć, klijentów swych fukał
VI    559     I najczęściej wypychał milczkiem za drzwi domu,
VI    560     Rady rzadko udzielał i nie lada komu,
VI    561     Ledwie w niezmiernie ważnych sporach lub umowach
VI    562     Pytany wyrzekł zdanie, i w niewielu słowach.
VI    563     Myślano, że dzisiejszej podejmie się sprawy
VI    564     I stanie swą osobą na czele wyprawy;
VI    565     Bo bijatykę lubił niezmiernie za młodu
VI    566     I był nieprzyjacielem moskiewskiego rodu.

VI    567     Właśnie staruszek chodził po samotnym dworze,
VI    568     Nucąc piosenkę: "Kiedy ranne wstają zorze",
VI    569     Rad, że się wypogadza; mgła nie szła do góry,
VI    570     Jak się dziać zwykło, kiedy zbierają się chmury,
VI    571     Ale coraz spadała; wiatr rozwinął dłonie
VI    572     I mgłę muskał, wygładzał, rozścielał na błonie;
VI    573     Tymczasem słonko z góry tysiącem promieni
VI    574     Tło przetyka, posrebrza, wyzłaca, rumieni.
VI    575     Jak para mistrzów w Słucku lity pas wyrabia:
VI    576     Dziewica, siedząc w dole, krośny ujedwabia
VI    577     I tło ręką wygładza, tymczasem tkacz z góry
VI    578     Zrzuca jej nitki srebra, złota i purpury,
VI    579     Tworząc barwy i kwiaty — tak dziś ziemię całą
VI    580     Wiatr tumanami osnuł, a słońce dzierżgało.

VI    581     Maciej ogrzał się słońcem, zakończył pacierze
VI    582     I już się do swojego gospodarstwa bierze.
VI    583     Wyniósł traw, liścia; usiadł przed domem i świsnął:
VI    584     Na ten świst rój królików spod ziemi wytrysnął.
VI    585     Jako narcyzy nagle wykwitłe nad trawę,
VI    586     Bielą się długie słuchy; pod nimi jaskrawe
VI    587     Przeświecają się oczki jak krwawe rubiny
VI    588     Gęsto wszyte w aksamit zielonej darniny.
VI    589     Już króliki na łapkach stają, każdy słucha,
VI    590     Patrzy, na koniec cała trzódka białopucha
VI    591     Bieży do starca, liśćmi kapusty znęcona,
VI    592     Do nóg mu, na kolana skacze, na ramiona;
VI    593     On, sam biały jak królik, lubi ich gromadzić
VI    594     Wkoło siebie i ręką ciepły ich puch gładzić,
VI    595     A drugą ręką z czapki proso w trawę miota
VI    596     Dla wróblów; spada z dachów krzykliwa hołota.

VI    597     Gdy się staruszek bawił widokiem biesiady,
VI    598     Nagle króliki znikły w ziemi, a gromady
VI    599     Wróblów na dach uciekły przed gośćmi nowymi,
VI    600     Którzy szli do folwarku krokami prędkiémi.
VI    601     Byli to z plebaniji przez szlachty gromadę
VI    602     Posłowie wyprawieni do Maćka po radę.
VI    603     Z dala witając starca niskiemi ukłony,
VI    604     Rzekli: "Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony".
VI    605     "Na wieki wieków, amen" — starzec odpowiedział,
VI    606     A gdy się o ważności poselstwa dowiedział,
VI    607     Prosi do chaty; weszli, zasiadają ławę,
VI    608     Pierwszy z posłów stał w środku i jął zdawać sprawę.

VI    609     Tymczasem szlachty coraz gęściej przybywało.
VI    610     Dobrzyńscy prawie wszyscy; sąsiadów niemało
VI    611     Z okolicznych zaścianków, zbrojni i bezbronni,
VI    612     W kałamaszkach i bryczkach, i piesi, i konni,
VI    613     Stawią wozy, podjezdki do brzezinek wiążą,
VI    614     Ciekawi skutku narad koło domu krążą:
VI    615     Już izbę napełnili, kupią się do sieni;
VI    616     Inni słuchają, w okna głowami wciśnieni.

VII           KSIĘGA SIÓDMA
VII           RADA
VII           TREŚĆ:
VII           Zbawienne rady Bartka, zwanego Prusak — Głos żołnierski Maćka Chrzciciela — Głos polityczny pana Buchmana — Jankiel radzi ku zgodzie, którą Scyzoryk rozcina — Rzecz Gerwazego, z której okazują się wielkie skutki wymowy sejmowej — Protestacja starego Maćka — Nagłe przybycie posiłków wojennych zrywa naradę — Hajże na Soplice!

VII     1     Z kolei Bartek poseł rzecz swą wyprowadzał;
VII     2     Ten, że często na strugach do Królewca chadzał,
VII     3     Nazwany był Prusakiem od swych spółrodaków
VII     4     Przez żart, bo nienawidził okropnie Prusaków,
VII     5     Choć lubił o nich gadać; człek podeszły w lata,
VII     6     W podróżach swych dalekich wiele zwiedził świata;
VII     7     Gazet pilny czytelnik, polityki świadom,
VII     8     Mógł więc niemało światła udzielić obradom.
VII     9     Ten tak rzecz kończył:

VII     9             "Nie jest to, Panie Macieju,
VII    10     Bracie mój, a nas wszystkich Ojcze Dobrodzieju,
VII    11     Nie jest to marna pomoc. Ja bym na Francuzów
VII    12     Spuścił się w czasie wojny jak na czterech tuzów:
VII    13     Lud bitny, a od czasów pana Tadeusza
VII    14     Kościuszki świat takiego nie miał genijusza
VII    15     Wojennego jak wielki Cesarz Bonaparte.

VII    16     Pamiętam, kiedy przeszli Francuzi przez Wartę,
VII    17     Bawiłem za granicą wtenczas, w roku Pańskim
VII    18     Tysiącznym osimsetnym szóstym; właśnie z Gdańskiem
VII    19     Handlowałem, a krewnych mam wiele w Poznańskiem.
VII    20     Jeździłem ich odwiedzić; więc z panem Józefem
VII    21     Grabowskim, który teraz jest rejmentu szefem,
VII    22     A podówczas żył na wsi blisko Obiezierza,
VII    23     Polowaliśmy sobie na małego źwierza.
VII    24     Był pokój w Wielko-Polszcze, jak teraz na Litwie;
VII    25     Wtem nagle rozeszła się wieść o strasznej bitwie;
VII    26     Przybiegł do nas posłaniec od pana Todwena,
VII    27     Grabowski list przeczytał, krzyknął: «Jena! Jena!
VII    28     Zbito Prusaków na łeb, na szyję, wygrana!»
VII    29     Ja, z konia zsiadłszy, zaraz padłem na kolana,
VII    30     Dziękując Panu Bogu.

VII    30             Do miasta jedziemy
VII    31     Niby dla interesu, niby nic nie wiemy,
VII    32     Aż tu widzimy: wszystkie landraty, hofraty,
VII    33     Komisarze i wszystkie podobne psubraty
VII    34     Kłaniają się nam nisko; każdy drży, blednieje,
VII    35     Jako owad prusaczy, gdy wrzątkiem kto zleje.
VII    36     My śmiejąc się, trąc ręce, prosim uniżenie
VII    37     O nowinki? pytamy, co słychać o Jenie?
VII    38     Tu ich strach zdjął, dziwią się, że o klęsce owej
VII    39     Już wiemy; krzyczą Niemcy: «Achary Got! o wej!»
VII    40     Spuściwszy nos, do domów, z domów dalej w nogi —
VII    41     O, to był rwetes! Wszystkie wielkopolskie drogi
VII    42     Pełne uciekających; niemczyska jak mrowie
VII    43     Pełzną, ciągną pojazdy, które lud tam zowie
VII    44     Wageny i fornalki; mężczyźni, kobiety,
VII    45     Z fajkami, z imbryczkami, wleką pudła, bety;
VII    46     Drapią, jak mogą; a my milczkiem wchodzim w radę:
VII    47     Hejże na koń, pomieszać Niemcom rejteradę!
VII    48     Nuż landratom tłuc w karki, z hofratów drzeć schaby,
VII    49     A herów oficerów łowić za harcaby —
VII    50     A jenerał Dąbrowski wpada do Poznania
VII    51     I cesarski przynosi rozkaz: do powstania!
VII    52     W tydzień jeden — tak lud nasz Prusaków wychłostał
VII    53     I wygnał, na lekarstwo Niemca byś nie dostał!

VII    54     Gdyby się tak obrócić i gracko, i raźnie,
VII    55     I u nas w Litwie sprawić Moskwie taką łaźnię?
VII    56     He? co myślisz, Macieju? Jeśli z Bonapartem
VII    57     Moskwa drze koty, to on wojuje nie żartem:
VII    58     Bohater pierwszy w świecie, a wojsk ma bez liku!
VII    59     He, cóż myślisz, Macieju, nasz ojcze Króliku?"

VII    60     Skończył. Czekają wszyscy Macieja wyroku.
VII    61     Maciej głowy nie ruszył ani podniósł wzroku,
VII    62     Tylko ręką kilkakroć uderzył po boku,
VII    63     Jak gdyby szabli szukał (od zaboru kraju
VII    64     Szabli nie nosił; przecież z dawnego zwyczaju
VII    65     Na wspomnienie Moskala zawsze rękę zwracał
VII    66     Na lewy bok, zapewne Rózeczki swej macał;
VII    67     I stąd był nazywany powszechnie Zabokiem).
VII    68     Już wzniósł głowę, słuchają w milczeniu głębokiem.
VII    69     Maciej oczekiwanie powszechne omylił,
VII    70     Nachmurzył brwi i znowu głowę na pierś schylił.
VII    71     Na koniec odezwał się, z wolna każde słowo
VII    72     Wymawiając z przyciskiem, a w takt kiwał głową:

VII    73     "Cicho! skądże ta cała nowina pochodzi?
VII    74     Jak daleko Francuzi? Kto nimi dowodzi?
VII    75     Czy już wojnę zaczęli z Moskwą? gdzie i o co?
VII    76     Którędy mają ciągnąć? z jaką idą mocą?
VII    77     Wiele piechoty, jazdy? Kto wie, niechaj gada!"

VII    78     Milczała, patrząc na się kolejno, gromada.
VII    79     "Radziłbym — rzecze Prusak — czekać bernardyna
VII    80     Robaka, bo od niego pochodzi nowina;
VII    81     Tymczasem posłać pewnych szpiegów nad granicę
VII    82     I po cichu uzbrajać całą okolicę,
VII    83     A tymczasem ostrożnie całą rzecz prowadzić,
VII    84     Aby Moskalom naszych zamiarów nie zdradzić".

VII    85     "He! czekać? szczekać? zwlekać?" — przerwał Maciej drugi,
VII    86     Ochrzczony Kropicielem od wielkiej maczugi,
VII    87     Którą zwał Kropidełkiem; miał ją dziś przy sobie.
VII    88     Stanął za nią, na gałce zwiesił ręce obie,
VII    89     Na ręku oparł brodę krzycząc: "Czekać! zwlekać!
VII    90     Sejmikować! Hem, trem, brem, a potem uciekać.
VII    91     Ja w Prusach nie bywałem; rozum królewiecki
VII    92     Dobry dla Prus, a u mnie jest rozum szlachecki.
VII    93     To wiem, że kto chce bić się, niech Kropidło chwyta,
VII    94     Kto umierać, ten księdza niech woła, i kwita!
VII    95     Ja chcę żyć, bić! Bernardyn po co? czy my żaki?
VII    96     Co mi tam Robak! otóż my będziem robaki,
VII    97     I dalej Moskwę toczyć! trem, bdrem, szpiegi, wzwiady;
VII    98     Wiecie wy, co to znaczy? — Oto, że wy dziady,
VII    99     Niedołęgi! He, Bracia! to wyżla rzecz tropić,
VII   100     Bernardyńska kwestować, a moja rzecz: kropić,
VII   101     Kropić, kropić i kwita!" — Tu maczugę głasnął,
VII   102     Za nim cały tłum szlachty: "Kropić, kropić!" — wrzasnął.

VII   103     Poparł stronę Chrzciciela Bartek, zwan Brzytewka,
VII   104     Od szabli cienkiej, tudzież Maciej, zwan Konewka,
VII   105     Od sztućca, który naszał, z gardłem tak szerokiem,
VII   106     Że zeń, jak z konwi tuzin kulek lał potokiem;
VII   107     Oba krzyczeli: "Wiwat Chrzciciel z Kropidełkiem!"
VII   108     Prusak chciał mówić, ale zgłuszono go zgiełkiem
VII   109     I śmiechem: "Precz — wołano — precz Prusaki, tchórze!
VII   110     Kto tchórz, niech w bernardyńskim chowa się kapturze".

VII   111     Wtem znowu głowę z wolna podniósł Maciej stary
VII   112     I zaczęły cokolwiek uciszać się gwary.
VII   113     "Nie drwijcie — rzekł — z Robaka; znam go, to ćwik klecha,
VII   114     Ten robaczek większego od was zgryzł orzecha;
VII   115     Raz go tylko widziałem, ledwiem okiem rzucił,
VII   116     Poznałem, co za ptaszek; ksiądz oczy odwrócił,
VII   117     Lękając się, żebym go nie zaczął spowiadać;
VII   118     Ale to rzecz nie moja, wiele o tym gadać!
VII   119     On tu nie przyjdzie, próżno wzywać Bernardyna.
VII   120     Jeśli od niego wyszła ta cała nowina,
VII   121     To kto wie, w jakim celu: bo to bies księżyna!
VII   122     Jeśli prócz tej nowiny nic więcej nie wiecie,
VII   123     Więc po coście tu przyszli? i czego wy chcecie?"

VII   124     "Wojny!" — krzyknęli. — "Jakiej?" — spytał. — Zawołali:
VII   125     "Wojny z Moskalem! bić się! Hajże na Moskali!"

VII   126     Prusak wciąż wołał, a głos coraz wyżej wznosił,
VII   127     Aż posłuchanie częścią ukłonem wyprosił,
VII   128     Częścią zdobył swą mową krzykliwą i cienką.
VII   129     "I ja chcę bić się — wołał, tłukąc się w pierś ręką —
VII   130     Choć kropidła nie noszę, drągiem od wiciny
VII   131     Sprawiłem raz Prusakom czterem dobre chrzciny,
VII   132     Którzy mię po pjanemu chcieli w Preglu topić".
VII   133     "Toś zuch, Bartku — rzekł Chrzciciel — dobrze! kropić! kropić!"
VII   134     "Ależ, najsłodszy Jezu! trzeba pierwej wiedzieć,
VII   135     Z kim wojna? o co? Trzeba to światu powiedzieć —
VII   136     Wołał Prusak — bo jakże lud ruszy za nami?
VII   137     Gdzie pójdzie, kiedy, gdzie iść, my nie wiemy sami!
VII   138     Bracia Szlachta! Panowie! potrzeba rozsądku!
VII   139     Dobrodzieje! potrzeba ładu i porządku!
VII   140     Chcecie wojny, więc zróbmy konfederacyją,
VII   141     Obmyślmy, gdzie zawiązać i pod laską czyją?
VII   142     Tak było w Wielko-Polszcze: widzim rejteradę
VII   143     Niemiecką, cóż my robim! Wchodzim tajnie w radę,
VII   144     Uzbrajamy i szlachtę, i włościan gromadę,
VII   145     Gotowi, Dąbrowskiego czekamy rozkazu,
VII   146     Na koniec, hajże na koń! powstajem od razu!"

VII   147     "Proszę o głos!" — zawołał pan komisarz z Klecka,
VII   148     Człowiek młody, przystojny, ubrany z niemiecka;
VII   149     Zwał się Buchman, lecz Polak był, w Polszcze się rodził;
VII   150     Nie wiedzieć pewnie, czyli ze szlachty pochodził,
VII   151     Lecz o to nie pytano; i wszyscy Buchmana
VII   152     Szacowali, iż służył u wielkiego pana.
VII   153     Był dobry patryjota i pełen nauki,
VII   154     Z ksiąg obcych wyuczył się gospodarstwa sztuki
VII   155     I dóbr aministracją prowadził porządnie;
VII   156     O polityce także wnioskował rozsądnie,
VII   157     Pięknie pisać i gładko umiał się wysławiać,
VII   158     Zatem umilkli wszyscy, kiedy jął rozprawiać.
VII   159     "Proszę o głos!" — powtórzył, po dwakroć odchrząknął,
VII   160     Ukłonił się i usty dźwięcznemi tak brząknął:

VII   161     "Preopinanci moi w swych głosach wymownych
VII   162     Dotknęli wszystkich punktów stanowczych i głownych,
VII   163     Dyskusyją na wyższe wznieśli stanowisko;
VII   164     Mnie tylko pozostaje w jedno zjąć ognisko
VII   165     Rzucone trafne myśli i rozumowania;
VII   166     Mam nadzieję w ten sposób sprzeczne zgodzić zdania.
VII   167     Dwie części w dyskusyi całej uważałem,
VII   168     Podział już jest zrobiony, idę tym podziałem.
VII   169     Naprzód: dlaczego mamy przedsiębrać powstanie?
VII   170     W jakim duchu? to pierwsze żywotne pytanie;
VII   171     Drugie rewolucyjnej władzy się dotycze;
VII   172     Podział jest trafny, tylko przewrócić go życzę.
VII   173     Naprzód zacząć od władzy; skoro pojmiem władzę,
VII   174     Z niej powstania istotę, duch, cel wyprowadzę.
VII   175     Co do władzy więc — kiedy oczyma przebiegam
VII   176     Dzieje całej ludzkości, i cóż w nich spostrzegam?
VII   177     Oto ród ludzki dziki, w lasach rozpierzchniony,
VII   178     Skupia się, zbiera, łączy dla wspólnej obrony,
VII   179     Obmyśla ją; i to jest najpierwsza obrada.
VII   180     Potem każdy wolności własnej cząstkę składa
VII   181     Dla dobra powszechnego: to pierwsza ustawa,
VII   182     Z której jako ze źródła płyną wszystkie prawa.
VII   183     Widzimy tedy, że rząd umową się tworzy,
VII   184     Nie pochodząc, jak mylnie sądzą, z woli Bożéj.
VII   185     Owoż, rząd na kontrakcie oparłszy społecznym,
VII   186     Podział władzy już tylko jest skutkiem koniecznym..."

VII   187     "Otóż są i kontrakty! kijowskie czy mińskie? —
VII   188     Rzekł stary Maciej — owoż i rządy babińskie!
VII   189     Panie Buchman, czy Bóg nam chciał cara narzucić,
VII   190     Czy diabeł, ja z Waszecią nie będę się kłócić;
VII   191     Panie Buchman, gadaj Waść, jakby cara zrucić".

VII   192     "Tu sęk! — krzyknął Kropiciel — gdybym mógł podskoczyć
VII   193     Do tronu i Kropidłem, plusk, raz cara zmoczyć,
VII   194     To już by on nie wrócił ni kijowskim traktem,
VII   195     Ni mińskim, ni za żadnym Buchmana kontraktem,
VII   196     Aniby go wskrzesili z mocy Bożej popi,
VII   197     Ni z mocy Belzebuba — ten mi zuch, kto kropi.
VII   198     Panie Buchman, Waścina rzecz bardzo wymowna,
VII   199     Ale wymowa — szum, drum; kropić — to rzecz główna".

VII   200     "To, to, to!" — pisnął, ręce trąc, Bartek Brzytewka,
VII   201     Od Chrzciciela do Maćka biegając jak cewka,
VII   202     Od jednej strony krosien przerzucana w drugą —
VII   203     "Tylko ty, Maćku z Rózgą, ty, Maćku z maczugą,
VII   204     Tylko zgodźcie się, dalbóg, pobijem na druzgi
VII   205     Moskala; Brzytew idzie pod komendę Rózgi".

VII   206     "Komenda — przerwał Chrzciciel — dobra ku paradzie;
VII   207     U nas była komenda w kowieńskiej brygadzie
VII   208     Krótka a węzłowata: Strasz, sam się nie strachaj —
VII   209     Bij, nie daj się — postępuj często, gęsto machaj:
VII   210     Szach, mach!" "To — pisnął Brzytwa — to mi regulament!
VII   211     Po co tu pisać akta, po co psuć atrament?
VII   212     Konfederacji trzeba? O to cała sprzeczka?
VII   213     Jest marszałek nasz Maciej, a laska Rózeczka".
VII   214     "Niech żyje — krzyknął Chrzciciel — Kurek na kościele!"
VII   215     Szlachta odpowiedziała: "Wiwant Kropiciele!"

VII   216     Ale w kątach szmer powstał, choć w środku tłumiony;
VII   217     Widać, że się rozdziela rada na dwie strony.
VII   218     Buchman krzyknął: "Ja zgody nigdy nie pochwalam!
VII   219     To mój system!" Ktoś drugi wrzasnął: "Nie pozwalam!"
VII   220     Inni z kątów wtórują. Nareszcie głos gruby
VII   221     Ozwał się przybyłego szlachcica Skołuby:

VII   222     "Cóż to, Państwo Dobrzyńscy! a to co się święci?
VII   223     A my czy to będziemy spod prawa wyjęci?
VII   224     Kiedy nas zapraszano z naszego zaścianku,
VII   225     A zapraszał nas klucznik Rębajło Mopanku,
VII   226     Mówiono nam, że wielkie rzeczy dziać się miały,
VII   227     Że tu nie o Dobrzyńskich, lecz o powiat cały,
VII   228     O całą szlachtę idzie; toż i Robak bąkał,
VII   229     Choć nigdy nie dokończył i zawsze się jąkał,
VII   230     I ciemno się tłumaczył; wreszcie, koniec końców,
VII   231     My zjechali, sąsiadów wezwali przez gońców.
VII   232     Nie sami tu, Panowie Dobrzyńscy, jesteście;
VII   233     Z różnych innych zaścianków jest tu nas ze dwieście;
VII   234     Wszyscy więc radźmy. Jeśli potrzeba marszałka,
VII   235     Głosujmy wszyscy; równa u każdego gałka.
VII   236     Niech żyje równość!"

VII   236             Zatem dwaj Terajewicze
VII   237     I czterej Stupułkowscy, i trzej Mickiewicze
VII   238     Krzyknęli: "Wiwat równość!" — stojąc za Skołubą.
VII   239     Tymczasem Buchman wołał: "Zgoda będzie zgubą!"
VII   240     Kropiciel krzyczał: "Bez was obejdziem się sami;
VII   241     Niech żyje nasz marszałek, Maciek nad Maćkami!
VII   242     Hej, do laski!" Dobrzyńscy krzyczą: "Zapraszamy!"
VII   243     A obca szlachta woła w głos: "Nie pozwalamy!"
VII   244     Rozstrycha się tłum na dwie kupy rozdzielony
VII   245     I kiwając głowami w dwie przeciwne strony,
VII   246     Tamci: "Nie pozwalamy!" — ci krzyczą: "Prosiemy!"

VII   247     Maciek stary w pośrodku jeden siedział niemy
VII   248     I jedna głowa jego była nieruchoma.
VII   249     Przeciw niemu stał Chrzciciel, zwieszony rękoma
VII   250     Na maczudze, a głową na końcu maczugi
VII   251     Wspartą kręcił jak tykwą wbitą na kij długi
VII   252     I na przemiany to w tył, to się naprzód kiwał,
VII   253     I ustawicznie: "Kropić, kropić!" wykrzykiwał.
VII   254     Wzdłuż izby zaś przebiegał Brzytewka ruchawy
VII   255     Ciągle od Kropiciela do Macieja ławy.
VII   256     Konewka zaś powoli wszerz izbę przechodził
VII   257     Od Dobrzyńskich do szlachty, niby to ich godził;
VII   258     Jeden wciąż wołał: "Golić!" — a drugi: "Zalewać!"
VII   259     Maciek milczał, lecz widno, że się zaczął gniewać.

VII   260     Ćwierć godziny wrzał hałas, gdy nad tłum wrzeszczący,
VII   261     Ze środka głów, wyskoczył w górę słup błyszczący:
VII   262     Był to rapier sążnistej długości, szeroki
VII   263     Na całą piędź, a sieczny na obadwa boki.
VII   264     Widocznie miecz teutoński, z norymberskiej stali
VII   265     Ukuty; wszyscy milcząc na broń poglądali.
VII   266     Kto ją podniósł? nie widać, lecz zaraz zgadniono:
VII   267     "To Scyzoryk! Niech żyje Scyzoryk! — krzykniono —
VII   268     Wiwat Scyzoryk, klejnot Rębajłów zaścianku!
VII   269     Wiwat Rębajło, Szczerbiec, Półkozic, Mopanku!"

VII   270     Wnet Gerwazy (to on był) przez tłum się przecisnął
VII   271     Na środek izby, wkoło Scyzorykiem błysnął,
VII   272     Potem, w dół chyląc ostrze na znak powitania
VII   273     Przed Maćkiem, rzekł: "Rózeczce Scyzoryk się kłania.
VII   274     Bracia szlachta Dobrzyńscy! Ja nie będę radził
VII   275     Nic a nic, powiem tylko, po com Was zgromadził,
VII   276     A co robić, jak robić, decydujcie sami.
VII   277     Wiecie, słuch dawno chodzi między zaściankami,
VII   278     Że się na wielkie rzeczy zanosi na świecie;
VII   279     Ksiądz Robak o tem gadał, wszakże wszyscy wiecie?"
VII   280     "Wiemy!" — krzyknęli. — "Dobrze. Owoż mądrej głowie —
VII   281     Ciągnął mowca spojrzawszy bystro — dość dwie słowie,
VII   282     Nieprawdaż?" "Prawda!" — rzekli. — "Gdy cesarz francuski —
VII   283     Rzekł Klucznik — stąd przyciąga, a stamtąd car ruski:
VII   284     Więc wojna, car z cesarzem, królowie z królami
VII   285     Pójdą za łby, jak zwykle między monarchami;
VII   286     A nam czy siedzieć cicho? Gdy wielki wielkiego
VII   287     Będzie dusić, my duśmy mniejszych, każdy swego.
VII   288     Z góry i z dołu, wielcy wielkich, małych mali,
VII   289     Jak zaczniem ciąć, tak całe szelmostwo się zwali
VII   290     I tak zakwitnie szczęście i Rzeczpospolita.
VII   291     Nieprawdaż?" "Prawda! — rzekli — jakby z książki czyta".
VII   292     "Prawda! — powtórzył Chrzciciel — krop a krop, i kwita".
VII   293     "Ja zawsze gotów golić" — ozwał się Brzytewka.
VII   294     "Tylko zgodźcie się — prosił uprzejmie Konewka —
VII   295     Chrzcicielu i Macieju, pod czyją iść wodzą".
VII   296     Ale mu przerwał Buchman: "Niech się głupi godzą!
VII   297     Dyskusyje publicznej sprawie nie zaszkodzą.
VII   298     Proszę milczeć! Słuchamy! Sprawa na tem zyska,
VII   299     Pan Klucznik ją z nowego zważa stanowiska".

VII   300     "Owszem — zawołał Klucznik — u mnie po staremu:
VII   301     O wielkich rzeczach myśleć należy wielkiemu;
VII   302     Jest na to cesarz, będzie król, senat, posłowie.
VII   303     Takie rzeczy, Mopanku, robią się w Krakowie
VII   304     Lub w Warszawie, nie u nas, w zaścianku, w Dobrzynie;
VII   305     Aktów konfederackich nie piszą w kominie
VII   306     Kredą, nie na wicinie, lecz na pargaminie:
VII   307     Nie nam to pisać akta, ma Polska pisarzy
VII   308     Koronnych i litewskich, tak robili starzy;
VII   309     Moja rzecz Scyzorykiem wyrzynać". — "Kropidłem
VII   310     Pluskać" — dodał Kropiciel. — "I wykalać Szydłem" —
VII   311     Krzyknął Bartek Szydełko, dobywszy swej szpadki.

VII   312     "Wszystkich was — kończył Klucznik — biorę tu na świadki,
VII   313     Czy Robak nie powiadał, że wprzód nim przyjmiecie
VII   314     W dom wasz Napoleona, trzeba wymieść śmiecie?
VII   315     Słyszeliście to wszyscy, a czy rozumiecie?
VII   316     Któż jest śmieciem powiatu? Kto zdradziecko zabił
VII   317     Najlepszego z Polaków, kto go okradł, zgrabił?
VII   318     I jeszcze chce ostatki wydrzeć z rąk dziedzica?
VII   319     Któż to? Mamże wam gadać?"

VII   319             "A jużci Soplica —
VII   320     Przerwał Konewka — to łotr!" — "Oj, to ciemiężyciel!" —
VII   321     Pisnął Brzytewka. — "Więc go kropić!" — dodał Chrzciciel.
VII   322     "Jeśli zdrajca — rzekł Buchman — więc na szubienicę!"
VII   323     "Hejże! — krzyknęli wszyscy — hajże na Soplicę!"

VII   324     Lecz Prusak śmiał podjąć się Sędziego obrony
VII   325     I wołał z wzniesionemi ku szlachcie ramiony:
VII   326     "Panowie Bracia! aj! aj! a na boskie rany!
VII   327     Co znowu? Panie Klucznik, czy Waść opętany?
VII   328     Czy o tem była mowa? że ktoś miał wariata,
VII   329     Banita bratem, to co? karać go za brata!
VII   330     To mi po chrześcijańsku! Są tu w tym konszachty
VII   331     Hrabiego. — Żeby Sędzia był ciężki dla szlachty,
VII   332     Nieprawda! dalibógże! to wy tylko sami
VII   333     Pozywacie go, a on zgody szuka z wami,
VII   334     Ustępuje ze swego, jeszcze grzywny płaci,
VII   335     Ma proces z Hrabią, cóż stąd? obadwa bogaci;
VII   336     Niechaj pan drze się z panem, cóż to do nas braci?
VII   337     Pan Sędzia ciemiężyciel! On pierwszy zabraniał,
VII   338     Ażeby się chłop przed nim do ziemi nie kłaniał,
VII   339     Mówiąc, że to grzech. Nieraz u niego gromada
VII   340     Chłopska, ja sam widziałem, do stołu z nim siada;
VII   341     Płacił za włość podatki, a nie tak jest w Klecku,
VII   342     Choć tam Waść, Panie Buchman, rządzisz po niemiecku.
VII   343     Sędzia zdrajca! — My się z nim od infimy znamy:
VII   344     Poczciwe było dziecko i dziś taki samy;
VII   345     Polskę kocha nad wszystko, polskie obyczaje
VII   346     Chowa, modom moskiewskim przystępu nie daje.
VII   347     Ilekroć z Prus powracam, chcąc zmyć się z niemczyzny,
VII   348     Wpadam do Soplicowa jak w centrum polszczyzny:
VII   349     Tam się człowiek napije, nadysze Ojczyzny!
VII   350     Dalbóg, Dobrzyńscy! ja wasz brat, ale Sędziego
VII   351     Nie pozwolę pokrzywdzić, nie będzie nic z tego.
VII   352     Nie tak, Panowie Bracia, w Wielko-Polszcze było:
VII   353     Co za duch! co za zgoda! aż przypomnieć miło!
VII   354     Nikt tam podobną fraszką nie śmiał rady mieszać!"

VII   355     "To nie fraszka — zawołał Klucznik — łotrów wieszać!"

VII   356     Szmer wzmagał się; wtem Jankiel posłuchania prosił,
VII   357     Na ławę wskoczył, stanął i nad głowy wznosił
VII   358     Brodę jak wiechę, co mu aż do pasa wisi;
VII   359     Prawą ręką zdjął z wolna z głowy kołpak lisi,
VII   360     Lewą ręką jarmułkę zruszoną poprawił,
VII   361     Potem lewicę za pas zatknął i tak prawił,
VII   362     Kołpakiem lisim w kolej kłaniając się nisko

VII   363     "Nu, Panowie Dobrzyńscy, ja sobie żydzisko;
VII   364     Mnie Sędzia ni brat, ni swat; szanuję Sopliców,
VII   365     Jak panów bardzo dobrych i moich dziedziców;
VII   366     Szanuję też Dobrzyńskich Bartków i Maciejów,
VII   367     Jako dobrych sąsiadów, panów dobrodziejów;
VII   368     A mówię tak: jeżeli Państwo chcą gwałt zrobić
VII   369     Sędziemu, to bardzo źle; możecie się pobić,
VII   370     Zabić... — A asesory? a sprawnik? a turma?
VII   371     Bo w wiosce u Soplicy jest żołnierzy hurma,
VII   372     Wszystko jegry! Asesor w domu; tylko świśnie,
VII   373     Tak wraz przymaszerują, stoją jak umyślnie.
VII   374     A co będzie? A jeśli czekacie Francuza,
VII   375     To Francuz jest daleko jeszcze, droga duża.
VII   376     Ja Żyd, o wojnach nie wiem, a byłem w Bielicy
VII   377     I widziałem tam żydków od samej granicy;
VII   378     Słychać, że Francuz stoi nad rzeką Łososną,
VII   379     A wojna jeśli będzie, to chyba aż wiosną.

VII   380     Nu, mówię tak: czekajcie; wszak dwór Soplicowa
VII   381     Nie budka kramna, co się rozbierze, w wóz schowa
VII   382     I pojedzie — dwór jak stał, do wiosny stać będzie;
VII   383     A pan Sędzia to nie jest żydek na arendzie,
VII   384     Nie uciecze, to jego można znaleźć wiosną;
VII   385     A teraz rozejdźcie się, a nie gadać głośno
VII   386     O tem, co było, bo to gadać, to daremno!
VII   387     A czyja łaska Panów Szlachty, proszę ze mną.
VII   388     Moja Siora powiła małego Jankielka,
VII   389     Ja dziś traktuję wszystkich, a muzyka wielka!
VII   390     Każę przynieść kozicę, basetlę, dwie skrzypiec,
VII   391     A pan Maciej Dobrodziej lubi stary lipiec
VII   392     I nowego mazurka; mam nowe mazurki,
VII   393     A wyuczyłem śpiewać fein moje bachurki".

VII   394     Wymowa lubionego powszechnie Jankiela
VII   395     Trafiała do serc; powstał krzyk, oklask wesela,
VII   396     Szmer przyzwolenia nawet za domem się szerzył,
VII   397     Gdy Gerwazy w Jankiela Scyzorykiem zmierzył.
VII   398     Żyd skoczył, wpadł w tłum; Klucznik wołał: "Precz stąd, Żydzie!
VII   399     Nie tkaj palców między drzwi, nie o ciebie idzie!
VII   400     Panie Prusak! że Waszeć sędziowską handlujesz
VII   401     Parą wicin mizernych, to już zań gardłujesz?
VII   402     Zapomniałeś, Mopanku, że ojciec Waszécin
VII   403     Spławiał do Prus dwadzieścia Horeszkowskich wicin?
VII   404     Stąd się zbogacił i on, i jego rodzina;
VII   405     Ba, nawet wszyscy, ilu was tu jest z Dobrzyna.
VII   406     Bo pamiętacie, starzy, słyszeliście młodzi,
VII   407     Że Stolnik był was wszystkich ojciec i dobrodziéj:
VII   408     Kogoż on komisarzem słał do swych dóbr pińskich?
VII   409     Dobrzyńskiego! Rachmistrzów kogo miał? Dobrzyńskich!
VII   410     Marszałkostwa, kredensu nie zwierzał nikomu,
VII   411     Tylko Dobrzyńskim: pełno Dobrzyńskich miał w domu!
VII   412     On forytował wasze w trybunałach sprawy,
VII   413     On wyrabiał u króla dla was chleb łaskawy,
VII   414     Dzieci wasze kopami pomieszczał w konwikcie
VII   415     Pijarskim, na swym koszcie, odzieży i wikcie;
VII   416     Dorosłych promowował także swym nakładem.
VII   417     A dlaczego to robił? Że wam był sąsiadem!
VII   418     Dziś Soplica kopcami tyka waszych granic;
VII   419     Cóż kiedy wam dobrego zrobił on?"
VII   419             "Nic a nic! —
VII   420     Przerwał Konewka — bo to wyrosło z szlachciury,
VII   421     A jak dmie się, phu phu phu, jak nos drze do góry!
VII   422     Pamiętacie, prosiłem na córki wesele;
VII   423     Poję, nie chce pić, mówi: «Nie piję tak wiele
VII   424     Jak wy szlachta; wy szlachta ciągniecie jak bąki!»
VII   425     Ot, magnat! delikacik z marymonckiej mąki!
VII   426     Nie pił, leliśmy w gardło; krzyczał: «Gwałt się dzieje!»
VII   427     Czekaj no, niech no ja mu z Konewki naleję".

VII   428     "Filut — zawołał Chrzciciel — oj, i ja go kropnę
VII   429     Za swoje. Mój syn — było to dziecko roztropne,
VII   430     Teraz tak zgłupiał, że go nazywają Sakiem.
VII   431     A z przyczyny Sędziego został głupcem takim.
VII   432     Mówiłem: «Po co tobie leźć do Soplicowa?
VII   433     Jeżeli cię tam złowię, niech cię Bóg uchowa!»
VII   434     On znowu smyk do Zosi, dybie przez konopie;
VII   435     Złowiłem go, a zatem za uszy i kropię;
VII   436     A on beczy i beczy jak maleńkie chłopie:
VII   437     «Ojcze, choć zabij, muszę tam iść» — a wciąż szlocha.
VII   438     Co tobie? A on mówi, że tę Zosię kocha!
VII   439     Chciałby popatrzyć na nią! Żal mi nieboraka;
VII   440     Mówię Sędziemu: «Sędzio, daj Zosię dla Saka!»
VII   441     On mówi: «Jeszcze mała, czekaj ze trzy lata,
VII   442     Jak sama zechce». Łotr! łże, już ją komuś swata.
VII   443     Słyszałem; już ja się tam na wesele wkręcę,
VII   444     Ja im łoże małżeńskie Kropidłem poświęcę".

VII   445     "I taki łotr — zawołał Klucznik — ma panować?
VII   446     I dawnych panów, lepszych od siebie, rujnować?
VII   447     A Horeszków i pamięć, i imię zaginie!
VII   448     Gdzież jest wdzięczność na świecie? — nie ma jej w Dobrzynie.
VII   449     Bracia! chcecie bój z ruskim wieść imperatorem,
VII   450     A boicie się wojny z Soplicowskim dworem?
VII   451     Strach wam turmy! czyż to ja wzywam na rozboje?
VII   452     Broń Boże! Szlachta Bracia! ja przy prawie stoję.
VII   453     Wszak Hrabia wygrał, zyskał dekretów niemało;
VII   454     Tylko je egzekwować! Tak dawniej bywało:
VII   455     Trybunał pisał dekret, szlachta wypełniała,
VII   456     A szczególniej Dobrzyńscy, i stąd wasza chwała
VII   457     Urosła w Litwie!
VII   457             Wszakże to Dobrzyńscy sami
VII   458     Bili się na zajeździe myskim z Moskalami,
VII   459     Których przywiódł jenerał ruski Wojniłowicz
VII   460     I łotr, przyjaciel jego, pan Wołk z Ługomowicz;
VII   461     Pamiętacie, jak Wołka wzięliśmy w niewolę,
VII   462     Jak chcieliśmy go wieszać na belce w stodole,
VII   463     Iż był tyran dla chłopstwa, a sługa Moskali;
VII   464     Ale się chłopi głupi nad nim zlitowali!
VII   465     (Upiec go muszę kiedyś na tym Scyzoryku).
VII   466     Nie wspomnę innych wielkich zajazdów bez liku,
VII   467     Z których wyszliśmy zawsze, jak szlachcie przystało,
VII   468     I z zyskiem, i aplauzem powszechnym, i z chwałą!

VII   469     Po cóż o tem wspominać! Dziś darmo pan Hrabia,
VII   470     Sąsiad wasz, sprawę toczy, dekrety wyrabia,
VII   471     Już nikt z was pomóc nie chce biednemu sierocie!
VII   472     Dziedzic Stolnika, tego, który żywił krocie,
VII   473     Dziś nie ma przyjaciela oprocz mnie — Klucznika,
VII   474     I ot, tego wiernego mego Scyzoryka!"

VII   475     "I Kropidła! — rzekł Chrzciciel — gdzie ty, Gerwazeńku,
VII   476     Tam i ja, póki ręka, póki plusk plask w ręku.
VII   477     Co dwaj, to dwaj! Dalibóg, mój Gerwazy! ty miecz,
VII   478     Ja mam Kropidło; dalbóg! ja kropię, a ty siecz,
VII   479     I tak szach mach, plusk i plask; oni niech gawędzą!"

VII   480     "Toć i Bartka — rzekł Brzytwa — Bracia nie odpędzą;
VII   481     Już co wy namydlicie, to ja wszystko zgolę".
VII   482     "I ja — przydał Konewka — z wami ruszyć wolę,
VII   483     Gdy ich nie można zgodzić na obior marszałka;
VII   484     Co mi tam głosy, gałki, u mnie insza gałka
VII   485     (Tu wydobył z kieszeni garść kul, dzwonił niemi):
VII   486     Ot, gałki! — krzyknął — w Sędzię gałkami wszystkiemi!"
VII   487     "Do was — wołał Skołuba — do was się łączymy!"
VII   488     "Gdzie wy — krzyknęła szlachta — gdzie wy, to tam i my!
VII   489     Niech żyją Horeszkowie! wiwant Półkozice!
VII   490     Wiwat Klucznik Rębajło! Hajże na Soplice!"

VII   491     I tak wszystkich pociągnął wymowny Gerwazy:
VII   492     Bo wszyscy ku Sędziemu mieli swe urazy,
VII   493     Jak zwyczajnie w sąsiedztwie, to o szkodę skargi,
VII   494     To o wyręby, to o granice zatargi:
VII   495     Jednych gniew, drugich tylko podburzała zawiść
VII   496     Bogactw Sędziego — wszystkich zgodziła nienawiść.
VII   497     Cisną się do Klucznika, podnoszą do góry
VII   498     Szable, pałki...
VII   498             Aż Maciek, dotychczas ponury,
VII   499     Nieruchomy, wstał z ławy i wolnemi kroki
VII   500     Wyszedł na środek izby, i podparł się w boki;
VII   501     I spojrzawszy przed siebie, i kiwając głową,
VII   502     Zabrał głos, wymawiając z wolna każde słowo,
VII   503     Z przestankiem i przyciskiem: "A głupi! a głupi!
VII   504     A głupi wy! Na kim się mleło, na was skrupi.
VII   505     To póki o wskrzeszeniu Polski była rada,
VII   506     O dobru pospolitem, głupi, u was zwada?
VII   507     Nie można było, głupi, ani się rozmówić,
VII   508     Głupi, ani porządku, ani postanowić
VII   509     Wodza nad wami, głupi! A niech no kto podda
VII   510     Osobiste urazy, głupi, u was zgoda!
VII   511     Precz stąd! bo jakem Maciek, was, do milijonów
VII   512     Kroćset kroci tysięcy fur beczek furgonów
VII   513     Diabłów!!!..."
VII   513             Ucichli wszyscy jak rażeni gromem!
VII   514     Ale razem straszliwy powstał krzyk za domem:
VII   515     "Wiwat Hrabia!" On wjeżdżał na folwark Maciejów,
VII   516     Sam zbrojny, za nim zbrojnych dziesięciu dżokejów.
VII   517     Hrabia siedział na dzielnym koniu, w czarnym stroju;
VII   518     Na sukni orzechowy płaszcz włoskiego kroju,
VII   519     Szeroki, bez rękawów, jak wielka opona,
VII   520     Spięty klamrą u szyi, spadał przez ramiona;
VII   521     Kapelusz miał okrągły z piórem, w ręku szpadę,
VII   522     Okręcił się i szpadą powitał gromadę.

VII   523     "Wiwat Hrabia! — krzyknęli — z nim żyć i umierać!"
VII   524     Szlachta zaczęła z chaty przez okna wyzierać
VII   525     I za Klucznikiem coraz ku drzwiom się napierać;
VII   526     Klucznik wyszedł, a za nim tłum przeze drzwi runął,
VII   527     Maciek resztę wypędził, drzwi zamknął, zasunął
VII   528     I przez okno wyjrzawszy, raz jeszcze rzekł: "Głupi!"

VII   529     A tymczasem się szlachta do Hrabiego kupi;
VII   530     Idą w karczmę, Gerwazy wspomniał dawne czasy,
VII   531     Kazał sobie trzy podać od kontuszów pasy,
VII   532     Na nich ze sklepu karczmy beczki wydobywa
VII   533     Trzy: jedną miodu, drugą wódki, trzecią piwa.
VII   534     Wyjął goździe, wnet z szumem trysnęły trzy strugi:
VII   535     Jeden biały jak srebro, krwawnikowy drugi,
VII   536     Trzeci żółty; troistą grają w górze tęczą,
VII   537     A spadając w sto kubków, we sto szklanek brzęczą.
VII   538     Wre szlachta, tamci piją, ci Hrabiemu życzą
VII   539     Lat setnych, wszyscy: "Hajże na Soplice!" krzyczą.

VII   540     Jankiel wymknął się milczkiem, oklep; Prusak równie,
VII   541     Nie słuchany, choć jeszcze rozprawiał wymownie,
VII   542     Chciał zmykać, szlachta w pogoń, wołając, że zdradził.
VII   543     Mickiewicz stał z daleka, ni krzyczał, ni radził,
VII   544     Ale z miny poznano, że coś złego knuje,
VII   545     Więc do kordów, i hajże! On się rejteruje,
VII   546     Odcina się, już ranny, przyparty do płotów,
VII   547     Gdy mu skoczył na odsiecz Zan i trzech Czeczotów.
VII   548     Zaczem rozjęto szlachtę, ale w tym rozruchu
VII   549     Dwóch było ciętych w ręce, ktoś dostał po uchu.
VII   550     Reszta wsiadała na koń.

VII   550             Hrabia i Gerwazy
VII   551     Porządkują, rozdają oręże, rozkazy.
VII   552     W końcu wszyscy przez długą zaścianku ulicę
VII   553     Puścili się w cwał, krzycząc: "Hajże na Soplice!"

VIII          KSIĘGA ÓSMA
VIII          ZAJAZD
VIII          TREŚĆ:
VIII          Astronomia Wojskiego — Uwaga Podkomorzego nad kometami — Tajemnicza scena w pokoju Sędziego — Tadeusz, chcąc zręcznie wyplątać się, wpada w wielkie kłopoty — Nowa Dydo — Zajazd — Ostatnia woźnieńska protestacja — Hrabia zdobywa Soplicowo — Szturm i rzeź — Gerwazy piwnicznym — Uczta zajazdowa.

VIII    1     Przed burzą bywa chwila cicha i ponura,
VIII    2     Kiedy nad głowy ludzi przyleciawszy chmura
VIII    3     Stanie i grożąc twarzą, dech wiatrów zatrzyma,
VIII    4     Milczy, obiega ziemię błyskawic oczyma,
VIII    5     Znacząc te miejsca, gdzie wnet ciśnie grom po gromie:
VIII    6     Tej ciszy chwila była w Soplicowskim domie.
VIII    7     Myśliłbyś, że przeczucie nadzwyczajnych zdarzeń
VIII    8     Ścięło usta i wzniosło duchy w kraje marzeń.

VIII    9     Po wieczerzy i Sędzia, i goście ze dworu
VIII   10     Wychodzą na dziedziniec używać wieczoru;
VIII   11     Zasiadają na przyzbach wysłanych murawą;
VIII   12     Całe grono z posępną i cichą postawą
VIII   13     Pogląda w niebo, które zdawało się zniżać,
VIII   14     Ścieśniać i coraz bardziej ku ziemi przybliżać,
VIII   15     Aż oboje, skrywszy się pod zasłonę ciemną
VIII   16     Jak kochankowie, wszczęli rozmowę tajemną,
VIII   17     Tłumacząc swe uczucia w westchnieniach tłumionych,
VIII   18     Szeptach, szmerach i słowach na wpół wymówionych,
VIII   19     Z których składa się dziwna muzyka wieczoru.

VIII   20     Zaczął ją puszczyk, jęcząc na poddaszu dworu;
VIII   21     Szepnęły wiotkiem skrzydłem niedoperze, lecą
VIII   22     Pod dom, gdzie szyby okien, twarze ludzi świecą;
VIII   23     Bliżej zaś — niedoperzów siostrzyczki, ćmy, rojem
VIII   24     Wiją się, przywabione białym kobiet strojem.
VIII   25     Mianowicie przykrzą się Zosi, bijąc w lice
VIII   26     I w jasne oczki, które biorą za dwie świéce.
VIII   27     Na powietrzu owadów wielki krąg się zbiera,
VIII   28     Kręci się, grając jako harmoniki sfera;
VIII   29     Ucho Zosi rozróżnia wśród tysiąca gwarów
VIII   30     Akord muszek i półton fałszywy komarów.

VIII   31     W polu koncert wieczorny ledwie jest zaczęty;
VIII   32     Właśnie muzycy kończą stroić instrumenty.
VIII   33     Już trzykroć wrzasnął derkacz, pierwszy skrzypak łąki,
VIII   34     Już mu z dala wtórują z bagien basem bąki,
VIII   35     Już bekasy do góry porwawszy się wiją
VIII   36     I bekając raz po raz jak w bębenki biją.

VIII   37     Na finał szmerów muszych i ptaszęcej wrzawy
VIII   38     Odezwały się chórem podwójnym dwa stawy,
VIII   39     Jako zaklęte w górach kaukaskich jeziora,
VIII   40     Milczące przez dzień cały, grające z wieczora.
VIII   41     Jeden staw, co toń jasną i brzeg miał piaszczysty,
VIII   42     Modrą piersią jęk wydał cichy, uroczysty;
VIII   43     Drugi staw, z dnem błotnistem i gardzielem mętnym,
VIII   44     Odpowiedział mu krzykiem żałośnie namiętnym;
VIII   45     W obu stawach piały żab niezliczone hordy,
VIII   46     Oba chory zgodzone w dwa wielkie akordy.
VIII   47     Ten fortissimo zabrzmiał, tamten nuci z cicha,
VIII   48     Ten zdaje się wyrzekać, tamten tylko wzdycha;
VIII   49     Tak dwa stawy gadały do siebie przez pola,
VIII   50     Jak grające na przemian dwie arfy Eola.

VIII   51     Mrok gęstniał; tylko w gaju i około rzeczki,
VIII   52     W łozach, błyskały wilcze oczy jako świeczki,
VIII   53     A dalej, u ścieśnionych widnokręgu brzegów,
VIII   54     Tu i ówdzie ogniska pastuszych noclegów.
VIII   55     Nareszcie księżyc srebrną pochodnię zaniecił,
VIII   56     Wyszedł z boru i niebo i ziemię oświecił.
VIII   57     One teraz, z pomroku odkryte w połowie,
VIII   58     Drzemały obok siebie jako małżonkowie
VIII   59     Szczęśliwi: niebo w czyste objęło ramiona
VIII   60     Ziemi pierś, co księżycem świeci posrebrzona.

VIII   61     Już naprzeciw księżyca gwiazda jedna, druga
VIII   62     Błysnęła; już ich tysiąc, już milijon mruga.
VIII   63     Kastor z bratem Polluksem jaśnieli na czele,
VIII   64     Zwani niegdyś u Sławian: Lele i Polele;
VIII   65     Teraz ich w zodyjaku gminnym znów przechrzczono,
VIII   66     Jeden zowie się Litwą, a drugi Koroną.

VIII   67     Dalej niebieskiej Wagi dwie szale błyskają;
VIII   68     Na nich Bóg w dniu stworzenia (starzy powiadają)
VIII   69     Ważył z kolei wszystkie planety i ziemie,
VIII   70     Nim w przepaściach powietrza osadził ich brzemię;
VIII   71     Potem wagi złociste zawiesił na niebie:
VIII   72     Z nich to ludzie wag i szal wzór wzięli dla siebie.

VIII   73     Na północ świeci okrąg gwiaździstego Sita,
VIII   74     Przez które Bóg (jak mówią) przesiał ziarnka żyta,
VIII   75     Kiedy je z nieba zrucał dla Adama ojca,
VIII   76     Wygnanego za grzechy z rozkoszy ogrojca.

VIII   77     Nieco wyżej Dawida wóz, gotów do jazdy,
VIII   78     Długi dyszel kieruje do Polarnej Gwiazdy.
VIII   79     Starzy Litwini wiedzą o rydwanie owym,
VIII   80     Że niesłusznie pospólstwo zwie go Dawidowym,
VIII   81     Gdyż to jest wóz Anielski. Na nim to przed czasy
VIII   82     Jechał Lucyper, Boga gdy wyzwał w zapasy,
VIII   83     Mlecznym gościńcem pędząc w cwał w niebieskie progi,
VIII   84     Aż go Michał zbił z wozu, a wóz zrucił z drogi.
VIII   85     Teraz, popsuty, między gwiazdami się wala,
VIII   86     Naprawiać go archanioł Michał nie pozwala.

VIII   87     I to wiadomo także u starych Litwinów
VIII   88     (A wiadomość tę pono wzięli od rabinów),
VIII   89     Że ów zodyjakowy Smok, długi i gruby,
VIII   90     Który gwiaździste wije po niebie przeguby,
VIII   91     Którego mylnie Wężem chrzczą astronomowie,
VIII   92     Jest nie wężem, lecz rybą. Lewiatan się zowie.
VIII   93     Przed czasy mieszkał w morzach, ale po potopie
VIII   94     Zdechł z niedostatku wody; więc na niebios stropie,
VIII   95     Tak dla osobliwości, jako dla pamiątki,
VIII   96     Anieli zawiesili jego martwe szczątki.
VIII   97     Podobnie pleban mirski zawiesił w kościele
VIII   98     Wykopane olbrzymów żebra i piszczele.

VIII   99     Takie gwiazd historyje, które z książek zbadał
VIII  100     Albo słyszał z podania, Wojski opowiadał;
VIII  101     Chociaż wieczorem słaby miał wzrok Wojski stary
VIII  102     I nie mógł w niebie dojrzeć nic przez okulary,
VIII  103     Lecz na pamięć znał imię i kształt każdej gwiazdy;
VIII  104     Wskazywał palcem miejsca i drogę ich jazdy.

VIII  105     Dziś go mało słuchano, nie zważano wcale
VIII  106     Na Sito ni na Smoka, ani też na Szale;
VIII  107     Dziś oczy i myśl wszystkich pociąga do siebie
VIII  108     Nowy gość, dostrzeżony niedawno na niebie:
VIII  109     Był to kometa pierwszej wielkości i mocy,
VIII  110     Zjawił się na zachodzie, leciał ku północy;
VIII  111     Krwawym okiem z ukosa na rydwan spoziera,
VIII  112     Jakby chciał zająć puste miejsce Lucypera,
VIII  113     Warkocz długi w tył rzucił i część nieba trzecią
VIII  114     Obwinął nim, gwiazd krocie zagarnął jak siecią
VIII  115     I ciągnie je za sobą, a sam wyżej głową
VIII  116     Mierzy, na północ, prosto w gwiazdę biegunową.

VIII  117     Z niewymownym przeczuciem cały lud litewski
VIII  118     Poglądał każdej nocy na ten cud niebieski,
VIII  119     Biorąc złą wróżbę z niego tudzież z innych znaków;
VIII  120     Bo zbyt często słyszano krzyk złowieszczych ptaków,
VIII  121     Które na pustych polach gromadząc się w kupy,
VIII  122     Ostrzyły dzioby, jakby czekając na trupy.
VIII  123     Zbyt często postrzegano, że psy ziemię ryły
VIII  124     I jak gdyby śmierć wietrząc, przeraźliwie wyły:
VIII  125     Co wróży głód lub wojnę; a strażnicy boru
VIII  126     Widzieli, jak przez smętarz szła dziewica moru,
VIII  127     Która wznosi się czołem nad najwyższe drzewa,
VIII  128     A w lewym ręku chustką skrwawioną powiewa.

VIII  129     Różne stąd wnioski tworzył stojący przy płocie
VIII  130     Cywun, co przyszedł zdawać sprawę o robocie,
VIII  131     I pisarz prowentowy w szeptach z ekonomem.

VIII  132     Lecz Podkomorzy siedział na przyźbie przed domem.
VIII  133     Przerwał rozmowę gości, znać, że głos zabiera;
VIII  134     Błysnęła przy księżycu wielka tabakiera
VIII  135     (Cała z szczerego złota, z brylantów oprawa,
VIII  136     We środku za szkłem portret króla Stanisława);
VIII  137     Zadzwonił w nią palcami, zażył i rzekł: "Panie
VIII  138     Tadeuszu, Waścine o gwiazdach gadanie
VIII  139     Jest tylko echem tego, co słyszałeś w szkole.
VIII  140     Ja o cudzie — prostaków poradzić się wolę.
VIII  141     I ja astronomiji słuchałem dwa lata
VIII  142     W Wilnie, gdzie Puzynina, mądra i bogata
VIII  143     Pani, oddała dochód z wioski dwiestu chłopów
VIII  144     Na zakupienie różnych szkieł i teleskopów;
VIII  145     Ksiądz Poczobut, człek sławny, był obserwatorem
VIII  146     I całej Akademii naonczas rektorem,
VIII  147     Przecież w końcu katedrę i teleskop rzucił,
VIII  148     Do klasztoru, do cichej celi swej powrócił
VIII  149     I tam umarł przykładnie. Znam się też z Śniadeckim,
VIII  150     Który jest mądrym bardzo człekiem, chociaż świeckim.

VIII  151     Owoż astronomowie planetę, kometę,
VIII  152     Uważają tak jako mieszczanie karetę;
VIII  153     Wiedzą, czyli zajeżdża przed króla stolicę,
VIII  154     Czyli z rogatek miejskich rusza za granicę;
VIII  155     Lecz kto w niej jechał? po co? co z królem rozmawiał?
VIII  156     Czy król posła z pokojem, czy z wojną wyprawiał?
VIII  157     O to ani pytają.

VIII  157             Pomnę, za mych czasów,
VIII  158     Gdy Branecki karetą swą ruszył do Jassów
VIII  159     I za tą niepoczciwą pociągnął karetą
VIII  160     Ogon targowiczanów, jak za tą kometą —
VIII  161     Lud prosty, choć w publiczne nie mięszał się rady,
VIII  162     Zgadnął zaraz, że ogon ów jest wróżbą zdrady.
VIII  163     Słychać, że lud dał imię miotły tej komecie,
VIII  164     I powiada, że ona milijon wymiecie".

VIII  165     A na to rzekł z ukłonem Wojski: "Prawda, Jaśnie
VIII  166     Wielmożny Podkomorzy; przypominam właśnie,
VIII  167     Co mnie mówiono niegdyś, małemu dziecięciu,
VIII  168     Pamiętam, choć nie miałem wówczas lat dziesięciu,
VIII  169     Kiedy widziałem w domu naszym nieboszczyka
VIII  170     Sapiehę, pancernego znaku porucznika,
VIII  171     Co potem był nadwornym marszałkiem królewskim,
VIII  172     Na koniec umarł wielkim kanclerzem litewskim,
VIII  173     Miawszy lat sto i dziesięć. Ten, za króla Jana
VIII  174     Trzeciego był pod Wiedniem w chorągwi hetmana
VIII  175     Jabłonowskiego; owoż ów kanclerz powiadał,
VIII  176     Że właśnie kiedy na koń król Jan Trzeci siadał,
VIII  177     Gdy nuncyjusz papieski żegnał go na drogę,
VIII  178     A poseł austryjacki całował mu nogę,
VIII  179     Podając strzemię (poseł zwał się Wilczek hrabia),
VIII  180     Król krzyknął: «Patrzcie, co się na niebie wyrabia»
VIII  181     Spójrzą, alić nad głowy suwał się kometa
VIII  182     Drogą, jaką ciągnęły wojska Mahometa:
VIII  183     Z wschodu na zachód; potem i ksiądz Bartochowski,
VIII  184     Składając panegiryk na tryumf krakowski,
VIII  185     Pod godłem Orientis Fulmen, prawił wiele
VIII  186     O tym komecie; także czytam o nim w dziele
VIII  187     Pod tytułem Janina, gdzie jest opisana
VIII  188     Cała wyprawa króla nieboszczyka Jana
VIII  189     I wyryta chorągiew wielka Mahometa,
VIII  190     I ów taki, jak dziś go widzimy, kometa".

VIII  191     "Amen — rzekł na to Sędzia — ja wróżbę Waszeci
VIII  192     Przyjmuję; oby z gwiazdą zjawił się Jan Trzeci!
VIII  193     Jest na zachodzie wielki dziś bohater; może
VIII  194     Kometa go przywiedzie do nas; co daj Boże!"

VIII  195     Na to rzekł Wojski, głowę pochyliwszy smutnie:
VIII  196     "Kometa czasem wojny, czasem wróży kłótnie!
VIII  197     Niedobrze, iż się zjawił tuż nad Soplicowem:
VIII  198     Może nam grozi jakiem nieszczęściem domowem.
VIII  199     Mieliśmy wczoraj dosyć rozterku i zwady,
VIII  200     Tak w czasie polowania, jako i biesiady,
VIII  201     Rejent kłócił się z rana z panem Asesorem,
VIII  202     A pan Tadeusz wyzwał Hrabiego wieczorem.
VIII  203     Pono spór ten ze skóry niedźwiedziej pochodził;
VIII  204     I gdyby mnie Dobrodziej Sędzia nie przeszkodził,
VIII  205     Ja bym u stołu obu przeciwników zgodził.
VIII  206     Bo chciałem opowiedzieć wypadek ciekawy,
VIII  207     Podobny do zdarzenia wczorajszej wyprawy,
VIII  208     Co trafił się najpierwszym strzelcom za mych czasów,
VIII  209     Posłowi Rejtanowi i księciu Denassów.
VIII  210     Przypadek był takowy:

VIII  210             Jenerał Podolskich
VIII  211     Ziem przejeżdżał z Wołynia do swoich dóbr polskich,
VIII  212     Czy też, gdy dobrze pomnę, na sejm do Warszawy.
VIII  213     Po drodze zwiedzał szlachtę, już to dla zabawy,
VIII  214     Już dla popularności; wstąpił więc do pana
VIII  215     Tadeusza, dziś świętej pamięci, Rejtana,
VIII  216     Który był potem naszym nowogrodzkim posłem
VIII  217     I w którego ja domu od dzieciństwa wzrosłem.
VIII  218     Owoż Rejtan na przyjazd księcia Jenerała
VIII  219     Zaprosił gości — liczna szlachta się zebrała,
VIII  220     Było teatrum (Książę kochał się w teatrze);
VIII  221     Fajerwerk dawał Kaszyc, który mieszka w Jatrze,
VIII  222     Pan Tyzenhauz tancerzy przysłał, a kapele
VIII  223     Ogiński i pan Sołtan, co mieszka w Zdzięciele.
VIII  224     Słowem, dawano huczne nad spodziw zabawy
VIII  225     W domu, a w lasach wielkie robiono obławy.
VIII  226     Wiadomo zaś Waszmościom jest, że prawie wszyscy,
VIII  227     Ile ich zapamiętać można, Czartoryscy,
VIII  228     Choć idą z Jagiellonów krwi, lecz do myślistwa
VIII  229     Nie są bardzo pochopni, pewno nie z lenistwa,
VIII  230     Lecz z gustów cudzoziemskich; i książę Jenerał
VIII  231     Częściej do książek niźli do psiarni zazierał,
VIII  232     I do alkówek damskich częściej niż do lasów.

VIII  233     W świcie Księcia był książę niemiecki Denassów,
VIII  234     O którym powiadano, że w libijskiej ziemi
VIII  235     Goszcząc, polował niegdyś z królmi murzyńskiemi
VIII  236     I tam tygrysa śpisą w ręcznym boju zwalił,
VIII  237     Z czego się bardzo książę ów Denassów chwalił.
VIII  238     U nas zaś polowano na dziki w tę porę;
VIII  239     Rejtan zabił ze sztucca ogromną maciorę,
VIII  240     Z wielkim niebezpieczeństwem, bo z bliska wypalił.
VIII  241     Każdy z nas trafność strzału wydziwiał i chwalił,
VIII  242     Tylko Niemiec Denassów obojętnie słuchał
VIII  243     Pochwał takich i, chodząc, pod nos sobie dmuchał:
VIII  244     Że trafny strzał dowodzi tylko śmiałe oko,
VIII  245     Biała broń śmiałą rękę; i zaczął szeroko
VIII  246     Znowu gadać o swojej Libiji i śpisie,
VIII  247     O swych królach murzyńskich i o swym tygrysie.
VIII  248     Markotno to się stało panu Rejtanowi,
VIII  249     Był człek żywy, uderzył po szabli i mówi:
VIII  250     «Mości Książę! kto patrzy śmiele, walczy śmiele;
VIII  251     Warte dziki tygrysów, a spis karabele» —
VIII  252     I zaczynali z Niemcem dyskurs nazbyt żwawy.
VIII  253     Szczęściem, książę Jenerał przerwał te rozprawy,
VIII  254     Godząc ich po francusku. Co tam gadał, nie wiem,
VIII  255     Ale ta zgoda był to popioł nad żarzewiem,
VIII  256     Bo Rejtan wziął do serca, okazyi czekał
VIII  257     I dobrą sztukę spłatać Niemcowi przyrzekał;
VIII  258     Tej sztuki ledwie własnym nie przypłacił zdrowiem,
VIII  259     A spłatał ją nazajutrz, jak to wnet opowiem".

VIII  260     Tu Wojski umilknąwszy prawą rękę wznosił
VIII  261     I u Podkomorzego tabakiery prosił;
VIII  262     Długo zażywa, kończyć powieści nie raczy,
VIII  263     Jak gdyby chciał zaostrzyć ciekawość słuchaczy.
VIII  264     Zaczynał wreszcie, kiedy znowu mu przerwano
VIII  265     Powieść taką ciekawą, tak pilnie słuchaną!
VIII  266     Bo do Sędziego nagle któś przysłał człowieka,
VIII  267     Donosząc, że z niezwłocznym interesem czeka.

VIII  268     Sędzia, dając dobranoc, żegnał całe grono;
VIII  269     Natychmiast się po różnych stronach rozpierzchniono:
VIII  270     Ci spać do domu, tamci w stodole na sianie;
VIII  271     Sędzia szedł podróżnemu dawać posłuchanie.

VIII  272     Inni już śpią. Tadeusz po sieniach się zwija,
VIII  273     Chodząc jako wartownik około drzwi stryja,
VIII  274     Bo musi w ważnych rzeczach rady jego szukać
VIII  275     Dziś jeszcze, nim spać pójdzie; nie śmie do drzwi stukać.
VIII  276     Sędzia drzwi na klucz zamknął, z kimś tajnie rozmawia;
VIII  277     Tadeusz końca czeka, a ucha nadstawia.

VIII  278     Słyszy wewnątrz szlochanie; nie trącając klamek,
VIII  279     Ostrożnie dziurką klucza zagląda przez zamek.
VIII  280     Widzi rzecz dziwną! Sędzia i Robak na ziemi
VIII  281     Klęczeli objąwszy się i łzami rzewnemi
VIII  282     Płakali, Robak ręce Sędziego całował,
VIII  283     Sędzia Księdza za szyję płacząc obejmował;
VIII  284     Wreszcie po ćwierćgodzinnem przerwaniu rozmowy
VIII  285     Robak po cichu tymi odezwał się słowy:

VIII  286     "Bracie; Bóg wie, żem dotąd tajemnic dochował,
VIII  287     Którem z żalu za grzechy w spowiedzi ślubował;
VIII  288     Że Bogu i Ojczyźnie poświęcony cały,
VIII  289     Nie służąc pysze, ziemskiej nie szukając chwały,
VIII  290     Żyłem dotąd i chciałem umrzeć bernardynem,
VIII  291     Nie wydając nazwiska nie tylko przed gminem,
VIII  292     Ale nawet przed tobą i przed własnym synem!
VIII  293     Wszakże ksiądz prowincyjał dał mi pozwolenie
VIII  294     In articulo mortis zrobić objawienie.
VIII  295     Kto wie, czy wrócę żywy! Kto wie, co się stanie
VIII  296     W Dobrzynie! Bracie! wielkie, wielkie zamieszanie!
VIII  297     Francuz jeszcze daleko; nim przeminie zima,
VIII  298     Trzeba czekać, a szlachta pono nie dotrzyma.
VIII  299     Możem zanadto czynnie z powstaniem się krzątał!
VIII  300     Pono źle zrozumieli! Klucznik wszystko splątał!
VIII  301     Ten wariat Hrabia! słyszę, pobiegł do Dobrzyna!
VIII  302     Nie mogłem go uprzedzić, ważna w tym przyczyna:
VIII  303     Stary Maciek mnie poznał, a jeśli odkryje,
VIII  304     Potrzeba będzie oddać pod Scyzoryk szyję.
VIII  305     Nic Klucznika nie wstrzyma! mniejsza o mą głowę,
VIII  306     Lecz tym odkryciem spisku zerwałbym osnowę.

VIII  307     Przecież dziś tam być muszę! widzieć, co się dzieje,
VIII  308     Choćbym zginął; beze mnie szlachta oszaleje!
VIII  309     Bądź zdrów, najmilszy bracie, bądź zdrów, śpieszyć muszę.
VIII  310     Jeśli zginę, ty jeden westchniesz za mą duszę;
VIII  311     W przypadku wojny tobie cała tajemnica
VIII  312     Wiadoma; kończ, com zaczął, pomnij, żeś Soplica!"

VIII  313     Tu Ksiądz łzy otarł, habit zapiął, kaptur włożył
VIII  314     I okienicę tylną po cichu otworzył,
VIII  315     Widać było, że oknem do ogrodu skakał;
VIII  316     Sędzia, zostawszy jeden, siadł w krześle i płakał.

VIII  317     Chwilę czekał Tadeusz, nim w klamkę zadzwonił;
VIII  318     Otworzono mu; cicho wszedł, nisko się skłonił:
VIII  319     "Stryjaszku Dobrodzieju — rzekł — ledwie dni kilka
VIII  320     Przebawiłem tu, dni te minęły jak chwilka;
VIII  321     Nie miałem czasu z twoim domem się nacieszyć
VIII  322     I z tobą, a odjeżdżać muszę, muszę śpieszyć
VIII  323     Zaraz, dzisiaj, Stryjaszku, a jutro najdaléj:
VIII  324     Wszak pamiętacie, żeśmy Hrabiego wyzwali.
VIII  325     Bić się z nim to rzecz moja, posłałem wyzwanie,
VIII  326     W Litwie jest zakazane pojedynkowanie,
VIII  327     Jadę więc na granicę Warszawskiego Księstwa;
VIII  328     Hrabia, prawda, fanfaron, lecz mu nie brak męstwa,
VIII  329     Na miejsce naznaczone zapewne się stawi,
VIII  330     Rozprawim się; a jeśli Bóg pobłogosławi,
VIII  331     Ukarzę go, a potem za Łososny brzegi
VIII  332     Przepłynę, gdzie mnie bratnie czekają szeregi.
VIII  333     Słyszałem, że mi ojciec testamentem kazał
VIII  334     Służyć w wojsku, a nie wiem, kto testament zmazał".

VIII  335     "Mój Tadeuszku — rzekł stryj — czy Waszeć kąpany
VIII  336     W gorącej wodzie, czy też kręcisz jak lis szczwany,
VIII  337     Co indziej kitą wije, a sam indziej bieży?
VIII  338     Wyzwaliśmy, zapewne, i bić się należy.
VIII  339     Ale jechać dziś, skądżeś Waszeć tak się zaciął?
VIII  340     Przed pojedynkiem zwyczaj jest posłać przyjacioł,
VIII  341     Układać się, wszak Hrabia może nas przeprosić,
VIII  342     Deprekować; czekaj Waść, czasu jeszcze dosyć.
VIII  343     Chyba inny giez jaki Waści stąd wygania,
VIII  344     To gadaj szczerze, po co takie omawiania?
VIII  345     Jestem twój stryj; choć stary, znam, co serce młode;
VIII  346     Byłem ci ojcem (mówiąc gładził go pod brodę).
VIII  347     Już w ucho szepnął o tem mnie mój palec mały,
VIII  348     Że Waszeć masz tu jakieś z damami kabały.
VIII  349     Za katy, prędko teraz młodź do dam się bierze!
VIII  350     No, Tadeuszku, przyznaj mi się Waść, a szczerze".

VIII  351     "Jużci — bąknął Tadeusz — prawda, są przyczyny
VIII  352     Inne, kochany Stryju! może z mojej winy!
VIII  353     Omyłka! cóż? nieszczęście! już trudno naprawić!
VIII  354     Nie, drogi Stryju, dłużej nie mogę tu bawić!
VIII  355     Błąd młodości! Stryjaszku, nie pytaj o więcej,
VIII  356     Ja muszę z Soplicowa wyjeżdżać co prędzej".

VIII  357     "Ho — rzekł stryj — pewnie jakieś miłośne zatargi!
VIII  358     Uważałem, że Waszeć wczoraj gryzłeś wargi
VIII  359     Poglądając spode łba na pewną dziewczynkę,
VIII  360     Widziałem, że i ona miała kwaśną minkę.
VIII  361     Znam ja te wszystkie głupstwa; kiedy dzieci para
VIII  362     Kocha się, to tam u nich nieszczęść co niemiara;
VIII  363     To cieszą się, to znowu trapią się i smucą;
VIII  364     To znowu Bóg wie o co do zębów się skłócą;
VIII  365     To stojąc w kątkach jakby mruki, nie gadają
VIII  366     Do siebie, czasem nawet w pole uciekają.
VIII  367     Jeżeli na was raptus podobny napada,
VIII  368     Bądźcie tylko cierpliwi, już jest na to rada;
VIII  369     Biorę na siebie wkrótce przywieść was do zgody.
VIII  370     Znam ja te wszystkie głupstwa, wszakże byłem młody.
VIII  371     Powiedz mi Wasze wszystko; ja może nawzajem
VIII  372     Coś odkryję i tak się oba poprzyznajem".

VIII  373     "Stryjaszku — rzekł Tadeusz (całując mu rękę
VIII  374     I rumieniąc się) — powiem prawdę; tę panienkę,
VIII  375     Zosię, wychowanicę Stryja, podobałem
VIII  376     Bardzo, choć tylko parę razy ją widziałem;
VIII  377     A mówią, że Stryj dla mnie za żonę przeznacza
VIII  378     Podkomorzankę, piękną i córkę bogacza.
VIII  379     Teraz nie mógłbym z panną Różą się ożenić,
VIII  380     Kiedy kocham tę Zosię; trudno serce zmienić!
VIII  381     Nieuczciwie, żeniąc się z jedną, kochać drugą,
VIII  382     Czas może mnie uleczy; wyjadę — na długo".

VIII  383     "Tadeuszku! — stryj przerwał — to mi dziwny sposób
VIII  384     Kochania się: uciekać od kochanych osób!
VIII  385     Dobrze, żeś szczery; widzisz, głupstwo byś wypłatał
VIII  386     Odjeżdżając: a co Waść powiesz, gdybym swatał
VIII  387     Sam Waci Zosię! He! cóż, nie skoczysz z radości?"

VIII  388     Tadeusz rzekł po chwili: "Dobroć Jegomości
VIII  389     Dziwi mnie! Lecz cóż? łaska Stryja Dobrodzieja
VIII  390     Nie przyda się już na nic! Ach! próżna nadzieja!
VIII  391     Bo pani Telimena nie odda mi Zosi!"
VIII  392     "Będziem prosić" — rzekł Sędzia.
VIII  392             "Nikt jej nie uprosi —
VIII  393     Przerwał prędko Tadeusz — nie, czekać nie mogę,
VIII  394     Stryjaszku, muszę prędko, jutro jechać w drogę.
VIII  395     Daj mi, Stryjaszku, tylko twe błogosławieństwo,
VIII  396     Wszystko przygotowałem, jadę zaraz w Księstwo".

VIII  397     Sędzia wąs kręcąc, z gniewem na chłopca spozierał:
VIII  398     "To Waść tak szczery? takeś mi serce otwierał?
VIII  399     Naprzód ów pojedynek! Potem znowu miłość
VIII  400     I ten wyjazd, oj! jest tu w tem jakaś zawiłość.
VIII  401     Już mnie gadano, jużem kroki Waści badał!
VIII  402     Asan bałamut i trzpiot, Asan kłamstwa gadał.
VIII  403     A gdzież to Asan chodził onegdaj wieczorem?
VIII  404     Czego Asan jak wyżeł tropił pode dworem?
VIII  405     O Tadeuszku! jeśli może Asan Zosię
VIII  406     Zbałamucił i teraz uciekasz? młokosie,
VIII  407     To się Waci nie uda; lubisz czy nie lubisz,
VIII  408     Zapowiadam Asanu, że Zosię poślubisz,
VIII  409     A nie, to bizun — jutro staniesz na kobiercu!
VIII  410     I gada mnie o czuciach! o niezmiennym sercu!
VIII  411     Łgarz jesteś! pfe! ja z Waści, Panie Tadeuszu,
VIII  412     Zrobię śledztwo, ja Waści jeszcze natrę uszu!
VIII  413     Dziś dość miałem kłopotów! Aż mi głowa boli!
VIII  414     Ten mi jeszcze spokojnie zasnąć nie dozwoli!
VIII  415     Idź mi Waść spać!"
VIII  415             To mówiąc, drzwi na wściąż otwierał
VIII  416     I zawołał Woźnego, żeby go rozbierał.

VIII  417     Tadeusz cicho wyszedł, opuściwszy głowę;
VIII  418     Rozbierał w myśli przykrą ze stryjem rozmowę,
VIII  419     Pierwszy raz połajany tak ostro!... ocenił
VIII  420     Słuszność wyrzutów, sam się przed sobą rumienił.
VIII  421     Co począć? jeśli Zosia o wszystkiem się dowie?
VIII  422     Prosić o rękę? a cóż Telimena powie?
VIII  423     Nie — czuł, że nie mógł dłużej zostać w Soplicowie.

VIII  424     Tak zadumany, ledwie zrobił kroków parę,
VIII  425     Gdy mu coś drogę zaszło; spójrzał, widzi marę,
VIII  426     Całą w bieliźnie, długą, wysmukłą i cienką.
VIII  427     Suwała się ku niemu z wyciągniętą ręką,
VIII  428     Od której odbijał się drżący blask miesięczny,
VIII  429     I przystąpiwszy, cicho jęknęła: "Niewdzięczny!
VIII  430     Szukałeś wzroku mego, teraz go unikasz,
VIII  431     Szukałeś rozmów ze mną, dziś uszy zamykasz,
VIII  432     Jakby w słowach, we wzroku mym była trucizna!
VIII  433     Dobrze mi tak, wiedziałam, kto jesteś! — mężczyzna!
VIII  434     Nie znając kokieterii, nie chciałam cię dręczyć,
VIII  435     Uszczęśliwiłam; takżeś umiał mnie zawdzięczyć!
VIII  436     Tryumf nad miękkiem sercem serce twe zatwardził;
VIII  437     Żeś je zdobył zbyt łacno, zbyt prędkoś niem wzgardził!
VIII  438     Dobrze mi tak! lecz straszną nauczona probą,
VIII  439     Wierz mi, iż więcej niż ty — gardzę sama sobą!"

VIII  440     "Telimeno — Tadeusz rzekł — dalbóg, nietwarde
VIII  441     Mam serce ani ciebie unikam przez wzgardę,
VIII  442     Ale uważ no sama, wszak nas widzą, śledzą,
VIII  443     Czyż można tak otwarcie? cóż ludzie powiedzą?
VIII  444     Wszak to nieprzyzwoicie, to, dalbóg, jest grzechem".
VIII  445     "Grzechem! — odpowiedziała mu z gorzkim uśmiechem —

VIII  446     Niewiniątko! baranek! Ja, będąc kobiétą,
VIII  447     Jeśli z miłości nie dbam, choćby mnie odkryto,
VIII  448     Choćby mnie osławiono; a ty, ty mężczyzna?
VIII  449     Cóż szkodzi z was któremu, chociaż się i przyzna,
VIII  450     Że ma romans z dziesięciu razem kochankami?
VIII  451     Mów prawdę: chcesz mnie rzucić?" — Zalała się łzami.

VIII  452     "Telimeno, cóż by świat mówił o człowieku —
VIII  453     Rzekł Tadeusz — który by teraz, w moim wieku,
VIII  454     Zdrów, żył na wsi, kochał się — kiedy tyle młodzi,
VIII  455     Tylu żonatych od żon, od dzieci uchodzi
VIII  456     Za granicę, pod znaki narodowe bieży?
VIII  457     Choćbym chciał zostać, czy to ode mnie zależy?
VIII  458     Ojciec mnie testamentem kazał, abym służył
VIII  459     W wojsku polskiem, teraz stryj ten rozkaz powtórzył.
VIII  460     Jutro jadę, zrobiłem już postanowienie,
VIII  461     I dalbóg, Telimeno, już go nie odmienię".
VIII  462     "Ja — rzekła Telimena — nie chcę ci zagradzać
VIII  463     Drogi do sławy, szczęściu twojemu przeszkadzać!
VIII  464     Jesteś mężczyzną, znajdziesz kochankę godniejszą
VIII  465     Serca twojego, znajdziesz bogatszą, piękniejszą!
VIII  466     Tylko dla mej pociechy niech wiem przed rozstaniem,
VIII  467     Że twoja skłonność była prawdziwem kochaniem,
VIII  468     Że to nie był żart tylko, nie rozpusta płocha,
VIII  469     Lecz miłość; niech wiem, że mnie mój Tadeusz kocha!
VIII  470     Niech słowo «kocham» jeszcze raz z ust twych usłyszę,
VIII  471     Niech je w sercu wyryję i w myśli zapiszę;
VIII  472     Przebaczę łacniej, chociaż przestaniesz mnie kochać,
VIII  473     Pomnąc, jakeś mnie kochał..." — I zaczęła szlochać.

VIII  474     Tadeusz, widząc, że tak płacze i tak błaga
VIII  475     Czule, i tylko takiej drobnostki wymaga,
VIII  476     Wzruszył się, przejęły go szczery żal i litość,
VIII  477     I jeżeliby badał serca swego skrytość,
VIII  478     Może by się w tej chwili i sam nie dowiedział,
VIII  479     Czyli ją kochał, czy nie. — Więc żywo powiedział:
VIII  480     "Telimeno, bogdaj mnie jasny piorun ubił,
VIII  481     Jeśli nieprawda, żem cię, dalbóg, bardzo lubił
VIII  482     Czy kochał; krótkie z sobą spędziliśmy chwile,
VIII  483     Ale one mnie przeszły tak słodko, tak mile,
VIII  484     Że będą długo, zawsze myśli mej przytomne,
VIII  485     I dalibógże, nigdy ciebie nie zapomnę".

VIII  486     Telimena skoczywszy padła mu na szyję:
VIII  487     "Tegom się spodziewała, kochasz mnie, więc żyję!
VIII  488     Bo dzisiaj miałam dni me własną ręką skrócić!
VIII  489     Gdy mnie kochasz, mój drogi, czyż możesz mnie rzucić?
VIII  490     Tobie oddałam serce, oddam ci majątek,
VIII  491     Pójdę za tobą wszędzie; każdy świata kątek
VIII  492     Będzie mnie z tobą miły! Z najdzikszej pustyni
VIII  493     Miłość, wierzaj mi, ogród rozkoszy uczyni".

VIII  494     Tadeusz, wydarłszy się z objęcia przemocą:
VIII  495     "Jak to? — rzekł — czyś z rozumu obrana? gdzie? po co?
VIII  496     Jechać ze mną? Ja, będąc sam prostym żołnierzem,
VIII  497     Włóczyć, czy markietankę?" "To my się pobierzem" —
VIII  498     Rzekła mu Telimena. "Nie, nigdy! — zawoła
VIII  499     Tadeusz. — Ja żenić się nie mam teraz zgoła
VIII  500     Zamiaru ni kochać się — fraszki! dajmy pokój!
VIII  501     Proszę cię, moja droga, rozmyśl się! uspokój!
VIII  502     Ja jestem tobie wdzięczen, ale niepodobna
VIII  503     Żenić się, kochajmy się, ale tak — z osobna.
VIII  504     Zostać dłużej nie mogę; nie, nie, jechać muszę,
VIII  505     Bądź zdrowa, Telimeno moja, jutro ruszę".

VIII  506     Rzekł, nasuwał kapelusz, odwracał się bokiem,
VIII  507     Chcąc iść; lecz go wstrzymała Telimena okiem
VIII  508     I twarzą, jak Meduzy głową; musiał zostać
VIII  509     Mimowolnie; poglądał z trwogą na jej postać,
VIII  510     Stała blada, bez ruchu, bez tchu i bez życia!
VIII  511     Aż wyciągając rękę jak miecz do przebicia,
VIII  512     Z palcem zmierzonym prosto w Tadeusza oczy:
VIII  513     "Tego chciałam — krzyknęła — ha, języku smoczy!
VIII  514     Serce jaszczurcze! To nic, żem tobą zajęta
VIII  515     Wzgardziła Asesora, Hrabię i Rejenta,
VIII  516     Żeś mnie uwiódł i teraz porzucił sierotę,
VIII  517     To nic! Jesteś mężczyzną, znam waszą niecnotę,
VIII  518     Wiem, że jak inni, tak ty mógłbyś wiarę złamać,
VIII  519     Lecz nie wiedziałam, że tak podle umiesz kłamać!
VIII  520     Słuchałam pode drzwiami stryja! więc to dziecko?
VIII  521     Zosia? wpadła ci w oko? i na nią zdradziecko
VIII  522     Dybiesz! Zaledwieś jedną nieszczęsną oszukał,
VIII  523     A jużeś pod jej bokiem nowych ofiar szukał!
VIII  524     Uciekaj, lecz cię moje dościgną przeklęctwa —
VIII  525     Lub zostań, wydam światu twoje bezeceństwa;
VIII  526     Twe sztuki już nie zwiodą innych, jak mnie zwiodły!
VIII  527     Precz! gardzę tobą! jesteś kłamca, człowiek podły!"

VIII  528     Na obelgę śmiertelną dla uszu szlachcica,
VIII  529     I której żaden nigdy nie słyszał Soplica,
VIII  530     Zadrżał Tadeusz, twarz mu pobladła jak trupia,
VIII  531     Tupnąwszy nogą, usta przyciąwszy, rzekł: "Głupia!"

VIII  532     Odszedł; lecz wyraz "podłość" echem się powtórzył
VIII  533     W sercu, wzdrygnął się młodzian, czuł, że nań zasłużył;
VIII  534     Czuł, że wyrządził wielką krzywdę Telimenie,
VIII  535     Że go słusznie skarżyła, mówiło sumnienie;
VIII  536     Lecz czuł, że po tych skargach tem mocniej ją zbrzydził;
VIII  537     O Zosi, ach! pomyślić nie ważył się, wstydził.
VIII  538     Przecież ta Zosia, taka piękna, taka miła!
VIII  539     Stryj swatał ją! może by jego żoną była,
VIII  540     Gdyby nie szatan, co go plącząc w grzech za grzechem,
VIII  541     W kłamstwo za kłamstwem, wreszcie odstąpił z uśmiechem.
VIII  542     Złajany, pogardzony od wszystkich! w dni parę
VIII  543     Zmarnował przyszłość! Uczuł słuszną zbrodni karę.

VIII  544     W tej burzy uczuć, jakby kotwica spoczynku,
VIII  545     Zabłysnęła mu nagle myśl o pojedynku:
VIII  546     "Zamordować Hrabiego! łotra! — krzyknął w gniewie. —
VIII  547     Zginąć albo zemścić się!" A za co? Sam nie wie!
VIII  548     I ten gniew wielki, jak się zajął w mgnieniu oka,
VIII  549     Tak wywietrzał; znów zdjęła go żałość głęboka.
VIII  550     Myślił: "Jeśli prawdziwe było postrzeżenie,
VIII  551     Że Hrabia z Zosią jakieś miał porozumienie,
VIII  552     I cóż stąd? Może Hrabia kocha Zosię szczerze,
VIII  553     Może go ona kocha? za męża wybierze!
VIII  554     Jakimże prawem chciałbym zerwać to zamęście
VIII  555     I, sam nieszczęśnik, wszystkich mam zaburzać szczęście?"

VIII  556     Wpadł w rozpacz i nie widział innego sposobu,
VIII  557     Chyba ucieczkę prędką; gdzie? chyba do grobu!

VIII  558     Więc kułak przycisnąwszy na schylonem czole,
VIII  559     Biegł ku łąkom, gdzie stawy błyszczały się w dole,
VIII  560     I stanął nad błotnistym; w zielonawe tonie
VIII  561     Łakomy wzrok utopił i błotniste wonie
VIII  562     Z rozkoszą ciągnął piersią, i otworzył usta
VIII  563     Ku nim: bo samobójstwo jak każda rozpusta
VIII  564     Jest wymyślną; on w głowy szalonym zawrocie
VIII  565     Czuł niewymowny pociąg utopić się w błocie.

VIII  566     Lecz Telimena, z dzikiej młodzieńca postawy
VIII  567     Zgadując rozpacz, widząc, że pobiegł nad stawy,
VIII  568     Chociaż ku niemu takim słusznym gniewem pała,
VIII  569     Przelękła się; w istocie dobre serce miała.
VIII  570     Żal jej było, że inną śmiał Tadeusz lubić,
VIII  571     Chciała go skarać, ale nie myśliła zgubić;
VIII  572     Więc puściła się za nim, wznosząc ręce obie,
VIII  573     Krzycząc: "Stój! głupstwo! kochaj czy nie! żeń się sobie
VIII  574     Czy jedź! tylko stój!" — Ale on już szybkim biegiem
VIII  575     Wyprzedził ją daleko; już — stanął nad brzegiem.

VIII  576     Dziwnym zrządzeniem losów, po tym samym brzegu
VIII  577     Jechał Hrabia na czele dżokejów szeregu,
VIII  578     A zachwycony wdziękiem nocy tak pogodnej
VIII  579     I harmoniją cudną orkiestry podwodnej,
VIII  580     Owych chorów, co brzmiały jak arfy eolskie
VIII  581     (Żadne żaby nie grają tak pięknie jak polskie),
VIII  582     Wstrzymał konia i o swej zapomniał wyprawie,
VIII  583     Zwrócił ucho do stawu i słuchał ciekawie.
VIII  584     Oczy wodził po polach, po niebios obszarze:
VIII  585     Pewnie układał w myśli nocne peizaże.

VIII  586     Zaiste, okolica była malownicza!
VIII  587     Dwa stawy pochyliły ku sobie oblicza
VIII  588     Jako para kochanków: prawy staw miał wody
VIII  589     Gładkie i czyste jako dziewicze jagody;
VIII  590     Lewy, ciemniejszy nieco, jako twarz młodziana
VIII  591     Smagława i już męskim puchem osypana.
VIII  592     Prawy złocistym piaskiem połyskał się wkoło
VIII  593     Jak gdyby włosem jasnym; a lewego czoło
VIII  594     Najeżone łozami, wierzbami czubate;
VIII  595     Oba stawy ubrane w zieloności szatę.

VIII  596     Z nich dwa strugi, jak ręce związane pospołu,
VIII  597     Ściskają się; strug dalej upada do dołu;
VIII  598     Upada, lecz nie ginie, bo w rowu ciemnotę
VIII  599     Unosi na swych falach księżyca pozłotę;
VIII  600     Woda warstami spada, a na każdej warście
VIII  601     Połyskają się blasku miesięcznego garście,
VIII  602     Światło w rowie na drobne drzazgi się roztrąca,
VIII  603     Chwyta je i w głąb niesie toń uciekająca,
VIII  604     A z góry znów garściami spada blask miesiąca.
VIII  605     Myślałbyś, że u stawu siedzi Świtezianka,
VIII  606     Jedną ręką zdrój leje z bezdennego dzbanka,
VIII  607     A drugą ręką w wodę dla zabawki miota
VIII  608     Brane z fartuszka garście zaklętego złota.

VIII  609     Dalej, z rowu wybiegłszy, strumień na równinie
VIII  610     Rozkręca się, ucisza, lecz widać, że płynie,
VIII  611     Bo na jego ruchomej, drgającej powłoce
VIII  612     Wzdłuż miesięczne światełko drgające migoce.
VIII  613     Jako piękny wąż żmudzki, zwany giwojtosem,
VIII  614     Chociaż zdaje się drzemać, leżąc między wrzosem,
VIII  615     Pełźnie, bo na przemiany srebrzy się i złoci,
VIII  616     Aż nagle zniknie z oczu we mchu lub paproci:
VIII  617     Tak strumień kręcący się chował się w olszynach,
VIII  618     Które na widnokręgu czerniały kończynach,
VIII  619     Wznosząc swe kształty lekkie, niewyraźne oku,
VIII  620     Jak duchy na wpół widne, na poły w obłoku.

VIII  621     Między stawami w rowie młyn ukryty siedzi;
VIII  622     Jako stary opiekun, co kochanków śledzi,
VIII  623     Podsłuchał ich rozmowę, gniewa się, szamoce,
VIII  624     Trzęsie głową, rękami, i groźby bełkoce:
VIII  625     Tak ów młyn nagle zatrząsł mchem obrosłe czoło
VIII  626     I palczastą swą pięścią wykręcając wkoło,
VIII  627     Ledwo kleknął i szczęki zębowate ruszył,
VIII  628     Zaraz miłośną stawów rozmowę zagłuszył
VIII  629     I zbudził Hrabię.

VIII  629             Hrabia, widząc, że tak blisko
VIII  630     Tadeusz naszedł jego zbrojne stanowisko,
VIII  631     Krzyczy: "Do broni! łapaj!" Skoczyli dżokeje;
VIII  632     Nim Tadeusz rozeznać mógł, co się z nim dzieje,
VIII  633     Już go chwycili; biegą do dworu, w podwórze
VIII  634     Wpadają; dwór budzi się, psy w hałas, w krzyk stróże.
VIII  635     Wyskoczył wpół ubrany Sędzia; widzi zgraję
VIII  636     Zbrojną, myśli, że zbójcy, aż Hrabię poznaje.
VIII  637     "Co to jest?" — pyta. Hrabia szpadą nad nim mignął,
VIII  638     Lecz widząc bezbronnego w zapale ostygnął.
VIII  639     "Soplico! — rzekł — odwieczny wrogu mej rodziny.
VIII  640     Dziś skarzę cię za dawne i za świeże winy,
VIII  641     Dziś zdasz mi sprawę z mojej fortuny zaboru,
VIII  642     Nim pomszczę się obelgi mojego honoru!"

VIII  643     Lecz Sędzia żegnając się krzyknął: "W Imię Ojca
VIII  644     I Syna! tfu! Mospanie Hrabia, czy waść zbojca?
VIII  645     Przebóg! czy to się zgadza z Pana urodzeniem,
VIII  646     Wychowaniem i z Pana na świecie znaczeniem?
VIII  647     Nie pozwolę skrzywdzić się!" — Wtem Sędziego słudzy
VIII  648     Biegli, jedni z kijami, ze strzelbami drudzy;
VIII  649     Wojski, stojąc z daleka, poglądał ciekawie
VIII  650     W oczy panu Hrabiemu, a nóż miał w rękawie.

VIII  651     Już mieli zacząć bitwę, lecz Sędzia przeszkodził;
VIII  652     Próżno było bronić się, nowy wróg nadchodził:
VIII  653     Postrzeżono w olszynie blask, wystrzał rusznicy!
VIII  654     Most na rzece zahuczał tętentem konnicy
VIII  655     I "Hajże na Soplicę!" tysiąc głosów wrzasło.
VIII  656     Wzdrygnął się Sędzia, poznał Gerwazego hasło.
VIII  657     "Nic to — zawołał Hrabia — będzie tu nas więcéj,
VIII  658     Poddaj się, Sędzio, to są moi sprzymierzeńcy".

VIII  659     Wtem Asesor nadbiegał krzycząc: "Areszt kładę
VIII  660     W imię Imperatorskiej Mości; oddaj szpadę,
VIII  661     Panie Hrabio, bo wezwę wojskowej pomocy!
VIII  662     A wiesz Pan, że kto zbrojnie śmie napadać w nocy,
VIII  663     Zastrzeżono tysiącznym dwóchsetnym ukazem,
VIII  664     Że jak zło..." Wtem go Hrabia w twarz uderzył płazem.
VIII  665     Padł zgłuszony Asesor i skrył się w pokrzywy;
VIII  666     Wszyscy myśleli, że był ranny lub nieżywy.

VIII  667     "Widzę — rzekł Sędzia — że się na rozbój zanosi".
VIII  668     Jęknęli wszyscy; wszystkich zagłuszył wrzask Zosi,
VIII  669     Która krzyczała, Sędzię objąwszy rękami,
VIII  670     Jako dziecko od Żydów kłute igiełkami.

VIII  671     Tymczasem Telimena wpadła między konie,
VIII  672     Wyciągnęła ku Hrabi załamane dłonie:
VIII  673     "Na twój honor! — krzyknęła przeraźliwym głosem,
VIII  674     Z głową w tył wychyloną, z rozpuszczonym włosem —
VIII  675     Przez wszystko, co jest świętem, na klęczkach błagamy!
VIII  676     Hrabio, śmieszże odmówić? proszą ciebie damy;
VIII  677     Okrutniku, nas pierwej musisz zamordować!"
VIII  678     Padła zemdlona — Hrabia skoczył ją ratować,
VIII  679     Zadziwiony i nieco zmieszany tą sceną.
VIII  680     "Panno Zofijo — rzecze — Pani Telimeno!
VIII  681     Nigdy się krwią bezbronnych ta szpada nie splami;
VIII  682     Soplicowie, jesteście mojemi więźniami.
VIII  683     Tak zrobiłem we Włoszech, kiedy pod opoką,
VIII  684     Którą Sycylijanie zwą Birbante-rokką,
VIII  685     Zdobyłem tabor zbójców; zbrojnych mordowałem,
VIII  686     Rozbrojonych zabrałem i związać kazałem:
VIII  687     Szli za końmi i tryumf mój zdobili świetny,
VIII  688     Potem ich powieszono u podnoża Etny".

VIII  689     Było to osobliwsze szczęście dla Sopliców,
VIII  690     Że Hrabia, mając lepsze konie od szlachciców
VIII  691     I chcąc spotkać się pierwszy, zostawił ich w tyle
VIII  692     I biegł przed resztą jazdy, przynajmniej o milę
VIII  693     Ze swym dżokejstwem, które, posłuszne i karne,
VIII  694     Stanowiło niejako wojsko regularne,
VIII  695     Gdy inna szlachta była, zwyczajem powstania,
VIII  696     Burzliwa i nieźmiernie skora do wieszania.

VIII  697     Hrabia miał czas ostygnąć z zapału i gniewu,
VIII  698     Przemyślał, jak by skończyć bój bez krwi rozlewu;
VIII  699     Więc rodzinę Sopliców w domu zamknąć każe
VIII  700     Jako więźniów wojennych; u drzwi stawi straże.

VIII  701     Wtem "Hajże na Sopliców!" wpada szlachta hurmem,
VIII  702     Obstępuje dwór wkoło i bierze go szturmem,
VIII  703     Tym łacniej, że wódz wzięty i pierzchła załoga;
VIII  704     Lecz zdobywcy chcą bić się, wyszukują wroga.
VIII  705     Do domu nie wpuszczeni, biegą do folwarku,
VIII  706     Do kuchni.

VIII  706             Gdy do kuchni weszli, widok garków,
VIII  707     Ogień ledwie zagasły, potraw zapach świeży,
VIII  708     Chrupanie psów, gryzących ostatki wieczerzy,
VIII  709     Chwyta wszystkich za serca, myśl wszystkich odmienia,
VIII  710     Studzi gniewy, zapala potrzebę jedzenia.
VIII  711     Marszem i całodziennym znużeni sejmikiem,
VIII  712     "Jeść! jeść!" — po trzykroć zgodnym wezwali okrzykiem,
VIII  713     Odpowiedziano: "Pić! pić!" Między szlachty zgrają
VIII  714     Stają dwa chory: ci pić, a ci jeść wołają;
VIII  715     Odgłos leci echami; gdzie tylko dochodzi,
VIII  716     Wzbudza oskomę w ustach, głód w żołądkach rodzi.
VIII  717     I tak na dane z kuchni hasło, niespodzianie
VIII  718     Rozeszła się armija na furażowanie.

VIII  719     Gerwazy, od pokojów Sędziego odparty,
VIII  720     Ustąpić musiał przez wzgląd dla hrabiowskiej warty.
VIII  721     Więc nie mogąc zemścić się na nieprzyjacielu,
VIII  722     Myślił o drugim wielkim tej wyprawy celu.
VIII  723     Jako człek doświadczony i biegły w prawnictwie,
VIII  724     Chce Hrabiego osadzić na nowym dziedzictwie
VIII  725     Legalnie i formalnie; więc za Woźnym biega,
VIII  726     Aż go po długich śledztwach za piecem dostrzega.
VIII  727     Wnet porywa za kołnierz, na dziedziniec wlecze
VIII  728     I zmierzywszy mu w piersi Scyzoryk, tak rzecze:
VIII  729     "Panie Woźny, pan Hrabia śmie Waćpana prosić,
VIII  730     Abyś raczył przed szlachtą bracią wnet ogłosić
VIII  731     Intromisyją Hrabi do zamku, do dworu
VIII  732     Sopliców, do wsi, gruntów zasianych, ugoru,
VIII  733     Słowem, cum gais, boris et graniciebus,
VIII  734     Kmetonibus, scultetis et omnibus rebus
VIII  735     Et quibusdam alijis. Jak tam wiesz, tak szczekaj,
VIII  736     Nic nie opuszczaj!"

VIII  736             "Panie Kluczniku, zaczekaj! —
VIII  737     Rzekł śmiało, ręce za pas włożywszy Protazy —
VIII  738     Gotów jestem wypełniać wszelkie stron rozkazy,
VIII  739     Ale ostrzegam, że akt nie będzie miał mocy,
VIII  740     Wymuszony przez gwałty, ogłoszony w nocy".
VIII  741     "Co za gwałty? — rzekł Klucznik — tu nie ma napaści,
VIII  742     Wszak proszę Pana grzecznie; jeśli ciemno Waści,
VIII  743     To Scyzorykiem skrzesam ognia, że Waszeci
VIII  744     Zaraz w ślepiach jak w siedmiu kościołach zaświeci".

VIII  745     "Gerwazeńku — rzekł Woźny — po co się tak dąsać?
VIII  746     Jestem woźny, nie moja rzecz sprawę roztrząsać;
VIII  747     Wszak wiadomo, że strona woźnego zaprasza
VIII  748     I dyktuje mu, co chce, a woźny ogłasza.
VIII  749     Woźny jest posłem prawa, a posłów nie karzą,
VIII  750     Nie wiem tedy, za co mnie trzymacie pod strażą;
VIII  751     Wnet akt spiszę, niech mi kto latarkę przyniesie,
VIII  752     A tymczasem ogłaszam: Bracia, uciszcie się!"

VIII  753     I by donośniej mówić, wstąpił na stos wielki
VIII  754     Belek (pod płotem sadu suszyły się belki),
VIII  755     Wlazł na nie i zarazem, jakby go wiatr zdmuchnął,
VIII  756     Zniknął z oczu; słyszano, jak w kapustę buchnął;
VIII  757     Widziano, po konopiach ciemnych jego biała
VIII  758     Konfederatka niby gołąb przeleciała.
VIII  759     Konewka strzelił w czapkę, ale chybił celu;
VIII  760     Wtem zatrzeszczały tyki, już Protazy w chmielu —
VIII  761     "Protestuję!" — zawołał; pewny był ucieczki,
VIII  762     Bo za sobą miał łozę i bagniska rzeczki.

VIII  763     Po tej protestacyi, która się ozwała
VIII  764     Jak na zdobytych wałach ostatni strzał działa,
VIII  765     Ustał już wszelki opor w Soplicowskim dworze;
VIII  766     Szlachta głodna plądruje, zabiera, co może.
VIII  767     Kropiciel, stanowisko zająwszy w oborze,
VIII  768     Jednego wołu i dwa cielce w łby zakropił,
VIII  769     A Brzytewka im szablę w gardzielach utopił.
VIII  770     Szydełko równie czynnie używał swej szpadki,
VIII  771     Kabany i prosięta koląc pod łopatki.
VIII  772     Już rzeź zagraża ptastwu. Czujne gęsi stado,
VIII  773     Co niegdyś ocaliło Rzym przed Gallów zdradą,
VIII  774     Darmo gęga o pomoc; zamiast Manlijusza
VIII  775     Wpada w kotuch Konewka, jedne ptaki zdusza,
VIII  776     A drugie żywcem wiąże do pasa kontusza.
VIII  777     Próżno gęsi, szyjami wywijając, chrypią,
VIII  778     Próżno gęsiory sycząc napastnika szczypią.
VIII  779     On bieży; osypany iskrzącym się puchem,
VIII  780     Unoszony jak kółmi gęsich skrzydeł ruchem,
VIII  781     Zdaje się być chochlikiem, skrzydlatym złym duchem.

VIII  782     Ale rzeź najstraszniejsza, chociaż najmniej krzyku,
VIII  783     Między kurami. Młody Sak wpadł do kurniku
VIII  784     I z drabinek, stryczkami łowiąc, ciągnie z góry
VIII  785     Kogutki i szurpate i czubate kury;
VIII  786     Jedne po drugich dusi i składa do kupy,
VIII  787     Ptastwo piękne, karmione perłowemi krupy.
VIII  788     Niebaczny Saku, jakiż zapał cię unosi!
VIII  789     Nigdy już odtąd gniewnej nie przebłagasz Zosi.

VIII  790     Gerwazy przypomina starodawne czasy.
VIII  791     Każe sobie podawać od kontuszów pasy
VIII  792     I nimi z Soplicowskiej piwnicy dobywa
VIII  793     Beczki starej siwuchy, dębniaku i piwa.
VIII  794     Jedne wnet odgwożdżono, a drugie ochoczo
VIII  795     Szlachta, gęsta jak mrówie, porywają, toczą
VIII  796     Do zamku; tam na nocleg cały tłum się zbiera,
VIII  797     Tam założona główna Hrabiego kwatera.

VIII  798     Nakładają sto ognisk, warzą, skwarzą, pieką,
VIII  799     Gną się stoły pod mięsem, trunek płynie rzeką;
VIII  800     Chce szlachta noc tę przepić, przejeść i prześpiewać.
VIII  801     Lecz powoli zaczęli drzemać i poziewać;
VIII  802     Oko gaśnie za okiem, i cała gromada
VIII  803     Kiwa głowami, każdy, gdzie siedział, tam pada:
VIII  804     Ten z misą, ten nad kuflem, ten przy wołu ćwierci.
VIII  805     Tak zwyciężców zwyciężył w końcu sen, brat śmierci.

IX            KSIĘGA DZIEWIĄTA
IX            BITWA
IX            TREŚĆ:
IX            O niebezpieczeństwach wynikających z nieporządnego obozowania — Odsiecz niespodziana — Smutne położenie szlachty — Odwiedziny kwestarskie są wróżbą ratunku — Major Płut zbytnią zalotnością ściąga na siebie burzę — Wystrzał z krócicy, hasło boju — Czyny Kropiciela, czyny i niebezpieczeństwa Maćka — Konewka zasadzką ocala Soplicowo — Posiłki jezdne, atak na piechotę — Czyny Tadeusza — Pojedynek dowódców przerwany zdradą — Wojski stanowczym manewrem przechyla szale boju — Czyny krwawe Gerwazego — Podkomorzy zwyciężca wspaniałomyślny.

IX      1     A chrapali tak twardym snem, że ich nie budzi
IX      2     Blask latarek i wniście kilkudziesiąt ludzi,
IX      3     Którzy wpadli na szlachtę, jak pająki ścienne
IX      4     Nazwane kosarzami na muchy wpółsenne:
IX      5     Zaledwie która bzyknie, już długimi nogi
IX      6     Obejmuje ją wkoło i dusi mistrz srogi.
IX      7     Sen szlachecki był jeszcze twardszy niż sen muszy:
IX      8     Żaden nie bzyka, leżą wszyscy jak bez duszy,
IX      9     Chociaż byli chwytani silnymi rękoma
IX     10     I przewracani jako na przewiąsłach słoma.

IX     11     Tylko jeden Konewka, któremu w powiecie
IX     12     Nie znajdziesz równie mocnej głowy przy bankiecie,
IX     13     Konewka, co mógł wypić lipcu dwa antały,
IX     14     Nim mu splątał się język i nogi zachwiały,
IX     15     Ten, choć długo ucztował i usnął głęboko,
IX     16     Dawał przecie znak życia; przemknął jedno oko
IX     17     I widzi! istne zmory! dwie okropne twarze
IX     18     Tuż nad sobą, a każda ma wąsów po parze;
IX     19     Dyszą nad nim, ust jego tykają wąsami
IX     20     I czworgiem rąk wokoło wiją jak skrzydłami;
IX     21     Zląkł się, chciał przeżegnać się: darmo rękę chwyta,
IX     22     Ręka prawa jak gdyby do boku przybita;
IX     23     Ruszył lewą, niestety! czuje, że go duchy
IX     24     Spowiły ciasno, jako niemowlę w pieluchy;
IX     25     Zląkł się jeszcze okropniej, wnet oko zawiera,
IX     26     Leży nie dysząc, stygnie, ledwie nie umiera!

IX     27     Lecz Kropiciel zerwał się bronić się — po czasie!
IX     28     Bo już był skrępowany we swym własnym pasie;
IX     29     Przecież zwinął się i tak sprężyście podskoczył,
IX     30     Że padł na piersi sennych, po głowach się toczył,
IX     31     Miotał się jako szczupak, gdy się w piasku rzuca.
IX     32     A ryczał jako niedźwiedź, bo miał silne płuca.
IX     33     Ryczał: "Zdrada!" Wnet cała zbudzona gromada
IX     34     Chorem odpowiedziała: "Zdrada! gwałtu! zdrada!"

IX     35     Krzyk dochodzi echami zwierciadlanej sali,
IX     36     Kędy Hrabia, Gerwazy i dżokeje spali;
IX     37     Przebudza się Gerwazy, darmo się wydziera,
IX     38     Związany w kij do swego własnego rapiera;
IX     39     Patrzy, widzi przy oknie ludzi uzbrojonych,
IX     40     W czarnych, krótkich kaszkietach, w mundurach zielonych;
IX     41     Jeden z nich, opasany szarfą, trzymał szpadę
IX     42     I ostrzem jej kierował swych drabów gromadę,
IX     43     Szepcąc: "Wiąż! wiąż!"
IX     43             Dokoła leżą jak barany
IX     44     Dżokeje w pętach, Hrabia siedzi nie związany,
IX     45     Lecz bezbronny; przy nim dwaj z gołemi bagnety
IX     46     Stoją drabi. — Poznał ich Gerwazy, niestety!
IX     47     Moskale!!!

IX     47             Nieraz Klucznik był w podobnych trwogach,
IX     48     Nieraz miewał powrozy na ręku i nogach,
IX     49     A przecież się uwalniał; wiedział o sposobie
IX     50     Rwania więzów, był silny bardzo, ufał sobie.
IX     51     Przemyślał ratować się milczkiem; oczy zmrużył,
IX     52     Niby śpi, z wolna ręce i nogi przedłużył,
IX     53     Dech wciągnął, brzuch i piersi ścisnął co najwężej;
IX     54     Aż jednym razem kurczy, wydyma się, pręży,
IX     55     Jak wąż, głowę i ogon gdy chowa w przeguby,
IX     56     Tak Gerwazy z długiego stał się krótki, gruby;
IX     57     Rozciągnęły się, nawet skrzypnęły powrozy,
IX     58     Ale nie pękły! Klucznik ze wstydu i zgrozy
IX     59     Przewrócił się i w ziemię schowawszy twarz gniewną,
IX     60     Zamknąwszy oczy, leżał nieczuły jak drewno.

IX     61     Wtem ozwały się bębny, naprzód z rzadka, potem
IX     62     Coraz gęstszym i coraz głośniejszym łoskotem;
IX     63     Na ten apel rozkazał oficer Moskali
IX     64     Dżokejów z Hrabią zamknąć pod strażą na sali,
IX     65     Szlachtę wieść na dwór, kędy stała druga rota.
IX     66     Nadaremnie Kropiciel dąsa się i miota.

IX     67     Sztab stał we dworze, a z nim zbrojnej szlachty wiele:
IX     68     Podhajscy, Birbaszowie, Hreczechy, Biergele,
IX     69     Wszyscy Sędziego krewni albo przyjaciele.
IX     70     Na odsiecz mu przybiegli słysząc o napadzie,
IX     71     Zwłaszcza że z Dobrzyńskimi byli z dawna w zwadzie.

IX     72     Kto z wiosek batalijon Moskalów sprowadził?
IX     73     Kto tak prędko sąsiedztwo z zaścianków zgromadził?
IX     74     Asesor-li, czy Jankiel? Różnie słychać o tem,
IX     75     Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem.

IX     76     Już też i słońce wschodzi, krwawo się czerwieni,
IX     77     Brzegiem tępym, jak gdyby odartym z promieni,
IX     78     Na wpół widne, na poły w czerni chmur się chowa
IX     79     Jak rozżarzona w węglach kowalskich podkowa.
IX     80     Wiatr wzmagał się i pędził obłoki ze wschodu,
IX     81     Gęste i poszarpane jako bryły lodu;
IX     82     Każdy obłok w przelocie deszczem zimnym prószy,
IX     83     Z tyłu za nim wiatr leci i deszcz znowu suszy,
IX     84     Za wiatrem znowu obłok nadbiega wilgotny:
IX     85     I tak dzień na przemiany był chłodny i słotny.

IX     86     Tymczasem Major belki schnące pode dworem
IX     87     Każe wlec, w każdej belce wysiekać toporem
IX     88     Półokrągłe otwory, w te otwory wtyka
IX     89     Nogi więźniów i drugą belką je zamyka.
IX     90     Oba drewna goździami przebite po rogach
IX     91     Ścisnęły się, jako psie paszczęki, na nogach.
IX     92     Zaś powrozami mocniej sznurowano ręce
IX     93     Na plecach szlachty; Major, ku większej ich męce,
IX     94     Kazał pierwej pozdzierać z głów konfederatki,
IX     95     Z pleców płaszcze, kontusze, nawet taratatki,
IX     96     Nawet żupany. I tak szlachta, skuta w kłodzie,
IX     97     Siedziała rzędem, dzwoniąc zębami na chłodzie
IX     98     I na deszczu, bo coraz wzmagała się słota,
IX     99     Nadaremnie Kropiciel dąsa się i miota.

IX    100     Darmo Sędzia za szlachtą instancyję wnosi
IX    101     I Telimena łączy prośby do łez Zosi,
IX    102     Ażeby miano większy wzgląd na niewolników.
IX    103     Wprawdzie oficer rotny, pan Nikita Ryków,
IX    104     Moskal, lecz dobry człowiek, dał się udobruchać,
IX    105     Cóż, kiedy sam majora Płuta musiał słuchać!

IX    106     Ten major, Polak rodem, z miasteczka Dzierowicz,
IX    107     Nazywał się (jak słychać) po polsku Płutowicz,
IX    108     Lecz przechrzcił się; łotr wielki, jak się zwykle dzieje
IX    109     Z Polakiem, który w carskiej służbie zmoskwicieje.
IX    110     Płut stał z fajką przed frontem, w boki się podpierał
IX    111     I gdy mu kłaniano się, nos w górę zadzierał,
IX    112     A za odpowiedź, na znak gniewnego humoru,
IX    113     Wypuścił z ust kłąb dymu i poszedł do dworu.

IX    114     A tymczasem Rykowa Sędzia ułagadza
IX    115     I Asesora także na bok odprowadza;
IX    116     Przemyślają, jak by rzecz zakończyć bez sądu,
IX    117     A co jeszcze ważniejsza, bez mieszań się rządu.

IX    118     Więc do majora Płuta rzekł kapitan Ryków:
IX    119     "Panie Major! co nam z tych wszystkich niewolników?
IX    120     Oddamy pod sąd? będzie szlachcie wielka bieda,
IX    121     A Panu Majorowi nikt za to nic nie da.
IX    122     Wiesz co, Major? ot, lepiej tę sprawę zagodzić,
IX    123     Pan Sędzia Majorowi musi trud nagrodzić,
IX    124     My powiemy, że my tu przyszli dla wizyty,
IX    125     A tak i kozy całe, i wilk będzie syty.
IX    126     Przysłowie ruskie: Wszystko można, lecz ostrożnie:
IX    127     I to przysłowie: Sobie piecz na carskim rożnie;
IX    128     I to przysłowie: Lepsza zgoda od niezgody;
IX    129     Zaplątaj dobrze węzeł, końce wsadź do wody.
IX    130     Raportu nie podamy, tak się nikt nie dowie.
IX    131     Bóg dał ręce, żeby brać, to ruskie przysłowie".

IX    132     Słysząc to Major wstaje i od gniewu parska:
IX    133     "Czy ty oszalał, Ryków? to służba cesarska,
IX    134     A służba nie jest drużba, stary, głupi Ryków!
IX    135     Czy ty oszalał? ja mam puszczać buntowników!
IX    136     W takim wojennym czasie! Ha, pany Polaki,
IX    137     Ja was nauczę buntu! Ha, szlachta łajdaki,
IX    138     Dobrzyńscy, oj, ja znam was! Niech łajdaki mokną!
IX    139     (I zaśmiał się na całe gardło, patrząc w okno).
IX    140     Wszakże ten sam Dobrzyński, co siedzi w surducie —
IX    141     Hej, zdjąć mu surdut! — w roku przeszłym na reducie
IX    142     Zaczął ze mną tę kłótnię. Kto zaczął? on, nie ja.
IX    143     On, gdy tańczyłem, krzyknął: «Precz, za drzwi złodzieja»
IX    144     Że wtenczas za pułkowej okradzenie kasy
IX    145     Byłem pod śledztwem, miałem wielkie ambarasy,
IX    146     A jemu co do tego? Ja tańczę mazura,
IX    147     On krzyczy z tyłu: «Złodziej!» — Szlachta za nim: «Ura!»
IX    148     Skrzywdzili mnie — a co? wpadł w me szpony szlachciura.
IX    149     Mówiłem: Ej, Dobrzyński! ej, przyjdzie do woza
IX    150     Koza — a co? Dobrzyński, widzisz! będzie łoza".

IX    151     Potem Sędziemu szepnął, schyliwszy się, w ucho:
IX    152     "Jeśli chcesz, Sędzio, żeby to uszło na sucho,
IX    153     Za każdą głowę tysiąc rubelków gotówką.
IX    154     Tysiąc rubelków, Sędzio, to ostatnie słówko".

IX    155     Sędzia chciał targować się, lecz Major nie słuchał,
IX    156     Znowu biegał po izbie, dymem gęsto buchał,
IX    157     Podobny do szmermelu albo do rakiety.
IX    158     Chodziły za nim prosząc i płacząc kobiety.
IX    159     "Majorze — mówił Sędzia — choć pozwiesz do prawa,
IX    160     Cóż wygrasz? Tu nie zaszła żadna bitwa krwawa,
IX    161     Nie było ran; że zjedli kury i półgąski,
IX    162     Za to wedle Statutu zapłacą nawiązki.
IX    163     Ja na pana Hrabiego nie zanoszę skargi,
IX    164     To tylko były zwykłe sąsiedzkie zatargi".
IX    165     "A czy Sędzia — rzekł Major — żółtą księgę czytał?"
IX    166     "Co to za żółta księga?" pan Sędzia zapytał.

IX    167     "Księga — rzekł Major — lepsza niż wasze statuty,
IX    168     A w niej pisze co słowo: stryczek, Sybir, knuty;
IX    169     Księga ustaw wojennych, teraz w Litwie całéj
IX    170     Ogłoszonych; już pod stół wasze trybunały.
IX    171     Podług ustaw wojennych za takową psotę
IX    172     Pójdziecie już to najmniej w sybirną robotę".

IX    173     "Apeluję — rzekł Sędzia — do gubernatora".
IX    174     "Apeluj — rzekł Płut — choćby do Imperatora.
IX    175     Wiesz, że gdy Imperator zatwierdza ukazy,
IX    176     Z łaski swej często karę powiększa dwa razy.
IX    177     Apelujcie, ja może wynajdę w potrzebie,
IX    178     Mospanie Sędzio, dobry kruczek i na ciebie.
IX    179     Wszak Jankiel, szpieg, którego już rząd dawno śledzi,
IX    180     Jest twoim domownikiem, w karczmie twojej siedzi.
IX    181     Mogę teraz was wszystkich wziąć w areszt od razu".
IX    182     "Mnie — rzekł Sędzia — brać w areszt? jak śmiesz bez rozkazu?"
IX    183     I przychodziło coraz do żywszego sporu,
IX    184     Gdy nowy gość zajechał na dziedziniec dworu.

IX    185     Wjazd tłumny, dziwny. Przodem, niby laufer, bieży
IX    186     Ogromny, czarny baran, a łeb mu się jeży
IX    187     Czterema rogami, z których dwa jako kabłąki
IX    188     Kręcą się koło uszu, ubrane we dzwonki,
IX    189     A dwa, od czoła na bok wysuwając końce,
IX    190     Wstrząsają kulki krągłe, mosiężne, brzęczące.
IX    191     Za baranem szły woły, trzoda owiec, kozy,
IX    192     Za bydłem cztery ciężko pakowane wozy.

IX    193     Wszyscy odgadli, że to wjazd księdza Kwestarza.
IX    194     Więc pan Sędzia, powinność znając gospodarza,
IX    195     Stał w progu witać gościa. Ksiądz na pierwszej bryce
IX    196     Jechał, kapturem na wpół zasłoniwszy lice,
IX    197     Ale go wnet poznano, bo gdy więźniów minął,
IX    198     Zwrócił się ku nim twarzą, palcem na znak skinął.
IX    199     I drugiej bryki furman równie był poznany:
IX    200     Stary Maciek Rózeczka, za chłopa przebrany;
IX    201     Szlachta zaczęła krzyczeć, skoro się pokazał,
IX    202     On rzekł: "Głupi!" — i ręką milczenie nakazał.
IX    203     Na trzecim wozie Prusak w kubraku wytartym,
IX    204     A pan Zan z Mickiewiczem jechali na czwartym.

IX    205     A tymczasem Podhajscy i Isajewicze,
IX    206     Birbasze, Wilbikowie, Biergele, Kotwicze,
IX    207     Widząc szlachtę Dobrzyńskich w tej ciężkiej niewoli,
IX    208     Zaczęli z dawnych gniewów ostygać powoli.
IX    209     Bo szlachta polska, chociaż niezmiernie kłotliwa
IX    210     I porywcza do bitew, przecież nie jest mściwa.
IX    211     Biegą więc do Macieja starego po radę.
IX    212     On koło wozów całą ustawia gromadę,
IX    213     Każe czekać.

IX    213             Bernardyn wstąpił do pokoju.
IX    214     Zaledwie go poznano, choć nie zmienił stroju,
IX    215     Tak przybrał inną postać. Zwyczajnie ponury,
IX    216     Zamyślony, a teraz głowę wzniósł do góry
IX    217     I z miną rozjaśnioną, jak kwestarz rubacha,
IX    218     Nim zaczął gadać, długo śmiał się:

IX    218             "Cha, cha, cha, cha,
IX    219     Kłaniam, kłaniam! cha, cha, cha, wyśmienicie, przednie!
IX    220     Panowie oficery, kto poluje we dnie,
IX    221     Wy w nocy! dobry połów, widziałem zwierzynę;
IX    222     Oj, skubać, skubać szlachtę, oj, drzeć z nich łupinę!
IX    223     Oj, weźcież ich na munsztuk, bo też szlachta bryka!
IX    224     Winszuję ci, Majorze, żeś złowił Hrabika!
IX    225     To tłuścioszek, to bogacz, panicz z antenatów,
IX    226     Nie wypuszczaj go z klatki bez trzystu dukatów;
IX    227     A jak weźmiesz, na klasztor daj jakie trzy grosze
IX    228     I dla mnie, bo ja zawżdy za twą duszę proszę.
IX    229     Jakem bernardyn, bardzo myślę o twej duszy!
IX    230     Śmierć i sztabsoficerów porywa za uszy!
IX    231     Dobrze napisał Baka, że śmierć dżga za katy
IX    232     W szkarłaty i po suknie nieraz dobrze stuknie,
IX    233     I po płótnie tak utnie, jak i po kapturze,
IX    234     I po fryzurze równie, jak i po mundurze.
IX    235     Śmierć matula, powiada Baka, jak cybula
IX    236     Łzy wyciska, gdy ściska, a równie przytula
IX    237     I dziecko, co się lula, i zucha, co hula!
IX    238     Ach! ach! Majorze, dzisiaj żyjem, jutro gnijem,
IX    239     To tylko nasze, co dziś zjemy i wypijem!
IX    240     Panie Sędzio, wszakże to czas podobno śniadać?
IX    241     Siadam za stół i proszę wszystkich ze mną siadać;
IX    242     Majorze, gdyby zrazów? Panie Poruczniku,
IX    243     Co myślisz? gdyby wazę dobrego ponczyku?"

IX    244     "To prawda, Ojcze — rzekli dwaj oficerowie —
IX    245     Czas by już zjeść i wypić Pana Sędzi zdrowie!"

IX    246     Zdziwili się domowi, patrząc na Robaka,
IX    247     Skąd mu się wzięła mina i wesołość taka.
IX    248     Sędzia wnet kucharzowi powtórzył rozkazy;
IX    249     Wniesiono wazę, cukier, butelki i zrazy.
IX    250     Płut i Ryków tak czynnie zaczęli się zwijać,
IX    251     Tak łakomie połykać i gęsto zapijać,
IX    252     Że w pół godziny zjedli dwadzieścia trzy zrazy
IX    253     I wychylili ponczu ogromne pół wazy.

IX    254     Więc Major syt i wesół w krześle się rozwalił,
IX    255     Dobył fajkę, biletem bankowym zapalił
IX    256     I otarłszy śniadanie z ust końcem serwety,
IX    257     Obrócił śmiejące się oczy na kobiety
IX    258     I rzekł: "Ja, piękne Panie, lubię was jak wety!
IX    259     Na me szlify majorskie, gdy człek zjadł śniadanie,
IX    260     Najlepszą jest po zrazach zakąską gadanie
IX    261     Z paniami tak pięknymi jak wy, piękne Panie!

IX    262     Wiecie co? grajmy w karty! w welba-cwelba? w wista?
IX    263     Albo pójdźmy mazurka? he! do diabłów trzysta!
IX    264     Wszak ja w jegierskim pułku pierwszy mazurzysta!"
IX    265     Zaczem ku damom bliżej chylił się wygięty
IX    266     I puszczał na przemiany dym i komplementy.

IX    267     "Tańczyć! — zawołał Robak — gdy wychylę flaszę,
IX    268     To i ja, choć ksiądz, habit czasami podkaszę
IX    269     I potańczę mazurka! Ale wiesz, Majorze,
IX    270     My tu pijem, a jegry tam zmarzną na dworze?
IX    271     Hulać, to hulać! Sędzio, daj beczkę siwuchy!
IX    272     Major pozwoli, niechaj piją jegry zuchy!"
IX    273     "Prosiłbym — rzecze Major — lecz w tem nie ma musu".
IX    274     "Daj, Sędzio — szepnął Robak — beczkę spirytusu".
IX    275     I tak, kiedy we dworze sztab wesoły łyka,
IX    276     Za domem zaczęła się w wojsku pijatyka.

IX    277     Rykow kapitan milczkiem kielichy wychylał,
IX    278     Lecz Major pił i razem damom się przymilał,
IX    279     A wzmagał się w nim coraz tańcowania zapał;
IX    280     Rzucił fajkę i rękę Telimeny złapał,
IX    281     Chciał tańczyć, lecz uciekła; więc podszedł do Zosi,
IX    282     Kłaniając się, słaniając, do mazurka prosi:
IX    283     "Hej! ty Ryków, przestańże tam trąbić na fajce,
IX    284     Precz fajka, wszak ty dobrze grasz na bałabajce;
IX    285     Widzisz no tam gitarę, pódź no, weź gitarę,
IX    286     I mazurka! ja, Major, idę w pierwszą parę".
IX    287     Kapitan wziął gitarę i strony przykręcał,
IX    288     Płut znowu Telimenę do tańca zachęcał.

IX    289     "Słowo majorskie, Panno, nie Rosyjaninem
IX    290     Jestem, jeżeli kłamię! chcę być sukinsynem,
IX    291     Jeżeli kłamię; spytaj, a oficerowie
IX    292     Wszyscy poświadczą, cała armija to powie,
IX    293     Że w tej drugiej armiji, w korpusie dziewiątym,
IX    294     W drugiej pieszej dywizji, w pułku pięćdziesiątym
IX    295     Jegierskim major Płut jest pierwszy mazurzysta.
IX    296     Pódźże, Panienko! nie bądź taka narowista!
IX    297     Bo ja po oficersku ukarzę Panienkę..."

IX    298     To mówiąc skoczył, chwycił Telimeny rękę
IX    299     I szerokim całusem w białe ramię klasnął,
IX    300     Gdy Tadeusz, przypadłszy z boku, w twarz mu trzasnął.
IX    301     I całus, i policzek ozwały się razem,
IX    302     Jeden za drugim, jako wyraz za wyrazem.

IX    303     Major osłupiał, oczy przetarł, z gniewu blady
IX    304     Zawołał: "Bunt! buntownik!" — i dobywszy szpady,
IX    305     Biegł przebić; wtem Ksiądz dostał z rękawa krócicę:
IX    306     "Pal, Tadeuszku! — krzyknął — pal jak w jasną świécę!"
IX    307     Tadeusz wnet pochwycił, wymierzył, wypalił,
IX    308     Chybił, ale Majora zgłuszył i osmalił.
IX    309     Porywa się z gitarą Ryków: "Bunt! bunt!" — woła,
IX    310     Wpada na Tadeusza; lecz Wojski zza stoła
IX    311     Machnął ręką na odlew; nóż w powietrzu świsnął
IX    312     Między głowy i pierwej uderzył, niż błysnął.
IX    313     Uderza w dno gitary, na wylot ją wierci,
IX    314     Schylił się na bok Ryków i tak uszedł śmierci.
IX    315     Lecz strwożył się; krzyknąwszy: "Jegry! bunt! Jej Bogu!"
IX    316     Dobył szpady, broniąc się zbliżał się do progu.

IX    317     Wtem z drugiej strony izby wpada szlachty wiele
IX    318     Przez okna, z rapierami, Rózeczka na czele.
IX    319     Płut w sieni, Ryków za nim, wołają żołnierzy,
IX    320     Już trzech najbliższych domu na pomoc im bieży;
IX    321     Już przeze drzwi włażą trzy błyszczące bagnety,
IX    322     A za nimi trzy czarne schylone kaszkiety.

IX    323     Maciek stał u drzwi z Rózgą wzniesioną do góry,
IX    324     Lgnąc do ściany, czatował jako kot na szczury,
IX    325     Aż ciął okropnie; może głowy by trzy zwalił,
IX    326     Lecz stary, czy nie dojrzał, czy zbyt się zapalił,
IX    327     Bo nim szyje wytknęli, rąbnął po kaszkietach,
IX    328     Zdarł je; Rózga spadając brzękła po bagnetach.
IX    329     Moskale cofają się, Maciek ich wygania
IX    330     Na dziedziniec.

IX    330             Tam jeszcze więcej zamieszania.
IX    331     Tam stronnicy Sopliców pracują w zawody
IX    332     Nad rozkuciem Dobrzyńskich, rozrywają kłody;
IX    333     Widząc to jegry za broń porywają, biegą;
IX    334     Szerżant, wpadłszy, bagnetem przebił Podhajskiego,
IX    335     Dwóch drugich szlachty zranił, do trzeciego strzela,
IX    336     Uciekają; było to przy kłodzie Chrzciciela.

IX    337     Ten już miał ręce wolne, gotowe ku walce:
IX    338     Wstał, podniósł dłoń i zwinął w kłąbek długie palce,
IX    339     I z góry tak uderzył w grzbiet Rosyjanina,
IX    340     Że twarz jego i skroń wbił w zamek karabina.
IX    341     Trzasł zamek, lecz zalany krwią proch już nie spalił;
IX    342     Szerżant u nóg Chrzciciela na swą broń się zwalił.
IX    343     Chrzciciel schyla się, chwyta karabin za rurę
IX    344     I wijąc jak kropidłem, podnosi go w górę,
IX    345     Robi młynka, dwóch zaraz szeregowych zwala
IX    346     Po ramionach i w głowę ugadza kaprala;
IX    347     Reszta zlękła od kłody cofa się z przestrachem:
IX    348     Tak Kropiciel ruchomym nakrył szlachtę dachem.

IX    349     Zaczem rozbito kłodę, rozcięto powrozy,
IX    350     Szlachta już wolna wpada na kwestarskie wozy,
IX    351     Z nich dobywa rapiery, pałasze, tasaki,
IX    352     Kosy, strzelby; Konewka znalazł dwa szturmaki
IX    353     I worek kul; wsypał je do swego szturmaka,
IX    354     Drugi, równie nabiwszy, ustąpił dla Saka.

IX    355     Jegrów więcej przybywa, mięszają się, tłuką;
IX    356     Szlachta w zgiełku nie może ciąć krzyżową sztuką,
IX    357     Jegry nie mogą strzelać, już walczą wręcz, z bliska —
IX    358     Już stal, ząb za ząb o stal porwawszy się, pryska,
IX    359     Bagnet o szablę, kosa o gifes się łamie,
IX    360     Pięść spotyka się z pięścią i z ramieniem ramię.

IX    361     Lecz Ryków z częścią jegrów pobiegł, gdzie stodoła
IX    362     Tyka płotów; tam staje, na żołnierzy woła,
IX    363     Ażeby zaprzestali bitwę tak bezładną,
IX    364     Gdzie nie używszy broni, pod pięściami padną.
IX    365     Gniewny, że sam nie może dać ognia, bo w tłumie
IX    366     Moskalów od Polaków rozróżnić nie umie,
IX    367     Woła: "Stroj się!" (co znaczy: formuj się do szyku),
IX    368     Ale komendy jego nie słychać śród krzyku.

IX    369     Stary Maciek, do ręcznych zapasów niezdolny,
IX    370     Rejterował się, czyniąc przed sobą plac wolny
IX    371     Na prawo i na lewo; tu końcem szablicy
IX    372     Uciera bagnet z rury jako knot ze świécy;
IX    373     Tam machnąwszy na odlew, ścina albo kole.
IX    374     I tak ostrożny Maciek ustępuje w pole.

IX    375     Lecz z największym na niego naciera uporem
IX    376     Stary Gifrejter, co był pułku instruktorem,
IX    377     Wielki mistrz na bagnety; zebrał się sam w sobie,
IX    378     Skurczył się, a karabin porwał w ręce obie,
IX    379     Prawą u zamka, lewą w pół rury porywa,
IX    380     Kręci się, podskakuje, czasem przysiadywa,
IX    381     Lewą rękę opuszcza, a broń z prawej ręki
IX    382     Suwa naprzód, jak żądło z wężowej paszczęki,
IX    383     I znowu ją w tył cofa, na kolanie wspiera,
IX    384     I tak kręcąc się, skacząc, na Maćka naciera.

IX    385     Ocenił przeciwnika zręczność Maciek stary
IX    386     I lewą ręką włożył na nos okulary,
IX    387     Prawą rękojeść Rózgi tuż przy piersiach trzyma,
IX    388     Cofa się, Gifrejtera ruch śledząc oczyma,
IX    389     Sam słania się na nogach, jakby był pijany;
IX    390     Gifrejter bieży prędzej i, pewny wygranej,
IX    391     Żeby uchodzącego tem łacniej dosięgnął,
IX    392     Powstał i całą prawą rękę wzdłuż wyciągnął
IX    393     Popychając karabin, a tak się wysilił
IX    394     Pchnięciem i wagą broni, że się aż pochylił;
IX    395     Maciek tam, kędy bagnet wkłada się na rurę,
IX    396     Podstawia swą rękojeść, podbija broń w górę,
IX    397     I wnet spuszczając Rózgę, tnie Moskala w rękę
IX    398     Raz, i znowu na odlew przecina mu szczękę. —
IX    399     Tak padł Gifrejter, fechmistrz najpierwszy z Moskalów,
IX    400     Kawaler trzech krzyżyków i czterech medalów.

IX    401     Tymczasem koło kłodek lewe szlachty skrzydło
IX    402     Już jest bliskie zwycięstwa; tam walczył Kropidło,
IX    403     Widny z dala, tam Brzytwa wił się śród Moskali,
IX    404     Ten ich w pół ciała rzeza, tamten w głowy wali;
IX    405     Jako machina, którą niemieccy majstrowie
IX    406     Wymyślili i która młockarnią się zowie,
IX    407     A jest razem sieczkarnią, ma cepy i noże,
IX    408     Razem i słomę kraje, i wybija zboże:
IX    409     Tak pracują Kropiciel i Brzytwa pospołu,
IX    410     Mordując nieprzyjaciół, ten z góry, ten z dołu.

IX    411     Lecz Kropiciel już pewne porzuca zwycięstwo,
IX    412     Bieży na prawe skrzydło, gdzie niebezpieczeństwo
IX    413     Nowe grozi Maćkowi; śmierci Gifrejtera
IX    414     Mszcząc się, Proporszczyk z długim szpontonem naciera
IX    415     (Szponton jest to zarazem dzida i siekiera,
IX    416     Teraz już zaniedbany, i tylko na flocie
IX    417     Używają go; wówczas służył i piechocie).
IX    418     Proporszczyk, człowiek młody, zręcznie się uwijał;
IX    419     Ilekroć mu przeciwnik broń na bok odbijał,
IX    420     On cofał się; młodego nie mógł Maciek zgonić,
IX    421     I tak, nie raniąc, musiał tylko siebie bronić.
IX    422     Już mu Proporszczyk dzidą lekką ranę zadał,
IX    423     Już wznosząc w górę berdysz, do cięcia się składał:
IX    424     Chrzciciel nie zdoła dobiec, lecz staje w pół drogi,
IX    425     Okręca broń i ciska wrogowi pod nogi.
IX    426     Skruszył kość; już Proporszczyk szponton z rąk upuszcza,
IX    427     Słania się; wpada Chrzciciel, za nim szlachty tłuszcza,
IX    428     A za szlachtą Moskale od lewego skrzydła
IX    429     Biegą zmieszani; wszczął się bój koło Kropidła.

IX    430     Chrzciciel, który w obronie Maćka oręż stracił,
IX    431     Ledwie że tej przysługi życiem nie przypłacił,
IX    432     Bo przypadło nań z tyłu dwóch silnych Moskali
IX    433     I czworo rąk zarazem we włos mu wplątali;
IX    434     Upiąwszy się nogami, ciągną jako liny
IX    435     Sprężyste, uwiązane do masztu wiciny;
IX    436     Daremnie w tył Kropiciel ciska ślepe razy,
IX    437     Chwieje się — a wtem postrzegł, że blisko Gerwazy
IX    438     Walczy; zawołał: "Jezus Maria! Scyzoryku!"

IX    439     Klucznik, trwogę Chrzciciela poznawszy po krzyku,
IX    440     Odwrócił się i spuścił ostrze płytkiej stali
IX    441     Między głowę Chrzciciela i ręce Moskali.
IX    442     Cofnęli się, wydawszy przeraźliwe głosy,
IX    443     Lecz jedna ręka, mocniej wplątana we włosy,
IX    444     Została się, wisząca i krwią buchająca.
IX    445     Tak orlik, jedną szponę gdy wbije w zająca,
IX    446     Drugą, by wstrzymać zwierza, o drzewo uczepi,
IX    447     A zając, targnąwszy się, orła wpół rozszczepi,
IX    448     Prawa szpona u drzewa zostaje się w lesie,
IX    449     A lewą, zakrwawioną, źwierz na pola niesie.

IX    450     Kropiciel, wolny, oczy obraca dokoła,
IX    451     Ręce wyciąga, broni szuka, broni woła,
IX    452     Tymczasem grzmi pięściami, stojąc mocno w kroku
IX    453     I pilnując się z bliska Gerwazego boku,
IX    454     Aż Saka, syna swego, postrzega w natłoku.
IX    455     Sak prawą ręką szturmak wymierza, a lewą
IX    456     Ciągnie za sobą długie, sążniowate drzewo,
IX    457     Uzbrojone w krzemienie i w guzy, i sęki
IX    458     (Nikt by go nie podźwignął prócz Chrzciciela ręki).
IX    459     Chrzciciel, gdy miłą broń swą, swe Kropidło zoczył,
IX    460     Chwycił je, ucałował, z radości podskoczył,
IX    461     Zakręcił je nad głową i zaraz ubroczył.

IX    462     Co potem dokazywał, jakie klęski szerzył,
IX    463     Daremnie śpiewać, nikt by muzie nie uwierzył,
IX    464     Jak nie wierzono w Wilnie ubogiej kobiécie,
IX    465     Która, stojąc na świętej Ostrej Bramy szczycie,
IX    466     Widziała, jako Dejów, moskiewski jenerał,
IX    467     Wchodząc z pułkiem Kozaków, już bramę otwierał
IX    468     I jak jeden mieszczanin, zwany Czarnobacki,
IX    469     Zabił Dejowa i zniósł cały pułk kozacki.

IX    470     Dosyć, że się tak stało, jak przewidział Ryków:
IX    471     Jegry w tłumie ulegli mocy przeciwników.
IX    472     Dwudziestu trzech na ziemi wala się zabitych,
IX    473     Trzydziestu kilku jęczy ranami okrytych,
IX    474     Wielu pierzchło, skryło się w sad, w chmiele, nad rzekę,
IX    475     Kilku wpadło do domu pod kobiet opiekę.

IX    476     Zwycięska szlachta biega z okrzykiem wesela,
IX    477     Ci do beczek, ci łupy rwą z nieprzyjaciela;
IX    478     Jeden Robak tryumfów szlachty nie podziela.

IX    479     On dotąd sam nie walczył (bo bronią kanony
IX    480     Księdzu bić się), lecz jako człowiek doświadczony
IX    481     Dawał rady, plac boju z różnych stron obchodził,
IX    482     Wzrokiem, ręką, walczących zachęcał, przywodził.
IX    483     I teraz woła, aby do niego się łączyć,
IX    484     Uderzyć na Rykowa, zwycięstwo dokończyć.
IX    485     Tymczasem przez posłańca wskazał do Rykowa,
IX    486     Że jeżeli broń złoży, życie swe zachowa;
IX    487     Jeżeli zaś oddanie broni będzie zwlekać,
IX    488     Robak każe otoczyć resztę i wysiekać.

IX    489     Kapitan Ryków wcale nie prosił pardonu;
IX    490     Zebrawszy koło siebie pół batalijonu,
IX    491     Krzyknął: "Za broń!" — wnet szereg karabiny chwyta,
IX    492     Chrząsnęła broń, a była już dawno nabita;
IX    493     Krzyknął: "Cel!" — rury rzędem zabłysnęły długim,
IX    494     Krzyknął: "Ognia koleją!" — grzmią jeden po drugim;
IX    495     Ten strzela, ten nabija, ten chwyta do ręki,
IX    496     Słychać świsty kul, zamków chrzęsty, sztenflów dźwięki.
IX    497     Cały szereg zdaje się być ruchawym płazem,
IX    498     Który tysiąc błyszczących nóg wywija razem.

IX    499     Prawda, że jegry byli mocnym trunkiem pjani,
IX    500     Źle mierzą i chybiają, rzadko który rani,
IX    501     Ledwie który zabije; przecież dwóch Maciejów
IX    502     Już zraniono i poległ jeden z Bartłomiejów.
IX    503     Szlachta z niewiela rusznic z rzadka się odstrzela,
IX    504     Chce szablami uderzyć na nieprzyjaciela,
IX    505     Ale starsi wstrzymują; kule gęsto świszczą,
IX    506     Rażą, spędzają, wkrótce dziedziniec oczyszczą.
IX    507     Już aż po szybach dworu zaczynają dzwonić.

IX    508     Tadeusz, który został w domu kobiet bronić
IX    509     Z rozkazu stryja, słysząc, że coraz to gorzéj
IX    510     Wre bitwa, wybiegł; za nim wybiegł Podkomorzy,
IX    511     Któremu Tomasz wreszcie przyniósł karabelę;
IX    512     Śpieszy, łączy się z szlachtą i staje na czele.
IX    513     Bieży, broń wzniosłszy, szlachta rusza jego śladem,
IX    514     Jegry, przypuściwszy ich, sypnęli kul gradem.
IX    515     Legł Isajewicz, Wilbik, Brzytewka raniony;
IX    516     Zaczem wstrzymują szlachtę, Robak z jednej strony,
IX    517     A z drugiej Maciej; szlachta ostyga w zapale,
IX    518     Ogląda się, cofa; widzą to Moskale;
IX    519     Kapitan Ryków myśli ostatni cios zadać,
IX    520     Spędzić szlachtę z dziedzińca i dworem owładać.

IX    521     "Formuj się do ataku! — zawołał — na sztyki!
IX    522     Naprzód!" Wnet szereg, rury wytknąwszy jak tyki,
IX    523     Schyla głowy, zrusza się i przyśpiesza kroku;
IX    524     Darmo szlachta wstrzymuje z przodu, strzela z boku,
IX    525     Szereg już pół dziedzińca przeszedł bez oporu;
IX    526     Kapitan, pokazując szpadą na drzwi dworu,
IX    527     Krzyczy: "Sędzio! poddaj się, bo dwór spalić każę!"
IX    528     "Pal — woła Sędzia — ja cię w tym ogniu usmażę".

IX    529     O dworze Soplicowski! jeśli dotąd całe
IX    530     Świecą się pod lipami twoje ściany białe
IX    531     Jeśli tam dotąd szlachty sąsiedzkiej gromada
IX    532     Za gościnnemi stoły Sędziego zasiada,
IX    533     Pewnie tam piją często za Konewki zdrowie;
IX    534     Bez niego już by było dziś po Soplicowie!

IX    535     Konewka dotąd małe dał męstwa dowody;
IX    536     Choć najpierwszy ze szlachty uwolniony z kłody,
IX    537     Choć zaraz znalazł w wozie swą miłą Konewkę,
IX    538     Swój szturmak faworytny i z nim kul sakiewkę,
IX    539     Nie chciał bić się; powiadał, że sobie nie ufa
IX    540     Na czczo; szedł więc, gdzie stała spirytusu kufa,
IX    541     Ręką jak łyżką strumień do ust sobie chylił;
IX    542     Dopiero gdy się dobrze rozgrzał i posilił,
IX    543     Poprawił czapkę, z kolan wziął do rąk Konewkę,
IX    544     Zmacał sztenflem naboju, podsypał panewkę
IX    545     I spojrzał na plac boju; widzi, że błyszcząca
IX    546     Fala bagnetów szlachtę bije i roztrąca;
IX    547     Przeciw tej fali płynie, schyla się do ziemi
IX    548     I nurkuje pomiędzy trawami gęstemi
IX    549     Środkiem dziedzińca, aż tam, gdzie rosła pokrzywa,
IX    550     Zasadza się, a Saka gestami przyzywa.

IX    551     Sak, broniąc dworu, stanął z szturmakiem u proga,
IX    552     Bo w tym dworze mieszkała jego Zosia droga,
IX    553     Od której choć w zalotach został pogardzony,
IX    554     Kochał ją zawsze, zginąć rad dla jej obrony.

IX    555     Już szereg jegrów w marszu na pokrzywę wkracza,
IX    556     Gdy Konew ruszył cyngla i z paszczy garłacza
IX    557     Tuzin kul rozsiekanych puszcza śród Moskali;
IX    558     Sak puszcza drugi tuzin, jegry się zmięszali.
IX    559     Przerażony zasadzką szereg w kłąb się zwija,
IX    560     Cofa się, rzuca rannych; Chrzciciel ich dobija.

IX    561     Stodoła już daleko; bojąc się odwodu
IX    562     Długiego, Ryków skoczył pod parkan ogrodu,
IX    563     Tam pierzchającą rotę zatrzymuje w biegu,
IX    564     Szykuje, lecz szyk zmienia: z jednego szeregu
IX    565     Robi trójkąt, klin ostry wystawując z przodu,
IX    566     A dwa boki opiera o parkan ogrodu.
IX    567     Dobrze zrobił, bo jazda nań od zamku wali.

IX    568     Hrabia, który był w zamku pod strażą Moskali,
IX    569     Gdy pierzchła straż zlękniona, dworzan na koń wsadził
IX    570     I słysząc strzały, w ogień jazdę swą prowadził,
IX    571     Sam na czele, z żelazem nad głowę wzniesionem.
IX    572     Wtem Ryków krzyknął: "Ognia pół batalionem!"
IX    573     Przeleciała po zamkach wzdłuż nitka ognista
IX    574     I z czarnych rur wytkniętych świsnęło kul trzysta.
IX    575     Trzech jezdnych padło rannych, jeden trupem leży.
IX    576     Padł koń Hrabi, spadł Hrabia; Klucznik krzycząc bieży
IX    577     Na ratunek, bo widzi: jegry na cel wzięli
IX    578     Ostatniego z Horeszków, chociaż po kądzieli.
IX    579     Robak był bliższy, Hrabię ciałem swym zakrywa,
IX    580     Dostał za niego postrzał, spod konia dobywa,
IX    581     Uprowadza; a szlachcie każe się rozstąpić,
IX    582     Lepiej mierzyć, postrzałów nadaremnych skąpić,
IX    583     Kryć się za płoty, studnię, za ściany obory;
IX    584     Hrabia z jazdą ma czekać sposobniejszej pory.

IX    585     Plany Robaka pojął i wykonał cudnie
IX    586     Tadeusz; stał ukryty za drewnianą studnię;
IX    587     A że trzeźwy i dobrze strzelał z dubeltówki
IX    588     (Mógł trafić do rzuconej w powietrze złotówki),
IX    589     Okropnie razi Moskwę, starszyznę wybiera:
IX    590     Za pierwszym zaraz strzałem ubił feldfebera.
IX    591     Potem z dwóch rur raz po raz dwóch szerżantów sprząta,
IX    592     Mierzy to po galonach, to w środek trójkąta,
IX    593     Gdzie stał sztab; zaczem Ryków gniewa się i dąsa.
IX    594     Tupa nogami, szpady swej rękojeść kąsa:
IX    595     "Majorze Płucie — woła — co to z tego będzie?
IX    596     Wkrótce tu nie zostanie nikt z nas przy komendzie!"

IX    597     Więc Płut na Tadeusza krzyknął z wielkim gniewem:
IX    598     "Panie Polak, wstydź się Pan chować się za drzewem,
IX    599     Nie bądź tchórz, wyjdź na środek, bij się honorowie,
IX    600     Po żołniersku". — A na to Tadeusz odpowie:
IX    601     "Majorze! Jeśli jesteś tak śmiałym rycerzem,
IX    602     A czegoż ty się chowasz za jegrów kołnierzem?
IX    603     Nie tchórzę ja przed tobą, wynidź no zza płotów,
IX    604     Dostałeś w twarz, jam przecie bić się z tobą gotów!
IX    605     Po co krwi rozlew! Między nami była zwada,
IX    606     Niechajże ją rozstrzygnie pistolet lub szpada.
IX    607     Daję ci broń na wybor, od działa do szpilki;
IX    608     A nie, to was wystrzelam jako w jamie wilki".
IX    609     I to mówiąc wystrzelił, a tak dobrze mierzył,
IX    610     Że porucznika obok Rykowa uderzył.

IX    611     "Majorze — szepnął Ryków — wyjdź na pojedynek
IX    612     I pomścij się za jego raniejszy uczynek.
IX    613     Jeśli tego szlachcica kto inny zabije,
IX    614     To, Major widzi, Major hańby swej nie zmyje.
IX    615     Trzeba tego szlachcica na pole wywabić,
IX    616     Nie można z karabina, to choć szpadą zabić.
IX    617     Co puka, to nie sztuka; to wolę, co kole —
IX    618     Mówił stary Suworow; wyjdź, Majorze, w pole,
IX    619     Bo on nas powystrzela; patrz, bierze do celu".
IX    620     Na to rzekł Major: "Ryków! miły przyjacielu!
IX    621     Ty jesteś zuch na szpady, wyjdź ty, bracie Ryków,
IX    622     Lub wiesz co? wyszlem kogo z naszych poruczników.
IX    623     Ja major, ja nie mogę odstąpić żołnierzy,
IX    624     Do mnie batalijonu komenda należy".
IX    625     Słysząc to Ryków szpadę podniósł, wyszedł śmiało,
IX    626     Kazał ognia zaprzestać, machnął chustką białą.
IX    627     Pyta się Tadeusza, jaką broń podoba;
IX    628     Po układach — na szpady zgodzili się oba.
IX    629     Tadeusz broni nie miał; gdy szukano szpady,
IX    630     Wyskoczył Hrabia zbrojny i zerwał układy.

IX    631     "Panie Soplico! — wołał — z przeproszeniem Pana,
IX    632     Pan wyzwałeś Majora! ja do Kapitana
IX    633     Mam dawniejszą urazę: on do zamku mego
IX    634     ("Mów Pan — przerwał Protazy — do zamku naszego")
IX    635     On wpadł — rzekł kończąc Hrabia — na czele złodziejów,
IX    636     On, poznałem Rykowa, wiązał mych dżokejów.
IX    637     Skarzę go, jakom zbójców skarał pod opoką,
IX    638     Którą Sycylijanie zwą Birbante-rokko".

IX    639     Uciszyli się wszyscy, ustało strzelanie,
IX    640     Wojska ciekawe patrzą na wodzów spotkanie:
IX    641     Hrabia i Ryków idą, obróceni bokiem,
IX    642     Prawą ręką i prawym grożąc sobie okiem;
IX    643     Wtem lewymi rękami odkrywają głowy
IX    644     I kłaniają się grzecznie (zwyczaj honorowy:
IX    645     Nim przyjdzie do zabójstwa, naprzód się przywitać).
IX    646     Już spotkały się szpady i zaczęły zgrzytać;
IX    647     Rycerze, wznosząc nogi, prawemi kolany
IX    648     Przyklękają, w przód i w tył skacząc na przemiany.

IX    649     Ale Płut, Tadeusza widząc przed swym frontem,
IX    650     Naradzał się po cichu z gifrejterem Gontem,
IX    651     Który w rocie uchodził za pierwszego strzelca.
IX    652     "Gonto — rzekł Major — widzisz ty tego wisielca?
IX    653     Jeśli mu wsadzisz kulę, tam pod piątym żebrem,
IX    654     To dostaniesz ode mnie cztery ruble srebrem".
IX    655     Gont odwodzi karabin, do zamka się chyli,
IX    656     Wierni go towarzysze płaszczami okryli;
IX    657     Mierzy nie w żebro, ale w głowę Tadeusza,
IX    658     Strzelił i trafił — blisko, w środek kapelusza.
IX    659     Okręcił się Tadeusz, aż Kropiciel wpada
IX    660     Na Rykowa, a za nim szlachta, krzycząc: "Zdrada!"
IX    661     Tadeusz go zasłania, ledwie zdołał Ryków
IX    662     Zrejterować się i wpaść we środek swych szyków.

IX    663     Znowu Dobrzyńscy z Litwą natarli w zawody
IX    664     I pomimo dawniejsze dwóch stronnictw niezgody
IX    665     Walczą jak bracia, jeden drugiego zachęca.
IX    666     Dobrzyńscy, widząc jak się Podhajski wykręca
IX    667     Tuż przed szeregiem jegrów i kosą ich kraje,
IX    668     Zawołali z radością: "Niech żyją Podhaje!
IX    669     Naprzód, bracia Litwini! Górą, górą Litwa!"
IX    670     Skołubowie zaś, widząc, jak waleczny Brzytwa,
IX    671     Choć ranny, leci z szablą wzniesioną do góry,
IX    672     Krzyknęli: "Górą Maćki, niech żyją Mazury!"
IX    673     Dodawszy wzajem serca, biegną na Moskali;
IX    674     Nadaremnie ich Robak z Maćkiem wstrzymywali.

IX    675     Gdy tak na rotę jegrów uderzano z przodu,
IX    676     Wojski rzuca plac boju, idzie do ogrodu;
IX    677     Przy boku jego stąpał ostrożny Protazy,
IX    678     A Wojski mu po cichu wydawał rozkazy.

IX    679     Stała w ogrodzie, prawie pod samym parkanem,
IX    680     O który się opierał Ryków swym trójgranem,
IX    681     Wielka, stara sernica, budowana w kratki
IX    682     Z belek na krzyż wiązanych, podobna do klatki.
IX    683     W niej świeciły się białych serów mnogie kopy;
IX    684     Wkoło zaś wahały się suszące się snopy
IX    685     Szałwiji, benedykty kardy, macierzanki:
IX    686     Cała zielna domowa apteka Wojszczanki.
IX    687     Sernica w górze miała wszerz sążni półczwarta.
IX    688     A u dołu na jednym wielkim słupie wsparta,
IX    689     Niby gniazdo bocianie. Stary słup dębowy
IX    690     Pochylił się, bo już był wygnił do połowy,
IX    691     Groził upadkiem. Nieraz Sędziemu radzono,
IX    692     Aby zrzucił budowę wiekiem nadwątloną;
IX    693     Ale Sędzia powiadał, że woli poprawiać
IX    694     Aniżeli rozrzucać, albo też przestawiać.
IX    695     Odkładał budowanie do sposobnej pory,
IX    696     Tymczasem pod słup kazał wetknąć dwie podpory.
IX    697     Tak pokrzepiona, ale nietrwała budowa
IX    698     Wyglądała za parkan nad trójkąt Rykowa.

IX    699     Ku tej sernicy Wojski z Woźnym milczkiem idą,
IX    700     Każdy zbrojny ogromnym drągiem jakby dzidą;
IX    701     Za nimi ochmistrzyni dąży przez konopie
IX    702     I kuchcik, małe, ale bardzo silne chłopię.
IX    703     Przyszedłszy, drągi wparli w wierzch słupa nadgniły,
IX    704     Sami, u końców wisząc, pchają z całej siły,
IX    705     Jako flisy uwięzłą na rapach wicinę
IX    706     Długimi drągi z brzegu pędzą na głębinę.

IX    707     Trzasnął słup: już sernica chwieje się i wali
IX    708     Z brzemieniem drzew i serów na trójkąt Moskali,
IX    709     Gniecie, rani, zabija; gdzie stały szeregi,
IX    710     Leżą drwa, trupy, sery białe jako śniegi,
IX    711     Krwią i mozgiem splamione. Trójkąt w sztuki pryska,
IX    712     A już w środku Kropidło grzmi, już Brzytwa błyska,
IX    713     Siecze Rózga, od dworu wpada szlachty tłuszcza,
IX    714     A Hrabia od bram jazdę na rozpierzchłych puszcza.

IX    715     Już tylko ośmiu jegrów z szerżantem na czele
IX    716     Bronią się; bieży Klucznik; oni stoją śmiele,
IX    717     Dziewięć rur wymierzyli prosto w łeb Klucznika;
IX    718     On leci na strzał, kręcąc ostrze Scyzoryka.
IX    719     Widzi to Ksiądz, zabiega Klucznikowi drogę.
IX    720     Sam pada i podbija Gerwazemu nogę.
IX    721     Upadli, właśnie kiedy pluton ognia dawał;
IX    722     Ledwie ołów prześwisnął, już Gerwazy wstawał,
IX    723     Już wskoczył w dym; dwom jegrom zaraz głowy zmiata.
IX    724     Uciekają strwożeni, Klucznik goni, płata;
IX    725     Oni biegną dziedzińcem, Gerwazy ich torem;
IX    726     Wpadają we drzwi gumna stojące otworem,
IX    727     I Gerwazy do gumna na ich karkach wjechał,
IX    728     Zniknął w ciemności, ale bitwy nie zaniechał,
IX    729     Bo przeze drzwi jęk słychać, wrzask i gęste razy.
IX    730     Wkrótce ucichło wszystko; wyszedł sam Gerwazy
IX    730     Z mieczem krwawym.

IX    731             Już szlachta odzierżyła pole,
IX    732     Porozpędzanych jegrów ściga, rąbie, kole;
IX    733     Ryków sam został, krzyczy, że broni nie złoży,
IX    734     Bije się, gdy ku niemu podszedł Podkomorzy
IX    735     I wznosząc karabelę, rzekł poważnym tonem:
IX    736     "Kapitanie! nie splamisz czci twojej pardonem,
IX    737     Dałeś proby, rycerzu nieszczęsny, lecz mężny,
IX    738     Twojej odwagi; porzuć opór niedołężny,
IX    739     Złóż broń, nim cię naszymi szablami rozbroim;
IX    740     Zachowasz życie i cześć, jesteś więźniem moim!"

IX    741     Ryków, Podkomorzego zwalczony powagą,
IX    742     Skłonił się i oddał mu swoję szpadę nagą,
IX    743     Skrwawioną po rękojeść, i rzekł: "Lachy braty!
IX    744     Oj, biada mnie, żem nie miał choć jednej armaty!
IX    745     Dobrze mówił Suworow: «Pomnij, Ryków kamrat,
IX    746     Żebyś nigdy na Lachów nie chodził bez armat!»
IX    747     Cóż! jegry byli pjani, Major pić pozwolił!
IX    748     Och, major Płut, on dzisiaj bardzo poswywolił!
IX    749     On odpowie przed carem, bo on miał komendę,
IX    750     Ja, Panie Podkomorzy, wasz przyjaciel będę.
IX    751     Ruskie przysłowie mówi: Kto się mocno lubi,
IX    752     Ten, Panie Podkomorzy, i mocno się czubi.
IX    753     Wy dobrzy do wypitki, dobrzy do wybitki,
IX    754     Ale przestańcie robić nad jegrami zbytki".

IX    755     Podkomorzy, słysząc to, karabelę wznasza
IX    756     I przez Woźnego pardon powszechny ogłasza,
IX    757     Każe rannych opatrzyć, z trupów czyścić pole,
IX    758     A jegrów rozbrojonych prowadzić w niewolę.
IX    759     Długo szukano Płuta; on, w krzaku pokrzywy
IX    760     Zarywszy się głęboko, leżał jak nieżywy;
IX    761     Wyszedł wreszcie, ujrzawszy, że było po bitwie.

IX    762     Taki miał koniec zajazd ostatni na Litwie.

X             KSIĘGA DZIESIĄTA
X             EMIGRACJA. JACEK
X             TREŚĆ:
X             Narada tycząca się zabezpieczenia losu zwyciężców — Układy z Rykowem — Pożegnanie — Ważne odkrycie — Nadzieja.

X       1     Owe obłoki ranne, zrazu rozpierzchnione
X       2     Jak czarne ptaki, lecąc w wyższą nieba stronę,
X       3     Coraz się zgromadzały; ledwie słońce zbiegło
X       4     Z południa, już ich stado pół niebios obległo
X       5     Ogromną chmurą; wiatr ją pędził coraz chyżej,
X       6     Chmura coraz gęstniała, zwieszała się niżej,
X       7     Aż jedną stroną na wpół od niebios oddarta,
X       8     Ku ziemi wychylona i wszerz rozpostarta,
X       9     Jak wielki żagiel, biorąc wszystkie wiatry w siebie,
X      10     Od południa na zachód leciała po niebie.

X      11     I była chwila ciszy; i powietrze stało
X      12     Głuche, milczące, jakby z trwogi oniemiało.
X      13     I łany zbóż, co wprzódy, kładąc się na ziemi
X      14     I znowu w górę trzęsąc kłosami złotemi,
X      15     Wrzały jak fale, teraz stoją nieruchome
X      16     I poglądają w niebo najeżywszy słomę.
X      17     I zielone przy drogach wierzby i topole,
X      18     Co pierwej, jako płaczki przy grobowym dole,
X      19     Biły czołem, długiemi kręciły ramiony,
X      20     Rozpuszczając na wiatry warkocz posrebrzony —
X      21     Teraz jak martwe, z niemej wyrazem żałoby,
X      22     Stoją na kształt posągów sypilskiej Nioby.
X      23     Jedna osina drżąca wstrząsa liście siwe.

X      24     Bydło, zwykle do domu powracać leniwe,
X      25     Teraz zbiega się tłumnie, pasterzy nie czeka
X      26     I opuszczając strawę, do domu ucieka.
X      27     Buhaj racicą ziemię kopie, orze rogiem
X      28     I całą trzodę straszy ryczeniem złowrogiem;
X      29     Krowa coraz ku niebu wznosi wielkie oko,
X      30     Usta z dziwu otwiera i wzdycha głęboko;
X      31     A wieprz marudzi w tyle, dąsa się i zgrzyta,
X      32     I snopy zboża kradnie, i na zapas chwyta.

X      33     Ptastwo skryło się w lasy, pod strzechy, w głąb trawy;
X      34     Tylko wrony, stadami obstąpiwszy stawy,
X      35     Przechadzają się sobie poważnemi kroki,
X      36     Czarne oczy kierują na czarne obłoki;
X      37     Wytknąwszy język z suchej, szerokiej gardzieli
X      38     I skrzydła roztaczając, czekają kąpieli;
X      39     Lecz i te, przewidując nazbyt mocną burzę,
X      40     Już w las ciągną, podobne wznoszącej się chmurze.
X      41     Ostatnia z ptaków, lotem nieścigłym zuchwała
X      42     Jaskółka, czarny obłok przeszywa jak strzała,
X      43     Wreszcie spada jak kula.

X      43             Właśnie w owej chwili
X      44     Szlachta z Moskwą okropną walkę zakończyli
X      45     I chronią się gromadnie w domy i stodoły,
X      46     Opuszczają plac boju, gdzie wkrótce żywioły
X      47     Stoczą walkę.

X      47             Na zachód jeszcze ozłocona
X      48     Ziemia świeci ponuro, żółtawo-czerwona;
X      49     Już chmura, roztaczając cienie na kształt sieci,
X      50     Wyławia resztki światła, a za słońcem leci,
X      51     Jak gdyby je pochwycić chciała przed zachodem.
X      52     Kilka wichrów raz po raz prześwisnęło spodem,
X      53     Jeden za drugim lecą, miecąc krople dżdżyste,
X      54     Wielkie, jasne, okrągłe, jak grady ziarniste.

X      55     Nagle wichry zwarły się, porwały się wpoły,
X      56     Borykają się, kręcą, świszczącemi koły
X      57     Krążą po stawach, mącą do dna wody w stawach;
X      58     Wpadli na łąki, świszczą po łozach i trawach,
X      59     Pryskają łóz gałęzie, lecą traw przekosy
X      60     Na wiatr, jako garściami wyrywane włosy,
X      61     Zmieszane z kędziorami snopów; wiatry wyją,
X      62     Upadają na rolę, tarzają się, ryją,
X      63     Rwą skiby, robią otwor wichrowi trzeciemu,
X      64     Który wydarł się z roli jak słup czarnoziemu,
X      65     Wznosi się, jak ruchoma piramida toczy,
X      66     Łbem grunt wierci, z nóg piasek sypie gwiazdom w oczy,
X      67     Co krok wszerz wydyma się, roztwiera ku górze
X      68     I ogromną swą trąbą otrębuje burzę.
X      69     Aż z całym tym chaosem wody i kurzawy,
X      70     Słomy, liścia, gałęzi, wydartej murawy,
X      71     Wichry w las uderzyły i po głębiach puszczy
X      72     Ryknęły jak niedźwiedzie.

X      72             A już deszcz wciąż pluszczy,
X      73     Jak z sita, w gęstych kroplach; wtem rykły pioruny,
X      74     Krople zlały się razem; to jak proste stróny
X      75     Długim warkoczem wiążą niebiosa do ziemi,
X      76     To jak z wiader buchają warstami całemi.
X      77     Już zakryły się całkiem niebiosa i ziemia,
X      78     Noc je z burzą od nocy czarniejszą zaciemia.
X      79     Czasem widnokrąg pęka od końca do końca,
X      80     I anioł burzy na kształt niezmiernego słońca
X      81     Rozświeci twarz, i znowu, okryty całunem,
X      82     Uciekł w niebo i drzwi chmur zatrzasnął piorunem.
X      83     Znowu wzmaga się burza, ulewa nawalna
X      84     I ciemność gruba, gęsta, prawie dotykalna.
X      85     Znowu deszcz ciszej szumi, grom na chwilę uśnie;
X      86     Znowu wzbudzi się, ryknie i znów wodą chluśnie.
X      87     Aż się uspokoiło wszystko; tylko drzewa
X      88     Szumią około domu i szemrze ulewa.

X      89     W takim dniu pożądany był czas najburzliwszy;
X      90     Bo nawalnica, boju plac mrokiem okrywszy,
X      91     Zalała drogi, mosty zerwała na rzece,
X      92     Z folwarku niedostępną zrobiła fortecę.
X      93     O tem więc, co się działo w obozie Soplicy,
X      94     Dziś nie mogła rozejść się wieść po okolicy,
X      95     A właśnie zawisł szlachty los od tajemnicy.

X      96     W izbie Sędziego ważne toczą się narady;
X      97     Bernardyn leżał w łóżku, zmordowany, blady
X      98     I skrwawiony, lecz całkiem zdrowy na umyśle,
X      99     Daje rozkazy, Sędzia wypełnia je ściśle.
X     100     Prosi Podkomorzego, przyzywa Klucznika,
X     101     Każe przywieść Rykowa, potem drzwi zamyka.
X     102     Godzinę całą trwały tajemne rozmowy,
X     103     Aż je przerwał kapitan Ryków temi słowy,
X     104     Rzucając na stół kiesę ciężką dukatami:
X     105     "Państwo Lachy, już jest ta gadka między wami,
X     106     Że każdy Moskal złodziej; powiedzcież, kto spyta,
X     107     Że znaliście Moskala, który zwan Nikita
X     108     Nikitycz Ryków, rotny kapitan, miał osim
X     109     Medalów i trzy krzyże — to pamiętać prosim:
X     110     Ten medal za Oczaków, ten za Izmaiłów,
X     111     Ten za bitwę pod Nowi, ten za Prejsiż-Iłów,
X     112     Tamten za Korsakowa sławną rejteradę
X     113     Spod Zurich; a miał także i za męstwo szpadę,
X     114     Także od Feldmarszałka trzy zadowolnienia,
X     115     Dwie pochwały cesarskie i cztery wspomnienia,
X     116     Wszystko na piśmie".

X     116             "Ale, ale, Kapitanie —
X     117     Przerwał Robak — i cóż się tedy z nami stanie,
X     118     Jeśli nie chcesz zgodzić się? Wszakże dałeś słowo
X     119     Załatwić tę rzecz".

X     119             "Prawda, słowo dam na nowo —
X     120     Rzecze Ryków — ot, słowo! Co po waszej zgubie?
X     121     Ja człek poczciwy, ja was, Państwo Lachy, lubię,
X     122     Że wy ludzie weseli, dobrzy do wypitki,
X     123     I także ludzie śmiali, dobrzy do wybitki.
X     124     U nas ruskie przysłowie: Kto na wozie jedzie,
X     125     Bywa często pod wozem; kto dzisiaj na przedzie,
X     126     Jutro w tyle; dziś bijesz, jutro ciebie biją;
X     127     Czy o to gniew? Tak u nas po żołniersku żyją.
X     128     Skąd by się człowiekowi tyle złości wzięło
X     129     Gniewać się o przegranę! Oczakowskie dzieło
X     130     Było krwawe, pod Zurich zbili nam piechotę,
X     131     Pod Austerlicem całą utraciłem rotę;
X     132     A pierwej wasz Kościuszko pod Racławicami —
X     133     Byłem serżantem — wysiekł mój pluton kosami.
X     134     I cóż stąd? To ja znowu u Maciejowiców
X     135     Zabiłem własnym sztykiem dwóch dzielnych szlachciców:
X     136     Jeden był Mokronowski, szedł z kosą przed frontem
X     137     I kanonijerowi uciął rękę z lontem.
X     138     Oj! wy Lachy! Ojczyzna! ja to wszystko czuję,
X     139     Ja Ryków; car tak każe, a ja was żałuję;
X     140     Co nam do Lachów? Niechaj Moskwa dla Moskala,
X     141     Polska dla Lacha; ale cóż? Car nie pozwala!"

X     142     Sędzia mu na to rzecze: "Panie Kapitanie,
X     143     Żeś człek poczciwy, wiedzą to wszyscy ziemianie,
X     144     U których na kwaterach stałeś od lat wielu;
X     145     Za ten dar nie gniewaj się, dobry przyjacielu,
X     146     Nie chcieliśmy cię skrzywdzić; te oto dukaty
X     147     Śmieliśmy złożyć, wiedząc, żeś człek niebogaty".

X     148     "Ach, jegry! — wołał Ryków — cała rota skłuta!
X     149     Moja rota! A wszystko z winy tego Płuta!
X     150     On komendant, on za to przed carem odpowie.
X     151     A wy te grosze sobie zabierzcie, Panowie.
X     152     U mnie jest kapitański mój żołd lada jaki,
X     153     A dosyć mnie na ponczyk i lulkę tabaki.
X     154     A was lubię, że z wami sobie zjem, popiję,
X     155     Pohulam, pogawędzę, i tak sobie żyję;
X     156     Otóż ja was obronię i, jak będzie śledztwo,
X     157     Słowo uczciwe, że dam za wami świadectwo.
X     158     Powiemy, że my przyszli tu z wizytą, pili
X     159     Sobie, tańczyli, trochę sobie podchmielili,
X     160     A Płut przypadkiem ognia zakomenderował,
X     161     Bitwa! i batalijon tak jakoś zmarnował.
X     162     Wy, Pany, tylko śledztwo pomazujcie złotem,
X     163     Będzie kręcić się. Ale teraz powiem o tem,
X     164     Co już mówiłem temu szlachcicu, co długi
X     165     Ma rapier, że Płut pierwszy komendant, ja drugi:
X     166     Płut został żywy, może on wam zagiąć kruczka
X     167     Takiego, że zginiecie, bo to chytra sztuczka;
X     168     Trzeba mu gębę zatkać bankowym papierem.
X     169     No i cóż, Panie szlachcic, ty z długim rapierem,
X     170     Czy już byłeś u Płuta, czyś się z nim naradził?"

X     171     Gerwazy obejrzał się, łysinę pogładził,
X     172     Kiwnął niedbale ręką, jak gdyby znać dawał,
X     173     Że już wszystko załatwił. — Lecz Ryków nastawał:
X     174     "Cóż, czy Płut będzie milczeć, czy słowem zaręczył?"

X     175     Klucznik zły, że go Ryków pytaniami dręczył,
X     176     Poważnie palec wielki ku ziemi naginał,
X     177     A potem machnął ręką, jak gdyby przecinał
X     178     Dalszą rozmowę, i rzekł: "Klnę się Scyzorykiem,
X     179     Że Płut nie wyda! gadać już nie będzie z nikim!"
X     180     Potem dłonie opuścił i palcami chrząsnął,
X     181     Jak gdyby tajemnicę całą z rąk wytrząsnął.

X     182     Ten ciemny gest pojęli słuchacze i stali,
X     183     Patrząc z dziwem na siebie, wzajem się badali.
X     184     I posępne milczenie trwało minut kilka,
X     185     Aż Ryków rzekł: "Nosił wilk, ponieśli i wilka!"
X     186     "Requiescat in pace" — dodał Podkomorzy.
X     187     "Jużci — zakończył Sędzia — był w tem palec Boży!
X     188     Lecz ja tej krwi nie winien, jam o tym nie wiedział".

X     189     Ksiądz porwał się z poduszek i posępny siedział.
X     190     Na koniec rzekł, spójrzawszy bystro na Klucznika:
X     191     "Wielki grzech bezbronnego zabić niewolnika!
X     192     Chrystus zabrania mścić się nawet i nad wrogiem!
X     193     Oj, Kluczniku! odpowiesz ty ciężko przed Bogiem.
X     194     Jedna jest restrykcyja: jeśli popełniono
X     195     Nie z zemsty głupiej, ale pro publico bono".
X     196     Klucznik głową i ręką kiwał wyciągnioną
X     197     I mrugając powtarzał: "Pro publico bono!"

X     198     Więcej nie było mowy o Płucie majorze;
X     199     Nazajutrz daremnie go szukano we dworze,
X     200     Daremnie wyznaczano za trupa nagrodę,
X     201     Major zginął bez śladu, jak gdyby wpadł w wodę.
X     202     Co się z nim stało, różnie powiadano o tem,
X     203     Lecz nikt pewnie nie wiedział ni wtenczas, ni potem.
X     204     Daremnie pytaniami Klucznika dręczono;
X     205     Nic nie wyrzekł prócz tych słów: "Pro publico bono".
X     206     Wojski był w tajemnicy, lecz słowem ujęty
X     207     Honorowym, staruszek milczał jak zaklęty.

X     208     Po zawarciu układów wyszedł z izby Ryków,
X     209     A Robak kazał wezwać szlachtę wojowników,
X     210     Do których Podkomorzy z powagą tak mówi:
X     211     "Bracia! Bóg dziś naszemu szczęścił orężowi,
X     212     Ale muszę Waćpaństwu wyznać bez ogródki,
X     213     Że z tych niewczesnych bojów złe wynikną skutki;
X     214     Zbłądziliśmy i nikt tu z nas nie jest bez winy:
X     215     Ksiądz Robak, że zbyt czynnie rozszerzał nowiny,
X     216     Klucznik i szlachta, że je pojęła opacznie.
X     217     Wojna z Rosyją jeszcze nieprędko się zacznie,
X     218     Tymczasem, kto miał udział najczynniejszy w bitwie,
X     219     Ten nie może bezpieczny zostać się na Litwie;
X     220     Musicie więc do Księstwa uciekać, Panowie,
X     221     A mianowicie Maciej, co się Chrzciciel zowie,
X     222     Tadeusz, Konew, Brzytew — niech unoszą głowy
X     223     Za Niemen, gdzie ich czeka zastęp narodowy;
X     224     My na was nieobecnych całą winę zwalim
X     225     I na Płuta; tak resztę rodzeństwa ocalim.
X     226     Żegnam was nie na długo; są pewne nadzieje,
X     227     Że nam z wiosną swobody zorza zajaśnieje
X     228     I Litwa, co was teraz żegna jak tułaczy,
X     229     Wkrótce jako zwycięskich swych zbawców zobaczy.
X     230     Sędzia wszystko, co trzeba, zgotuje na drogę
X     231     I ja pieniędzmi, ile zdołam, dopomogę".

X     232     Czuła szlachta, że mądrze Podkomorzy radził;
X     233     Wiadomo, że kto z ruskim carem raz się zwadził,
X     234     Ten już z nim na tej ziemi nie zgodzi się szczérze
X     235     I musi albo bić się, albo gnić w Sybirze.
X     236     Więc nic nie mówiąc, smutnie po sobie spójrzeli,
X     237     Westchnęli; na znak zgody głowami skinęli.

X     238     Polak, chociaż stąd między narodami słynny,
X     239     Że bardziej niźli życie kocha kraj rodzinny,
X     240     Gotów zawżdy rzucić go, puścić się w kraj świata,
X     241     W nędzy i poniewierce przeżyć długie lata,
X     242     Walcząc z ludźmi i z losem, póki mu śród burzy
X     243     Przyświeca ta nadzieja, że Ojczyźnie służy.

X     244     Oświadczyli, że zaraz wyjeżdżać gotowi.
X     245     Tylko się to nie zdało panu Buchmanowi:
X     246     Buchman, człowiek rozsądny, w bitwę się nie wmieszał,
X     247     Ale słysząc, że radzą, głosować pośpieszał.
X     248     Znajdował projekt dobrym, lecz chciał przeinaczyć,
X     249     Dokładniej go rozwinąć, jaśniej wytłumaczyć,
X     250     A naprzód komisyją legalnie wyznaczyć,
X     251     Która by rozważyła emigracji cele,
X     252     Środki, sposoby tudzież innych względów wiele;
X     253     Nieszczęściem, krótkość czasu była na zawadzie,
X     254     Że się nie stało zadość Buchmanowej radzie.
X     255     Szlachta żegna się śpiesznie i już w drogę rusza.

X     256     Ale Sędzia zatrzymał w izbie Tadeusza
X     257     I rzekł do Księdza: "Czas już, żebym ci powiedział
X     258     To, o czem-em z pewnością wczoraj się dowiedział,
X     259     Że nasz Tadeusz szczerze zakochany w Zosi;
X     260     Niechajże przed odjazdem o rękę jej prosi;
X     261     Mówiłem z Telimeną; już nam nie przeszkadza.
X     262     Zosia także się z wolą opiekunów zgadza.
X     263     Jeśli dziś ślubem pary nie możem uwieńczyć,
X     264     Toćby ich, Panie Bracie, przynajmniej zaręczyć
X     265     Przed odjazdem; bo serce młode i podróżne,
X     266     Wiesz dobrze, jako miewa tentacyje różne;
X     267     A wszakże kiedy okiem rzuci na pierścionek
X     268     I przypomni młodzieniec, że już jest małżonek,
X     269     Zaraz w nim obcych pokus ostyga gorączka.
X     270     Wierzaj mi, wielką siłę ma ślubna obrączka.

X     271     Ja sam przed lat trzydziestu wielki afekt miałem
X     272     Ku pannie Marcie, której serce pozyskałem;
X     273     Byliśmy zaręczeni; Bóg nie błogosławił
X     274     Związkowi temu i mnie sierotą zostawił,
X     275     Wziąwszy do chwały swojej nadobną Wojszczankę,
X     276     Przyjaciela mojego córę, Hreczeszankę.
X     277     Pozostała mi tylko pamiątka jej cnoty,
X     278     Jej wdzięków i ten oto ślubny pierścień złoty.
X     279     Ilekroć nań spójrzałem, zawsze ma nieboga
X     280     Stawała przed oczyma; i tak z łaski Boga
X     281     Dotąd mej narzeczonej dochowałem wiary,
X     282     I nie bywszy małżonkiem, jestem wdowiec stary,
X     283     Chociaż Wojski ma drugą córę, dość nadobną
X     284     I do mojej kochanej Marty dość podobną!"

X     285     To mówiąc, na pierścionek z czułością spozierał
X     286     I odwróconą ręką łzy z oczu ocierał.
X     287     "Bracie — kończył — co myślisz? Zrobim zaręczyny?
X     288     On kocha, a mam słowo ciotki i dziewczyny".

X     289     Lecz Tadeusz podbiega i z żywością mówi:
X     290     "Czymże zdołam odwdzięczyć dobremu Stryjowi,
X     291     Który tak o me szczęście ustawnie się trudzi!
X     292     Ach, dobry Stryju! Byłbym najszczęśliwszy z ludzi,
X     293     Gdyby mi Zosia była dzisiaj zaręczona,
X     294     Gdybym wiedział, że to jest moja przyszła żona.
X     295     Przecież powiem otwarcie: dziś te zaręczyny
X     296     Do skutku przyjść nie mogą; są różne przyczyny...
X     297     Nie pytaj więcej. Jeśli Zosia czekać raczy,
X     298     Może mnie wkrótce lepszym, godniejszym obaczy,
X     299     Może stałością na jej wzajemność zarobię,
X     300     Może troszeczką sławy me imię ozdobię,
X     301     Może wkrótce w ojczyste wrócim okolice;
X     302     Wtenczas, Stryju, wspomnę ci twoje obietnice,
X     303     Wtenczas na klęczkach drogą powitam Zosienkę
X     304     I jeśli będzie wolna, poproszę o rękę;
X     305     Teraz porzucam Litwę może na czas długi,
X     306     Może Zosi tymczasem podobać się drugi;
X     307     Więzić jej woli nie chcę; prosić o wzajemność,
X     308     Na którąm nie zasłużył, byłaby nikczemność".

X     309     Gdy te słowa z uczuciem mówił chłopiec młody,
X     310     Zaświeciły mu, jako dwie wielkie jagody
X     311     Pereł, dwie łzy na wielkich błękitnych źrenicach
X     312     I stoczyły się szybko po rumianych licach.

X     313     Ale Zosia ciekawa z głębiny alkowy
X     314     Śledziła przez szczelinę tajemne rozmowy;
X     315     Słyszała, jak Tadeusz po prostu i śmiało
X     316     Opowiedział swą miłość, serce w niej zadrżało,
X     317     I widziała tych wielkich dwoje łez w źrenicach.
X     318     Choć dojść nie mogła wątku w jego tajemnicach:
X     319     Dlaczego ją pokochał? dlaczego porzuca?
X     320     Gdzie odjeżdża? przecież ją ten odjazd zasmuca.
X     321     Pierwszy raz posłyszała w życiu z ust młodziana
X     322     Dziwną i wielką nowość, że była kochana.
X     323     Biegła więc, gdzie stał mały domowy ołtarzyk,
X     324     Wyjęła zeń obrazek i relikwijarzyk:
X     325     Na obrazku tym była święta Genowefa,
X     326     A w relikwiji suknia świętego Józefa
X     327     Oblubieńca, patrona zaręczonej młodzi;
X     328     I z temi świętościami do pokoju wchodzi.

X     329     "Pan odjeżdżasz tak prędko? Ja Panu na drogę
X     330     Dam podarunek mały i także przestrogę:
X     331     Niechaj Pan zawsze z sobą relikwije nosi
X     332     I ten obrazek, a niech pamięta o Zosi.
X     333     Niech Pana Pan Bóg w zdrowiu i szczęściu prowadzi
X     334     I niech prędko szczęśliwie do nas odprowadzi".

X     335     Umilkła i spuściła głowę; oczki modre
X     336     Ledwie stuliła, z rzęsów pobiegły łzy szczodre,
X     337     A Zosia z zamkniętymi stojąc powiekami,
X     338     Milczała, sypiąc łzami jako brylantami.

X     339     Tadeusz, biorąc dary i całując rękę,
X     340     Rzekł: "Pani! Już ja muszę pożegnać Panienkę;
X     341     Bądź zdrowa, wspomnij o mnie i racz czasem zmówić
X     342     Pacierz za mnie! Zofijo!..." Więcej nie mógł mówić.

X     343     Lecz Hrabia, z Telimeną wszedłszy niespodzianie,
X     344     Uważał młodej pary czułe pożegnanie,
X     345     Wzruszył się i rzuciwszy wzrok ku Telimenie:
X     346     "Ileż — rzekł — jest piękności choć w tej prostej scenie!
X     347     Kiedy dusza pasterki z wojownika duszą,
X     348     Jak łódź z okrętem w burzy, rozłączyć się muszą!
X     349     Zaiste! nic tak uczuć w sercu nie rozpala,
X     350     Jako kiedy się serce od serca oddala.
X     351     Czas jest to wiatr: on tylko małą świecę zdmuchnie,
X     352     Wielki pożar od wiatru tem mocniej wybuchnie.
X     353     I moje serce zdolne mocniej kochać z dala.
X     354     Panie Soplico! Miałem ciebie za rywala;
X     355     Ten błąd był jedną z przyczyn naszej smutnej zwady,
X     356     Która mię przymusiła dostać na was szpady.
X     357     Postrzegam błąd mój, boś ty wzdychał ku pasterce,
X     358     Ja zaś tej pięknej Nimfie oddałem me serce.
X     359     Niech we krwi wrogów nasze utoną urazy,
X     360     Nie będziem się zbójczemi rozpierać żelazy.
X     361     Niech się inaczej spór nasz zalotny rozstrzygnie:
X     362     Walczmy, kto kogo czuciem miłości wyścignie!
X     363     Zostawim oba drogie serc naszych przedmioty,
X     364     Pośpieszymy obadwa na miecze, na groty;
X     365     Walczmy z sobą stałością, żalem i cierpieniem,
X     366     A wrogów naszych mężnym ścigajmy ramieniem".
X     367     Rzekł i na Telimenę spójrzał, ale ona
X     368     Nic nie odpowiadała, strasznie zadziwiona.

X     369     "Mój Hrabio — przerwał Sędzia — po co chcesz koniecznie
X     370     Wyjeżdżać? Wierz mi, w twoich dobrach siedź bezpiecznie.
X     371     Szlachtę biedną rząd mógłby odrzeć i przechłostać,
X     372     Ale ty, Hrabio, pewien jesteś cały zostać;
X     373     Wiesz, w jakim rządzie żyjesz, jesteś dość bogaty,
X     374     Wykupisz się od więzień połową intraty".

X     375     "To niezgodna — rzekł Hrabia — z moim charakterem;
X     376     Nie mogę być kochankiem, będę bohaterem;
X     377     W miłości troskach — sławy zwę pocieszycielki;
X     378     Gdy jestem nędzarz sercem, będę ręką wielki".

X     379     Telimena pytała: "Któż Panu przeszkadza
X     380     Kochać i być szczęśliwym!" — "Mych przeznaczeń władza —
X     381     Rzekł Hrabia — ciemność przeczuć, które ruchem tajnym
X     382     Rwą się ku stronom obcym, dziełom nadzwyczajnym.
X     383     Wyznaję, że dziś chciałem na cześć Telimenie
X     384     U ołtarzów Hymena zapalić płomienie,
X     385     Ale mi dał zbyt piękny przykład ten młodzieniec,
X     386     Sam dobrowolnie ślubny swój zrywając wieniec
X     387     I biegąc serca swego doświadczać w przeszkodach
X     388     Zmiennych losów i w krwawych wojennych przygodach.
X     389     Dziś otwiera się nowa i dla mnie epoka!
X     390     Brzmiała odgłosem broni mej Birbante-rokka,
X     391     Oby ten odgłos równie w Polszcze się rozszerzył!"
X     392     Skończył i dumnie szpady rękojeść uderzył.

X     393     "Jużci — rzekł Robak — trudno ganić tę ochotę;
X     394     Jedź, weź pieniądze, możesz usztyftować rotę,
X     395     Jak Włodzimierz Potocki, co Francuzów zdziwił
X     396     Dając na skarb milijon; jak książę Radziwiłł
X     397     Dominik, co zastawił dobra swe i sprzęty
X     398     I dwa uzbroił nowe konne regimenty.
X     399     Jedź, jedź, a weź pieniądze; rąk tam dosyć mamy,
X     400     Ale grosza brak w Księstwie; jedź Wasze, żegnamy".

X     401     Telimena, smutnemi rzuciwszy oczyma:
X     402     "Niestety — rzekła — widzę, że cię nic nie wstrzyma!
X     403     Rycerzu mój, w wojenne kiedy wstąpisz szranki,
X     404     Obróć czułe spójrzenie na kolor kochanki!
X     405     (Tu wstążkę oderwawszy od sukni, zrobiła
X     406     Kokardę i na piersiach Hrabi przyszpiliła).
X     407     Niech cię ten kolor wiedzie na działa ogniste,
X     408     Na kopije błyszczące i deszcze siarczyste,
X     409     A kiedy się rozsławisz walecznemi czyny
X     410     I gdy nieśmiertelnemi przesłonisz wawrzyny
X     411     Skrwawiony szyszak i hełm twój zwycięstwem hardy,
X     412     I wtenczas jeszcze oko zwróć do tej kokardy.
X     413     Wspomnij, czyja ten kolor przyszpiliła ręka!"
X     414     Tu mu podała rękę.
X     414             Pan Hrabia przyklęka,
X     415     Całuje; Telimena zbliżyła do oka
X     416     Chustkę, a drugiem okiem pogląda z wysoka
X     417     Na Hrabię, który żegnał ją mocno wzruszony.
X     418     Ona wzdychała, ale ruszyła ramiony.

X     419     Lecz Sędzia rzekł: "Mój Hrabio, śpiesz się, bo już późno".
X     420     A ksiądz Robak: "Dość tego! — wołał z miną groźną. —
X     421     Spiesz się, Wasze!" — Tak rozkaz Sędziego i Księdza
X     422     Rozdziela czułą parę i z izby wypędza.

X     423     Tymczasem pan Tadeusz stryja obejmował
X     424     Ze łzami i Robaka w rękę pocałował;
X     425     Robak, ku piersiom chłopca przycisnąwszy skronie
X     426     I na głowie mu na krzyż położywszy dłonie,
X     427     Spójrzał ku niebu i rzekł: "Synu! z Panem Bogiem!"
X     428     I zapłakał... A już był Tadeusz za progiem.

X     429     "Jak to? — zapytał Sędzia — nic mu brat nie powie
X     430     I teraz? Biedny chłopiec, jeszcze się nie dowie
X     431     O niczem! przed odjazdem?" — "Nie — rzekł Ksiądz — o niczem
X     432     (Płacząc długo z zakrytem rękami obliczem).
X     433     I po cóż by miał wiedzieć biedny, że ma ojca,
X     434     Który się skrył przed światem jak łotr, jak zabojca?
X     435     Bóg widzi, jak pragnąłbym, ale z tej pociechy
X     436     Zrobię Bogu ofiarę za me dawne grzechy".

X     437     "Więc — rzecze Sędzia — teraz czas myśleć o sobie;
X     438     Uważ, że człowiek w twoim wieku i chorobie
X     439     Nie zdołałby z innymi razem emigrować;
X     440     Mówiłeś, że wiesz domek, gdzie się masz przechować;
X     441     Powiedz, gdzie? Spieszmy, czeka zaprzężona bryka.
X     442     Czy nie najlepiej w puszczę, do chaty leśnika?"

X     443     Robak, kiwając głową, rzekł: "Do jutra rana
X     444     Mam czas; teraz, mój bracie, poślij do plebana,
X     445     Aby tu jak najrychlej przybył z wijatykiem.
X     446     Oddal stąd wszystkich, zostań tylko sam z Klucznikiem.
X     447     Zamknij drzwi".
X     447             Sędzia spełnił Robaka rozkazy
X     448     I usiada na łóżko przy nim; a Gerwazy
X     449     Stoi, łokieć przytwierdza na główni rapiera,
X     450     A czoło pochylone na dłoniach opiera.

X     451     Robak, nim zaczął mówić, w Klucznika oblicze
X     452     Wzrok utkwił i milczenie chował tajemnicze.
X     453     A jako chirurg naprzód miękką rękę składa
X     454     Na ciele chorującem, nim ostrzem raz zada,
X     455     Tak Robak wyraz bystrych oczu swych złagodził,
X     456     Długo niemi po oczach Gerwazego wodził,
X     457     Na koniec, jakby ślepym chciał uderzyć ciosem,
X     458     Zasłonił oczy ręką i rzekł mocnym głosem:

X     459     "Jam jest Jacek Soplica..."

X     459             Klucznik na to słowo
X     460     Pobladnął, pochylił się, i ciała połową
X     461     Wygięty naprzód, stanął, zwisł na jednej nodze,
X     462     Jak głaz lecący z góry, zatrzymany w drodze.
X     463     Oczy roztwierał, usta szeroko rozszerzał,
X     464     Grożąc białemi zęby, a wąsy najeżał;
X     465     Rapier z rąk upuszczony przy ziemi zatrzymał
X     466     Kolanami i głownię prawą ręką imał,
X     467     Cisnąc ją; rapier, z tyłu za nim wyciągniony,
X     468     Długim, czarnym swym końcem chwiał się w różne strony.
X     469     I Klucznik był podobny rysiowi rannemu,
X     470     Który z drzewa ma skoczyć w oczy myśliwemu,
X     471     Wydyma się kłębuszkiem, mruczy, krwawe ślepie
X     472     Wyiskrza, wąsy rusza i ogonem trzepie.

X     473     "Panie Rębajło — rzekł Ksiądz — już mię nie zatrwożą
X     474     Gniewy ludzkie, bo jestem już pod ręką Bożą;
X     475     Zaklinam cię na imię Tego, co świat zbawił
X     476     I na krzyżu zabójcom swoim błogosławił,
X     477     I przyjął prośbę łotra, byś się udobruchał
X     478     I to, co mam powiedzieć, cierpliwie wysłuchał;
X     479     Sam przyznałem się; muszę dla ulgi sumienia
X     480     Pozyskać, a przynajmniej prosić przebaczenia.
X     481     Posłuchaj mej spowiedzi; potem zrobisz sobie
X     482     Ze mną, co zechcesz". I tu złożył ręce obie
X     483     Jak do pacierza; Klucznik cofnął się zdumiony,
X     484     Uderzał ręką w czoło i ruszał ramiony.

X     485     A Ksiądz zaczął swą dawną z Horeszką zażyłość
X     486     Opowiadać i swoją z jego córką miłość,
X     487     I swe z tego powodu z Stolnikiem zatargi.
X     488     Lecz mówił nieporządnie, często mięszał skargi
X     489     I żale we swą spowiedź, często rzecz przecinał,
X     490     Jak gdyby już ją kończył, i znowu zaczynał.

X     491     Klucznik, dzieje Horeszków znający dokładnie,
X     492     Całą tę powieść, chociaż splątaną bezładnie,
X     493     Porządkował w pamięci i dopełniać umiał;
X     494     Lecz Sędzia wielu rzeczy zgoła nie rozumiał.
X     495     Oba pilnie słuchali, pochyliwszy głowy,
X     496     A Jacek mówił coraz wolniejszymi słowy
X     497     I często zarywał się.

              *

X     498     "Wszak sam wiesz, Gerwazeńku, jak Stolnik zapraszał
X     499     Często mnie na biesiady; zdrowie moje wnaszał,
X     500     Krzyczał nieraz, do góry podniósłszy szklenicę,
X     501     Że nie miał przyjaciela nad Jacka Soplicę;
X     502     Jak on mnie ściskał! Wszyscy, którzy to widzieli,
X     503     Myślili, że on ze mną duszą się podzieli.
X     504     On przyjaciel? on wiedział, co się wtenczas działo
X     505     W duszy mojej!

              *

X     506     Tymczasem już szeptała o tem okolica,
X     507     Jaki taki gadał mi: «Ej, panie Soplica!
X     508     Daremnie konkurujesz; dygnitarskie progi
X     509     Za wysokie na Jacka podczaszyca nogi».
X     510     Ja śmiałem się, udając, że drwiłem z magnatów
X     511     I z córek ich, i nie dbam o arystokratów;
X     512     Że jeśli bywam u nich, z przyjaźni to robię,
X     513     A za żonę nie pojmę, tylko równą sobie.
X     514     Przecież bodły mi duszę do żywca te żarty;
X     515     Byłem młody, odważny, świat był mnie otwarty
X     516     W kraju, gdzie, jako wiecie, szlachcic urodzony
X     517     Jest zarówno z panami kandydat korony!
X     518     Wszakże Tęczyński niegdyś z królewskiego domu
X     519     Żądał córy, a król mu oddał ją bez sromu.
X     520     Sopliców czyż nie równe Tęczyńskim zaszczyty
X     521     Krwią, herbem, wierną służbą Rzeczypospolitéj!

              *

X     522     Jak łatwo może człowiek popsuć szczęście drugim
X     523     W jednej chwili, a życiem nie naprawi długiém!
X     524     Jedno słowo Stolnika, jakżebyśmy byli
X     525     Szczęśliwi! Kto wie, może dotąd byśmy żyli,
X     52